... newer stories
niedziela, 6. wrze?nia 2009
piotr, 01:36h
Już tradycyjnie, dzisiaj nie można się spodziewać nowego wpisu.
Gratulacje za wytrwałość dla zaglądających.
Gratulacje za wytrwałość dla zaglądających.
?roda, 2. wrze?nia 2009
piotr, 16:51h
Koniec prz erwy.
Jutro zBp jestem w Jerozolimie.
Technicznie rzecz biorąc - pojutrze wczesnym rankiem...
*zBp - "z Bożą pomocą".
Jutro zBp jestem w Jerozolimie.
Technicznie rzecz biorąc - pojutrze wczesnym rankiem...
*zBp - "z Bożą pomocą".
pi?tek, 21. sierpnia 2009
piotr, 00:21h
Stałem dzisiaj w kolejce.
Od 9.30 do 14.50.
Ciekawe, czy ktoś zgadnie, za czym?
PS. Tych, którzy wiedzą, proszę o dyskrecję.
Od 9.30 do 14.50.
Ciekawe, czy ktoś zgadnie, za czym?
PS. Tych, którzy wiedzą, proszę o dyskrecję.
piotr, 06:14h
To jeszcze jeden ciekawy link.
wtorek, 18. sierpnia 2009
Link sponsorowany.
piotr, 00:46h
Dla zainteresowanych biblistyką: TUTAJ.
pi?tek, 14. sierpnia 2009
Rozmowy z ośmiolatką (2)
piotr, 00:31h
Ania: Nuuudzę się.
Ja (z ironią): To puść bańkę nosem.
10 min. później.
Ania: Nie wychodzi mi ta bańka...
Ja: To spróbuj czytać między wierszami.
Ania: Teraz to już naprawdę się nudzę.
Muszę chyba wyraźniej zaznaczać, kiedy nie mówię poważnie.
Ja (z ironią): To puść bańkę nosem.
10 min. później.
Ania: Nie wychodzi mi ta bańka...
Ja: To spróbuj czytać między wierszami.
Ania: Teraz to już naprawdę się nudzę.
Muszę chyba wyraźniej zaznaczać, kiedy nie mówię poważnie.
czwartek, 13. sierpnia 2009
Rozmowy z ośmiolatką
piotr, 00:53h
Świeżo po obejrzeniu kolejnego filmu na Disney Channel (królewny, księżniczki, bale, etc.)
Ja: Aniu, załóż kapcie.
Ania: Po co?
Ja: Bo zadepczesz sobie nogi i będziesz miała brudne.
Ania: No to umyję.
Ja: No tak, ale wiesz, księżniczki nie mają brudnych nóg.
Ania: Ja wcale nie chcę być księżniczką. Nawet nie ma takiego zawodu.
No tak, success oriented od najmłodszych lat.
Ja: Aniu, załóż kapcie.
Ania: Po co?
Ja: Bo zadepczesz sobie nogi i będziesz miała brudne.
Ania: No to umyję.
Ja: No tak, ale wiesz, księżniczki nie mają brudnych nóg.
Ania: Ja wcale nie chcę być księżniczką. Nawet nie ma takiego zawodu.
No tak, success oriented od najmłodszych lat.
pi?tek, 7. sierpnia 2009
Długo wyczekiwane.
piotr, 01:52h
Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia.
Tutaj.
Tutaj.
?roda, 5. sierpnia 2009
piotr, 01:24h
Wróciłem.
I maluję pokój rodziców.
Wałkiem!
Kolorów nie widzę - brzoskwinia i łosoś to dla mnie jedzenie, a nie żadna barwa.
Jak większość facetów rozróżniam tylko 256 podstawowych. Tak, jak desktop Windowsa.
A jutro do farby wsypuję kuleczki - ma być odjazdowa faktura.
I maluję pokój rodziców.
Wałkiem!
Kolorów nie widzę - brzoskwinia i łosoś to dla mnie jedzenie, a nie żadna barwa.
Jak większość facetów rozróżniam tylko 256 podstawowych. Tak, jak desktop Windowsa.
A jutro do farby wsypuję kuleczki - ma być odjazdowa faktura.
poniedzia?ek, 3. sierpnia 2009
piotr, 00:15h
Zawsze, gdy ostatni wpis sugeruje jakas dluzsza aktywnosc (czyt. brak aktywnosci na blogu) - statystyki spadaja. Bardzo prosze zagladac - od czasu do czasu jest net nawet na pieszej do Czestochowy...
czwartek, 30. lipca 2009
piotr, 02:06h
Mediolan jest zaskakująco piękny.
Czemu ja tam dopiero teraz dotarłem?
Od jutra - piesza do Częstochowy.
Czemu ja tam dopiero teraz dotarłem?
Od jutra - piesza do Częstochowy.
poniedzia?ek, 27. lipca 2009
Już jutro o 6.01: Feltre - Padova - Milano - Monza
piotr, 03:29h
No i tak, jak przypuszczałem, ciężko się wyjeżdża. Niby czekałem na ten dzień, ale w tym roku lipiec okazał się wyjątkowo udanym miesiącem. Pewnie, że tęsknię za Jerozolimą, jednak kawałek serca znowu zostawiam w Dolomitach. I znowu biorę do swojego plecaczka kamień, którym są wszyscy spotkani tutaj ludzie. Dio vi benedica. Se vi scappa qualche Ave Maria per la Pace in Terra Santa - meno male. Se vedon...
sobota, 25. lipca 2009
Teraz się cieszę, za chwilę będzie mi tego brakować...
piotr, 17:24h
"Grest 2009 przeszedł do historii" - Dziadek co roku tak to podsumowuje. Prawdą jest, że Grest 2009 jest już tylko historią. Patronat posprzątany, sala kinowo-widowiskowa też, żadnych rowerów na placu, cisza - fantastycznie.
Ostatni wieczór był jak zwykle wielkim, spontanicznym spektaklem. Sala polivalente wypełniona po brzegi - z przodu dzieciaki, nieco dalej rodzice, dziadkowie, ciocie, etc. Wśród błyskających niczym na otwarciu Olimiady w Pekinie fleszy na scenie prezentowały się poszczególne grupy. Nie było to "America's Got Talent", ale i tak sympatycznie: jakiś taniec, piosenka, libro parlato, krótki filmik, itd. Maluchy - rozbrajające, starsi - stremowani, ja - biegający pomiędzy konsolą oświetlenia, włącznikiem opuszczania (i podnoszenia) kurtyny, mikrofonami i dekoracjami.
Grupa, której najbardziej pomagałem podczas przygotowań, odgrywała krótki spektakl - przygody, magia, przyjaźń, dobro zwycięża - takie tam...
Dwoiłem się i troiłem za kulisami, żeby wszystko się udało.
Jak to w takich sytuacjach bywa - mnóstwo stresu przeplatanego ze śmiechem.
Najpierw nie mogłem otworzyć od środka "magicznego lustra", po chwili lustro z całą konstrukcją na kółkach zaczęło lekko przesuwać się w dół sceny. Smok zapomniał tekstu, stał bezradnie na środku machając "po włosku" rękami. Chcąc mu podpowiedzieć wychyliłem się nieznacznie zza bocznej kurtyny - na tyle jednak, żeby moja głowa została zauważona przez większą część publiczności, co wywołało oczywistą salę śmiechu. Na koniec, księżniczka okazała się zbyt niska - miała wyglądać zza kartonowej wieży. Nie pomogło krzesło, więc zdecydowałem się podnieść ją jak najwyżej. Dzięki Bogu nie runęliśmy razem z wieżą na scenę, ale brakowało niewiele, bo suknie, treny i welony skutecznie mi przeszkadzały w utrzymywaniu się w pionie. W pewnym momencie księżniczkowe wołanie o pomoc nie było już tylko częścią sztuki, ale rzeczywistym krzykiem rozpaczliwie łapiącej równowagę małej aktorki.
Jednym słowem - kupa radochy.
Potem jeszcze mały poczęstunek, zamykamy wszystko, żegnamy dzieciaki i rodziców i... nikomu się nie chce iść do domu. Rozsiedliśmy się na schodach i bez względu na późną porę zaczęło się śpiewanie. Po trzech kawałkach zjawił się samochód carrabinierów. Zobaczyli jednak chyba postać w koloratce, gwarantującą, że wszystko jest w porządku i robiąc rundkę po placu, zawrócili.
Odjeżdżającym towarzyszył zupełnie niepotrzebny wybuch śmiechu i refrenik naszej tegorocznej piosenki "Shalom - Pace a Te".
Tuż przed północą z nieba zaczęły lać się strumienie wody, a to zawsze skuteczna metoda "rozgonienia" towarzystwa.
A Dio piacendo, ci vediamo in prossimo anno.
Ostatni wieczór był jak zwykle wielkim, spontanicznym spektaklem. Sala polivalente wypełniona po brzegi - z przodu dzieciaki, nieco dalej rodzice, dziadkowie, ciocie, etc. Wśród błyskających niczym na otwarciu Olimiady w Pekinie fleszy na scenie prezentowały się poszczególne grupy. Nie było to "America's Got Talent", ale i tak sympatycznie: jakiś taniec, piosenka, libro parlato, krótki filmik, itd. Maluchy - rozbrajające, starsi - stremowani, ja - biegający pomiędzy konsolą oświetlenia, włącznikiem opuszczania (i podnoszenia) kurtyny, mikrofonami i dekoracjami.
Grupa, której najbardziej pomagałem podczas przygotowań, odgrywała krótki spektakl - przygody, magia, przyjaźń, dobro zwycięża - takie tam...
Dwoiłem się i troiłem za kulisami, żeby wszystko się udało.
Jak to w takich sytuacjach bywa - mnóstwo stresu przeplatanego ze śmiechem.
Najpierw nie mogłem otworzyć od środka "magicznego lustra", po chwili lustro z całą konstrukcją na kółkach zaczęło lekko przesuwać się w dół sceny. Smok zapomniał tekstu, stał bezradnie na środku machając "po włosku" rękami. Chcąc mu podpowiedzieć wychyliłem się nieznacznie zza bocznej kurtyny - na tyle jednak, żeby moja głowa została zauważona przez większą część publiczności, co wywołało oczywistą salę śmiechu. Na koniec, księżniczka okazała się zbyt niska - miała wyglądać zza kartonowej wieży. Nie pomogło krzesło, więc zdecydowałem się podnieść ją jak najwyżej. Dzięki Bogu nie runęliśmy razem z wieżą na scenę, ale brakowało niewiele, bo suknie, treny i welony skutecznie mi przeszkadzały w utrzymywaniu się w pionie. W pewnym momencie księżniczkowe wołanie o pomoc nie było już tylko częścią sztuki, ale rzeczywistym krzykiem rozpaczliwie łapiącej równowagę małej aktorki.
Jednym słowem - kupa radochy.
Potem jeszcze mały poczęstunek, zamykamy wszystko, żegnamy dzieciaki i rodziców i... nikomu się nie chce iść do domu. Rozsiedliśmy się na schodach i bez względu na późną porę zaczęło się śpiewanie. Po trzech kawałkach zjawił się samochód carrabinierów. Zobaczyli jednak chyba postać w koloratce, gwarantującą, że wszystko jest w porządku i robiąc rundkę po placu, zawrócili.
Odjeżdżającym towarzyszył zupełnie niepotrzebny wybuch śmiechu i refrenik naszej tegorocznej piosenki "Shalom - Pace a Te".
Tuż przed północą z nieba zaczęły lać się strumienie wody, a to zawsze skuteczna metoda "rozgonienia" towarzystwa.
A Dio piacendo, ci vediamo in prossimo anno.
?roda, 22. lipca 2009
Dziecięca logika.
piotr, 13:45h
"Dzień Sportu" mamy.
- Cecilia, nie chcesz pobiec w "maratonie"?
- Nie.
- Ale to tylko trzy i pół okrążenia.
- Nie chcę.
- Dawaj, Cecilia. Dasz radę. Będzie fajnie.
- Nie pobiegnę, bo jak biegam, to potem zawsze muszę się napić.
- Nie ma problemu. Mamy zimną wodę.
- Ale mi się nie chce pić.
O żesz ty...
- Cecilia, nie chcesz pobiec w "maratonie"?
- Nie.
- Ale to tylko trzy i pół okrążenia.
- Nie chcę.
- Dawaj, Cecilia. Dasz radę. Będzie fajnie.
- Nie pobiegnę, bo jak biegam, to potem zawsze muszę się napić.
- Nie ma problemu. Mamy zimną wodę.
- Ale mi się nie chce pić.
O żesz ty...
wtorek, 21. lipca 2009
piotr, 16:36h
Zjadłem właśnie pyszne pranzo, którego daniem głównym były le lumache, zwane tu w dialekcie gli scios. Ślimaki zebrane w górach, fantastycznie przyrządzone z cebulką i marcheweczką oraz zestawem przypraw - do tego zapiekany kalafior i białe vino di casa - palce lizać.
Są ludzie, którzy z przyczyn osobistych nie wyobrażają sobie nawet wzięcia do ust ślimaka. Ja jednak, gdy pomyślę o krewetkach, krabach, ostrygach, małżach, kalamari i innych frutti di mare, to bezwiednie przełykam ślinę. Przecież mięczaki są miękkie i smaczne, stawonogi mają wewnątrz fantastyczne mięsko, mieszkańcy muszli są świetni na przystawkę i do dania głównego.
Przygotowanie winniczków nie jest łatwe - trzeba je wypościć, oczyścić, ugotować, odkroić część niejadalną, przyprawić, zapiec lub zasmażyć - w całości, w muszlach lub posiekane - sporo wysiłku.
Ale efekt - wart trudu.
Smacznego.
A dla rozweselenia a może i inspiracji filmik:
Są ludzie, którzy z przyczyn osobistych nie wyobrażają sobie nawet wzięcia do ust ślimaka. Ja jednak, gdy pomyślę o krewetkach, krabach, ostrygach, małżach, kalamari i innych frutti di mare, to bezwiednie przełykam ślinę. Przecież mięczaki są miękkie i smaczne, stawonogi mają wewnątrz fantastyczne mięsko, mieszkańcy muszli są świetni na przystawkę i do dania głównego.
Przygotowanie winniczków nie jest łatwe - trzeba je wypościć, oczyścić, ugotować, odkroić część niejadalną, przyprawić, zapiec lub zasmażyć - w całości, w muszlach lub posiekane - sporo wysiłku.
Ale efekt - wart trudu.
Smacznego.
A dla rozweselenia a może i inspiracji filmik:
... older stories

