... newer stories
poniedzia?ek, 8. sierpnia 2005
piotr, 09:58h
Pierwsza próba zamordowania mnie nie powiodła się.
Greg - rudowłosy, rudobrody bandyta z lasu, o złotym sercu - zabrał nas dziś na wycieczkę w góry rowerami. Trochę padało, ale co tam.
Założyliśmy specjalne skarpetki rowerzystów, spodenki, w których czułem się jakbym miał pieluchę (za to miękko było) i koszulki, ja z nazwą pewnego miasta w północno zachodniej Polsce i głową gryfa w koronie.
Zapakowaliśmy się do vana Grega, rowery na bagażnik i podjechaliśmy do miejsca, skąd mieliśmy zacząć jazdę. W międzyczasie zaczęło trochę bardziej padać, ale co tam.
Po 15 minutach ciągłego podjazdu miałem płuca w ustach, ale nie dałem poznać nic po sobie, tylko zacisnąłem zęby i jechałem - ciągle pod górę. Kiedy już miałem wymięknąć uratował mie pierwszy wodospad. Zostawiliśmy rowery na drodze (i tak nikt nie ukradnie w tym kraju, zresztą miejsce było średnio dostępne) i wspięliśmy się nieco.
Potem znów podjazd i ból w udach i znowu zostawiliśmy rowery, by wspiąć się do kolejnego wodospadu. Tym razem podeszliśmy rzeką mocząc się po pas w wodzie, co nie miało większego znaczenia, bo mokrzy byliśmy od deszczu i od niedawnej przeprawy przez inną rzekę (rower w ręce i do wody).
Potem zobaczyliśmy ciekawe miejsce - skała pod wodą nachylona i śliska, że można zjechać w dół. Woda wcale nie taka zimna - jak człowiek zmarznięty, to nawet górska rzeczka jest ciepła. Poślizgalismy się klka minut i wróciliśmy odnależć rowery.
Zjazd z pagórka był szaleństwem, które podobało mi się bardzo. Stromizna niezła, ścieżka wąska, zabłocona, krzczory, drzewa, kłody, błota i brak błotników.
Do samochodu dotarliśmy umorusani i zmachani. "Pot, błoto i krew" stwierdził Greg oglądając swoją przejechaną kolcami z jakichś krzewów rękę.
Rzuciliśmy okiem na hodowlę pstrągów, wzbudzając swym wyglądem zainteresowanie nielicznych, ukrytych pod parasolami turystów i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem Greg wynalazł miły parking w środku lasu, skąd mieliśmy rozpocząć następny etap jechania przez godzinę pod górkę, żeby przez 20 minut zjeżdżać inną drogą.
Odpięliśmy rowery, zjedliśmy po kawałku "Energy Ball" produkcji Grega (sezamki, orzechy, cukier, oliwa z oliwek i cośtam jeszcze zapoieczone razem w jednolitą masę) i nie zważając na wszechobecne krople zimnego deszczu po prostu wsiedliśmy i jazda.
Po ok. pół mili przestałem widzieć Grega, który był kilka metrów przede mną. Deszcz zmienił się w ulewę, ulewa w nawałnicę i po jakiejś mili wiedzieliśmy, że dalej jechać się nie da. Ktoś tylko musiał to powiedzieć pierwszy. Greg nieśmiało proponował, żebyśmy zawrócili, a nie słysząc sprzeciwu podjął decyzję: "Odwrót".
Jak później opowiadał, 10 lat temu pewnie jechałby dalej, nie zważając na nic. Dziś jest mądrzejszy o doświadczenie "prawie hipotermii" sprzed kilku lat, kiedy to nie podjął mądrej decyzji, żeby zawrócić.
W samochodzie znalazł się suchy ręcznik (cudowny) i wykręciwszy koszulki ruszyliśmy w drogę do domu.
Jeszcze tylko jeden wodospad po drodze ("dla leniwych, bo prawie nie trzeba iść, tylko wysiadasz z auta i widzisz"- to cytat z Grega) i prawie się skończyło.
Prawie, bo Greg zaplanował jeszcze jedną atrakcję. Śliska Skała - bo tak się to cudo nazywa - jest ogromną, naturalną zjeżdżalnią. Wstęp jest płatny, za to pod mini daszkiem siedzi ratownik. Ludzi sporo - przeważnie krzyczą zjeżdżając na dół, gdzie wpada się do dość głębokiego (8 stóp) rozlewiska. Skała jest śliska i idąc pod górę jej skrajem trzeba się trzymać barierki. Potem usiąść na tyłku i... jazda w dół.
Pozjeżdżałem do woli. Nawet koszulki nie ściągałem, tylko tak, jak stałem - w butach i spodenkach w tej lodowatej tym razem, górskiej wodzie. Nie było nawet porównania z małą skałką na której jeździliśmy kilka godzin wcześniej w lesie. Tamta wówczas wydawała mi się taka ogromna, gdy zobaczyłem tą - zapomniałem o poprzedniej.
W domu gorący prysznic, aspiryna ("Po co to?", "A tak, wiesz, na wszelki wypadek") i trzecia część Władcy Pierścieni.
We wtorek, kolejną próbe zabicia mnie podejmie Larry - jedziemy na spływ dziką rzeką. Już to widzę: pomarańczowe kamizelki, wielki ponton i osiem osób krzyczących tuż przed sto dwudziestym ósmym wodospadem. Tylko Meryl Strip brakuje...
Greg - rudowłosy, rudobrody bandyta z lasu, o złotym sercu - zabrał nas dziś na wycieczkę w góry rowerami. Trochę padało, ale co tam.
Założyliśmy specjalne skarpetki rowerzystów, spodenki, w których czułem się jakbym miał pieluchę (za to miękko było) i koszulki, ja z nazwą pewnego miasta w północno zachodniej Polsce i głową gryfa w koronie.
Zapakowaliśmy się do vana Grega, rowery na bagażnik i podjechaliśmy do miejsca, skąd mieliśmy zacząć jazdę. W międzyczasie zaczęło trochę bardziej padać, ale co tam.
Po 15 minutach ciągłego podjazdu miałem płuca w ustach, ale nie dałem poznać nic po sobie, tylko zacisnąłem zęby i jechałem - ciągle pod górę. Kiedy już miałem wymięknąć uratował mie pierwszy wodospad. Zostawiliśmy rowery na drodze (i tak nikt nie ukradnie w tym kraju, zresztą miejsce było średnio dostępne) i wspięliśmy się nieco.
Potem znów podjazd i ból w udach i znowu zostawiliśmy rowery, by wspiąć się do kolejnego wodospadu. Tym razem podeszliśmy rzeką mocząc się po pas w wodzie, co nie miało większego znaczenia, bo mokrzy byliśmy od deszczu i od niedawnej przeprawy przez inną rzekę (rower w ręce i do wody).
Potem zobaczyliśmy ciekawe miejsce - skała pod wodą nachylona i śliska, że można zjechać w dół. Woda wcale nie taka zimna - jak człowiek zmarznięty, to nawet górska rzeczka jest ciepła. Poślizgalismy się klka minut i wróciliśmy odnależć rowery.
Zjazd z pagórka był szaleństwem, które podobało mi się bardzo. Stromizna niezła, ścieżka wąska, zabłocona, krzczory, drzewa, kłody, błota i brak błotników.
Do samochodu dotarliśmy umorusani i zmachani. "Pot, błoto i krew" stwierdził Greg oglądając swoją przejechaną kolcami z jakichś krzewów rękę.
Rzuciliśmy okiem na hodowlę pstrągów, wzbudzając swym wyglądem zainteresowanie nielicznych, ukrytych pod parasolami turystów i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem Greg wynalazł miły parking w środku lasu, skąd mieliśmy rozpocząć następny etap jechania przez godzinę pod górkę, żeby przez 20 minut zjeżdżać inną drogą.
Odpięliśmy rowery, zjedliśmy po kawałku "Energy Ball" produkcji Grega (sezamki, orzechy, cukier, oliwa z oliwek i cośtam jeszcze zapoieczone razem w jednolitą masę) i nie zważając na wszechobecne krople zimnego deszczu po prostu wsiedliśmy i jazda.
Po ok. pół mili przestałem widzieć Grega, który był kilka metrów przede mną. Deszcz zmienił się w ulewę, ulewa w nawałnicę i po jakiejś mili wiedzieliśmy, że dalej jechać się nie da. Ktoś tylko musiał to powiedzieć pierwszy. Greg nieśmiało proponował, żebyśmy zawrócili, a nie słysząc sprzeciwu podjął decyzję: "Odwrót".
Jak później opowiadał, 10 lat temu pewnie jechałby dalej, nie zważając na nic. Dziś jest mądrzejszy o doświadczenie "prawie hipotermii" sprzed kilku lat, kiedy to nie podjął mądrej decyzji, żeby zawrócić.
W samochodzie znalazł się suchy ręcznik (cudowny) i wykręciwszy koszulki ruszyliśmy w drogę do domu.
Jeszcze tylko jeden wodospad po drodze ("dla leniwych, bo prawie nie trzeba iść, tylko wysiadasz z auta i widzisz"- to cytat z Grega) i prawie się skończyło.
Prawie, bo Greg zaplanował jeszcze jedną atrakcję. Śliska Skała - bo tak się to cudo nazywa - jest ogromną, naturalną zjeżdżalnią. Wstęp jest płatny, za to pod mini daszkiem siedzi ratownik. Ludzi sporo - przeważnie krzyczą zjeżdżając na dół, gdzie wpada się do dość głębokiego (8 stóp) rozlewiska. Skała jest śliska i idąc pod górę jej skrajem trzeba się trzymać barierki. Potem usiąść na tyłku i... jazda w dół.
Pozjeżdżałem do woli. Nawet koszulki nie ściągałem, tylko tak, jak stałem - w butach i spodenkach w tej lodowatej tym razem, górskiej wodzie. Nie było nawet porównania z małą skałką na której jeździliśmy kilka godzin wcześniej w lesie. Tamta wówczas wydawała mi się taka ogromna, gdy zobaczyłem tą - zapomniałem o poprzedniej.
W domu gorący prysznic, aspiryna ("Po co to?", "A tak, wiesz, na wszelki wypadek") i trzecia część Władcy Pierścieni.
We wtorek, kolejną próbe zabicia mnie podejmie Larry - jedziemy na spływ dziką rzeką. Już to widzę: pomarańczowe kamizelki, wielki ponton i osiem osób krzyczących tuż przed sto dwudziestym ósmym wodospadem. Tylko Meryl Strip brakuje...
pi?tek, 5. sierpnia 2005
Wielki |Czajnik...
piotr, 05:30h
A to sobie przeczytałem dzisiaj:
"Fundamentaliści islamscy Malezji doprowadzili do likwidacji istniejącej tam prawie ćwierć wieku niewielkiej sekty, której głównym przedmiotem czci był wielki czajnik.
31 lipca spychacze zniszczyły przedmiot kultu, a jednocześnie władze wydały zakaz istnienia tej wspólnoty religijnej."
No i kto się nie uśmiechnie wyobrażając sobie Wielki Czajnik? A przecież powinniśmy z szacunkiem podchodzić do religijności innych od nas ludzi.
Jest w tym jednak coś komicznego - wielki czajnik - okazał się dla kogoś zbyt niebezpieczny i łamiąc prawa człowieka zakazano kultu.
Smutne.
Ale jeszcze smutniejsze, na co nabiera nas szatan oferując żądnym kontaktu z Bogiem ludziom całkiem niezły chłam.
I od stuleci ludzie się nabierają... I będą się nabierać aż do końca świata.

P.S. Czy gdybym napisał: "Nie wierzcie w czajniki!" to uraziłbym czyjeś uczucia religijne?
"Fundamentaliści islamscy Malezji doprowadzili do likwidacji istniejącej tam prawie ćwierć wieku niewielkiej sekty, której głównym przedmiotem czci był wielki czajnik.
31 lipca spychacze zniszczyły przedmiot kultu, a jednocześnie władze wydały zakaz istnienia tej wspólnoty religijnej."
No i kto się nie uśmiechnie wyobrażając sobie Wielki Czajnik? A przecież powinniśmy z szacunkiem podchodzić do religijności innych od nas ludzi.
Jest w tym jednak coś komicznego - wielki czajnik - okazał się dla kogoś zbyt niebezpieczny i łamiąc prawa człowieka zakazano kultu.
Smutne.
Ale jeszcze smutniejsze, na co nabiera nas szatan oferując żądnym kontaktu z Bogiem ludziom całkiem niezły chłam.
I od stuleci ludzie się nabierają... I będą się nabierać aż do końca świata.

P.S. Czy gdybym napisał: "Nie wierzcie w czajniki!" to uraziłbym czyjeś uczucia religijne?
czwartek, 4. sierpnia 2005
piotr, 09:44h
Pewien nasz parafianin - Greg, który pracuje sobie w jakiejśtam firmie dostał od szefa na urlop możliwość spędzenia tygodnia w domku nad oceanem, do tegoż szefa należącym (znaczy, jest właścicielem domku nie oceanu). Trochę późno już jest...
W każdym razie ten parafianin -Greg, namówił mojego proboszcza, żebyśmy przyjechali na momencik odwiedzić jego i jego piękną, młodą żonę pochodzącą z Peru i małą , 6-miesięczną córeczkę, której imienia nie mogłem zapamiętać i małego 22-miesięcznego Aldricka, który mówił na mnie "Padre Pedro", bo więcej zna słów hiszpańskich niż angielskich i z którym bawiłem się zdalnie sterowanymi samochodzikami wjeżdżając w wentylator.
Back to the główny temat:
Charleston to przepiękne miasteczko. Czas zatrzymał się tu w czasie wojny secesyjnej (tak przynajmniej wyglądają budynki). My mieszkaliśmy na jednej z wysp (zwanej Wyspą Palm - wiadomo dlaczego). Mieszkaliśmy, to za dużo powiedziane. Przyjechalismy wieczorem. Zjedliśmy przepyszną kolację ze świeżutkich owoców morza w malutkiej knajpce nad samą wodą, z widokiem na kutry rybackie i sieci pełne czegośtam, co Włosi nazwaliby ryby, chociaż to coś ma rączki, nóżki, czułki, muszle i odwłoczki, co nie przeszkadzało mi z apetytem tego wcinać.
Zaraz po kolacji poszedłem spać, a rano kąpiel w oceanie, który jest bajecznie ciepły i pełen rekinów (podobno). Fantastyczna plaża, niewielu ludzi i wspaniała woda...
Jeszcze tylko 4 godziny w samochodzie (ponad 200 mil) i Charleston było wspomnieniem.
A jeśli ktoś ma problemy z wiarą w Boga powinien zobaczyć ocean o poranku...
W każdym razie ten parafianin -Greg, namówił mojego proboszcza, żebyśmy przyjechali na momencik odwiedzić jego i jego piękną, młodą żonę pochodzącą z Peru i małą , 6-miesięczną córeczkę, której imienia nie mogłem zapamiętać i małego 22-miesięcznego Aldricka, który mówił na mnie "Padre Pedro", bo więcej zna słów hiszpańskich niż angielskich i z którym bawiłem się zdalnie sterowanymi samochodzikami wjeżdżając w wentylator.
Back to the główny temat:
Charleston to przepiękne miasteczko. Czas zatrzymał się tu w czasie wojny secesyjnej (tak przynajmniej wyglądają budynki). My mieszkaliśmy na jednej z wysp (zwanej Wyspą Palm - wiadomo dlaczego). Mieszkaliśmy, to za dużo powiedziane. Przyjechalismy wieczorem. Zjedliśmy przepyszną kolację ze świeżutkich owoców morza w malutkiej knajpce nad samą wodą, z widokiem na kutry rybackie i sieci pełne czegośtam, co Włosi nazwaliby ryby, chociaż to coś ma rączki, nóżki, czułki, muszle i odwłoczki, co nie przeszkadzało mi z apetytem tego wcinać.
Zaraz po kolacji poszedłem spać, a rano kąpiel w oceanie, który jest bajecznie ciepły i pełen rekinów (podobno). Fantastyczna plaża, niewielu ludzi i wspaniała woda...
Jeszcze tylko 4 godziny w samochodzie (ponad 200 mil) i Charleston było wspomnieniem.
A jeśli ktoś ma problemy z wiarą w Boga powinien zobaczyć ocean o poranku...
?roda, 3. sierpnia 2005
piotr, 05:17h
Try to imagine:
Polski ksiądz na hiszpańskiej Mszy głosi kazanie po angielsku...
That's life.
Well, that's me!
Na szczęście Medeline tłumaczyła.
Polski ksiądz na hiszpańskiej Mszy głosi kazanie po angielsku...
That's life.
Well, that's me!
Na szczęście Medeline tłumaczyła.
poniedzia?ek, 1. sierpnia 2005
Jak zostałem rycerzem...
piotr, 06:33h

Rosario przyniósł mi do podpisania deklarację i stos broszurek, zrobili mi fotkę do biletynu, dostałem różaniec od Wielkiego Mistrza i jestem... Knight of Columbus.
Kliknij TUTAJ, żeby dowiedzieć się więcej.
sobota, 30. lipca 2005
piotr, 17:56h
Nie pojeździłem na koniu, bo deszcz padał...
Mary (sekretarka, która jest na urlopie) ma na swoim biurku mini akwarium z Rybą. Ryba był ciężko chory, gdy tu przybył i Mary bardzo powoli poprawia jego kondycję. Podaje mu jakieś lekarstwa dla tego typu zwierząt, karmi dziwnymi, małymi kuleczkami, wlewa trzy krople antybiotyku do wody.
Ryba ma na imię Legolas i jest chyba bojownikiem, ale bardzo mizernym. Z tygodnia na tydzień jednak odzyskuje siły i pewnie dojdzie do formy zanim umrze, czy raczej zdechnie.
W każdym razie Mary jest na wakacjach, a Ryba dalej w akwarium na biurku.
Kate, która chwilowo zastępuje Mary nie jest z Rybą w tak dobrych relacjach. Robi wszystko tak, jak trzeba, poza rozmawianiem ("Wróci Mary, to z nim będzie gadać, ja go tylko karmię").
Wczoraj po Mszy mała dziewczynka przyszła do biura, popatrzyła na Rybę i powiedziała czule:
"Nie martw się Rybko, Mary niedługo wróci".
A Ryba patrzył na nią tak, jakby rozumiał...
Mary (sekretarka, która jest na urlopie) ma na swoim biurku mini akwarium z Rybą. Ryba był ciężko chory, gdy tu przybył i Mary bardzo powoli poprawia jego kondycję. Podaje mu jakieś lekarstwa dla tego typu zwierząt, karmi dziwnymi, małymi kuleczkami, wlewa trzy krople antybiotyku do wody.
Ryba ma na imię Legolas i jest chyba bojownikiem, ale bardzo mizernym. Z tygodnia na tydzień jednak odzyskuje siły i pewnie dojdzie do formy zanim umrze, czy raczej zdechnie.
W każdym razie Mary jest na wakacjach, a Ryba dalej w akwarium na biurku.
Kate, która chwilowo zastępuje Mary nie jest z Rybą w tak dobrych relacjach. Robi wszystko tak, jak trzeba, poza rozmawianiem ("Wróci Mary, to z nim będzie gadać, ja go tylko karmię").
Wczoraj po Mszy mała dziewczynka przyszła do biura, popatrzyła na Rybę i powiedziała czule:
"Nie martw się Rybko, Mary niedługo wróci".
A Ryba patrzył na nią tak, jakby rozumiał...
pi?tek, 29. lipca 2005
piotr, 15:55h
A dzisiaj mam jeździć na koniu, a konie gryzą, kopią i "się patrzą"...
czwartek, 28. lipca 2005
piotr, 07:20h
Zamkąłem kościół. Chór hiszpańskojęzyczny miał próbę, ale wreszcie skończyli i mogłem, jak co wieczór cieszyć się ciszą pustej świątyni. Oczywiście, tradycyjnie już, cisza jest tylko pozorna. Wiem, że to skrzypi podłoga, bo cały dzień klimatyzacja była włączona, a teraz gorące powietrze zaczyna przenikać do wnętrza. Wiem, że syczą i cichutko strzelają zapalaone przy statule Maryi świeczki. Wiem, że to ławki "rozmawiają" w drewnianym języku.
Wiem, ale wolę sobie myśleć, że to odgłos kroków, że to św. Piotr szepcze: "Trzymaj się, imienniku". Albo św, Faustyna prostuje się, bo zdrzemnęła się nieco klęcząc. Albo św. Franciszek (to jego parafia) przycupnął nieśmiało na stopniu z tyłu i tylko patrzy.
Wracając widzę błysk na horyzoncie - może padać w nocy.
Dziki królik wystraszony pobiegł w stronę ogródka. Co on nie śpi jeszcze?

Pachnie ziołami, Maryja z groty (dopiero, co poświęconej)uśmiecha się, bo podświetlenie Tony założył.
W konfesjonale dziś po Mszy byłem i to dość długo...
I kolejka była...
To był dobry dzień w winnicy Pana...
Wiem, ale wolę sobie myśleć, że to odgłos kroków, że to św. Piotr szepcze: "Trzymaj się, imienniku". Albo św, Faustyna prostuje się, bo zdrzemnęła się nieco klęcząc. Albo św. Franciszek (to jego parafia) przycupnął nieśmiało na stopniu z tyłu i tylko patrzy.
Wracając widzę błysk na horyzoncie - może padać w nocy.
Dziki królik wystraszony pobiegł w stronę ogródka. Co on nie śpi jeszcze?

Pachnie ziołami, Maryja z groty (dopiero, co poświęconej)uśmiecha się, bo podświetlenie Tony założył.
W konfesjonale dziś po Mszy byłem i to dość długo...
I kolejka była...
To był dobry dzień w winnicy Pana...
?roda, 27. lipca 2005
piotr, 02:11h
No i zostałem sam na parafii.
Tylko na 5 dni, ale zawsze to coś.
Już mi mili ludzie samochód przyprowadzili i zatankowali (żeby ksiądz mógł sobie gdzieś pojechać).
O jedzenie nie muszę się martwić, bo mili ludzie codziennie zapraszają mnie na śniadanie, lunch i kolację.
Mam też rower, ale upał jest niemiłosierny (chociaż nie wiem, czy 102 F to dużo, ale raczej tak) i jeżdżę tylko późnym wieczorem i może spróbuję wczesnym rankiem (wątpię czy wstanę).
Mili ludzie załatwili mi bilet na Festiwal Folklorystyczny. Nie znam się na tym za bardzo i chyba nigdy wielkim fanem nie byłem, ale może uda się spotkać z zespołem tanecznym z Krakowa i wieczór okaże się całkiem sympatyczny.
Poza tym śledzę niemal na żywo dokonania pieszych pielgrzymów i nową jakość komunikacji: media, internet, smycze, konferencje prasowe, profesjonalny hymn, itd.
"Ostry" robi kawał dobrej roboty.
Modlę się za wędrujących i polecam się ich pamięci.
www.szczecinska.pl
A obrazki Matki Bożej Częstochowskiej (The Black Madonna, you know, Queen of Poland), których plik dostałem od ks. Arcybiskupa przed wyjazdem robią tu za oceanem prawdziwą furorę.
Tylko na 5 dni, ale zawsze to coś.
Już mi mili ludzie samochód przyprowadzili i zatankowali (żeby ksiądz mógł sobie gdzieś pojechać).
O jedzenie nie muszę się martwić, bo mili ludzie codziennie zapraszają mnie na śniadanie, lunch i kolację.
Mam też rower, ale upał jest niemiłosierny (chociaż nie wiem, czy 102 F to dużo, ale raczej tak) i jeżdżę tylko późnym wieczorem i może spróbuję wczesnym rankiem (wątpię czy wstanę).
Mili ludzie załatwili mi bilet na Festiwal Folklorystyczny. Nie znam się na tym za bardzo i chyba nigdy wielkim fanem nie byłem, ale może uda się spotkać z zespołem tanecznym z Krakowa i wieczór okaże się całkiem sympatyczny.
Poza tym śledzę niemal na żywo dokonania pieszych pielgrzymów i nową jakość komunikacji: media, internet, smycze, konferencje prasowe, profesjonalny hymn, itd.
"Ostry" robi kawał dobrej roboty.
Modlę się za wędrujących i polecam się ich pamięci.
www.szczecinska.pl
A obrazki Matki Bożej Częstochowskiej (The Black Madonna, you know, Queen of Poland), których plik dostałem od ks. Arcybiskupa przed wyjazdem robią tu za oceanem prawdziwą furorę.
poniedzia?ek, 25. lipca 2005
Z parafialnego biuletynu...
piotr, 04:03h
Autor: Father M.
Tłumaczenie: Ja
Spostrzegłem pewnego wieczoru, po dniu ciężkiej pracy w winnicy, że nie widziałem ojca Peter`a od porannej Mszy Św., a jeszcze mniej z nim rozmawiałem.
Był zajęty ze swoimi książkami, studiując przez cały dzień angielski. Słońce zachodziło, ale mimo wszystko nasz osiadły dzień powinien zostać wyprostowany.
Załadowałem odpowiedni sprzęt do samochodu i skierowałem się ku Highlands. "Dokąd jedziemy?" zapytał. "Na ryby, odpowiedziałem, właśnie tego potrzebuje ciało".
Jedyne dośwwiadczenie ojca Petera związane z wędkowaniem było leniwym, długotrwałym wpatrywaniem się w spławik, aż od czasu do czasu da on znać o sobie. Ta "czynność", mimo iż na swój sposób przyjemna, wymaga od ciała i umysłu tylko odrobinę więcej wysiłku niż oglądanie telewizji. My zamierzaliśmy łowić na muchę w rzece Cullasaja, co miało całkowicie zmienić jego myślenie o wędkowaniu.

Wewnątrz na wpół oświetlonego wąwozu woda wydawała się złowieszczo ciemna. Jej tajemnice i głębie nie mogły być widoczne gołym okiem. Trzeba było wczuć się w jej bieg i wyszukać te spokjne miejsca, gdzie czaiła się zawsze ostrożna ryba - marzenie wieczoru. Ojciec od razu spostrzegł, jakie to wspaniałe. Piękno, dźwięki, przygoda, koncentracja sił i zmysłów - wszystko zmieściło się w zdaniu, które wyraził: "This is unforgettable!" "Niezły angielski" pomyślałem. Łowienie zrobiło się spokojne, bo jakoś nie był to rozmowny wieczór, a i "brania" nie uświadczysz, poza pstrągami niewiele większymi od muchy. Musieliśmy zejść głębiej - to było jedyne wyjście.

Gdy miałem zamiar zmienić przynętę, pozwoliłem mojej muszce dryfować z prądem. Została wciągnięta wgłąb jakiegoś ukrytego zagłębienia. Kiedy ją wyciągnąłem, na haczyku wisiał piękny tęczowy pstrąg. One tam były, jak podejrzewałem w głębinach. Gdy tylko przynęty zostały zmienione, kolejne zanurzenie haczyka przyniosło kolejny blask tęczy. Potem przyszła kolej na ojca Petera. Stojąc na kłodzie, zawieszonej nad pędzącą rzeką, zalany wodą i podnieceniem - miał pstrąga. Walcząc odważnie i krzycząc coś (mogę tylko podejrzewać, że był to język polski) w końcu go nie wyciągnął, ale radoci mielimy co niemiara.

"Niebo nie jest dla leniwych" zwykł mawiać św. Filip Nereusz. Nie osiągniesz go na kanapie życia duchowego. "Wypłyń na głębię" przypominał nam Jan Paweł II owe tajemnicze słowa Pana. Ukryty zaś na głębokości jest nie tylko dreszcz połowu, ale i radość bycia złowionym w sieć Bożej miłości. Na odkrywaniu jej tajemniczych głębin mamy nadzieję spędzić wieczność.
Tłumaczenie: Ja
Spostrzegłem pewnego wieczoru, po dniu ciężkiej pracy w winnicy, że nie widziałem ojca Peter`a od porannej Mszy Św., a jeszcze mniej z nim rozmawiałem.
Był zajęty ze swoimi książkami, studiując przez cały dzień angielski. Słońce zachodziło, ale mimo wszystko nasz osiadły dzień powinien zostać wyprostowany.
Załadowałem odpowiedni sprzęt do samochodu i skierowałem się ku Highlands. "Dokąd jedziemy?" zapytał. "Na ryby, odpowiedziałem, właśnie tego potrzebuje ciało".
Jedyne dośwwiadczenie ojca Petera związane z wędkowaniem było leniwym, długotrwałym wpatrywaniem się w spławik, aż od czasu do czasu da on znać o sobie. Ta "czynność", mimo iż na swój sposób przyjemna, wymaga od ciała i umysłu tylko odrobinę więcej wysiłku niż oglądanie telewizji. My zamierzaliśmy łowić na muchę w rzece Cullasaja, co miało całkowicie zmienić jego myślenie o wędkowaniu.

Wewnątrz na wpół oświetlonego wąwozu woda wydawała się złowieszczo ciemna. Jej tajemnice i głębie nie mogły być widoczne gołym okiem. Trzeba było wczuć się w jej bieg i wyszukać te spokjne miejsca, gdzie czaiła się zawsze ostrożna ryba - marzenie wieczoru. Ojciec od razu spostrzegł, jakie to wspaniałe. Piękno, dźwięki, przygoda, koncentracja sił i zmysłów - wszystko zmieściło się w zdaniu, które wyraził: "This is unforgettable!" "Niezły angielski" pomyślałem. Łowienie zrobiło się spokojne, bo jakoś nie był to rozmowny wieczór, a i "brania" nie uświadczysz, poza pstrągami niewiele większymi od muchy. Musieliśmy zejść głębiej - to było jedyne wyjście.

Gdy miałem zamiar zmienić przynętę, pozwoliłem mojej muszce dryfować z prądem. Została wciągnięta wgłąb jakiegoś ukrytego zagłębienia. Kiedy ją wyciągnąłem, na haczyku wisiał piękny tęczowy pstrąg. One tam były, jak podejrzewałem w głębinach. Gdy tylko przynęty zostały zmienione, kolejne zanurzenie haczyka przyniosło kolejny blask tęczy. Potem przyszła kolej na ojca Petera. Stojąc na kłodzie, zawieszonej nad pędzącą rzeką, zalany wodą i podnieceniem - miał pstrąga. Walcząc odważnie i krzycząc coś (mogę tylko podejrzewać, że był to język polski) w końcu go nie wyciągnął, ale radoci mielimy co niemiara.

"Niebo nie jest dla leniwych" zwykł mawiać św. Filip Nereusz. Nie osiągniesz go na kanapie życia duchowego. "Wypłyń na głębię" przypominał nam Jan Paweł II owe tajemnicze słowa Pana. Ukryty zaś na głębokości jest nie tylko dreszcz połowu, ale i radość bycia złowionym w sieć Bożej miłości. Na odkrywaniu jej tajemniczych głębin mamy nadzieję spędzić wieczność.
sobota, 23. lipca 2005
piotr, 17:19h
Z okazji wczorajszej Marii Magdaleny przypomniało mi się najkrótsze kazanie z nią w roli głównej:
"Maria Magdalena k... była i się nawróciła. A wy?"
P.S. Zaznaczam, że osobiście tego nie słyszałem, a opowiadali mi ci, co sami też nie słyszeli, tylko ktoś im mówił, więc czy takie słowa padły z ambony - nie mam pojęcia. Tak mi się tylko przypomniało...
"Maria Magdalena k... była i się nawróciła. A wy?"
P.S. Zaznaczam, że osobiście tego nie słyszałem, a opowiadali mi ci, co sami też nie słyszeli, tylko ktoś im mówił, więc czy takie słowa padły z ambony - nie mam pojęcia. Tak mi się tylko przypomniało...
czwartek, 21. lipca 2005
piotr, 23:45h
Smokie Mountains - "moje góry" - jak mówi ojciec Mateusz.
Jestem w pobliżu Parku Narodowego: http://www.nps.gov/grsm/index.htm
Parafia malusieńka za to jak przyjemnie.
Miałem zastępować ojca Mateusza (tak naprawdę ma angielskie imię, ale postanowiłem na blogu tak właśnie go nazywać), ale on tylko czasem musi wyjechać (jak ostatnio do Karmelu w Nowym Jorku, gdzie głosił rekolekcje siostrom). Wtedy go zastępuję w pełnym tego słowa znaczeniu: spowiadam, głoszę kazania, odwiedzam chorych. Częściej jednak on jest i nie muszę go zastępować, tylko martwię się, jak by tu się zmusić do przetłumaczenia kolejnego rozdziału wstępu do Biblii, który sobie studiuję ucząc się angielskiego.
Ale wracając do księdza M.
Jest niesamowity. To chyba najlepsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy. 5 może 6 lat starszy ode mnie - od trzech lat jest proboszczem w tym miasteczku.
Jak wygląda nasz dzień?
M. wstaje baaaaardzo wcześnie. Od czasu do czasu idzie na 5.00 do siłowni. Ok. 6.10 słyszę młynek do kawy ("Świeżo zmielona jest taka pachnąca"). Potem ja powoli się wygrzebuję: prysznic, golenie, itd. On już jest w kościele. Msza o 9.00, więc ja sobie kwadransik przed ósmą przychodzę. Kościół jest tuż obok malusieńkiego domku-plebanii, więc droga trwa 30 sek. Amerykańscy księża praktykują tzw. holy hour, czyli 60 min. osobistej medytacji każdego dnia. Podoba mi się to, więc przychodzę rano a w kościele już pierwsi gorliwi parafianie się modlą, medytują, czytają. Po Mszy Św. ja siadam do książek - ojciec Mateusz idzie do biura - spotykamy się na lunch`u (ok. 13.00). Jeśli nikt nas akurat nie zaprasza gdzieś do lokalu na mieście, których to miejsc z naprawdę dobrem jedzeniem jest sporo - to robimy coś sami.
Dobra, to opisywanie dnia codziennego jest nudne. Miała to być notka o M.
Jest bardzo pracowity. Przygotowuje swoje kazania skrupulatnie - głosi je codziennie, ale mówi naprawdę fantastycznie. Chyba powinienem zapisywać niektóre z jego myśli - są świetne.
Doskonale zna duchowość Karmelu - Jan od Krzyża, św. Teresa, te sprawy.
Ma wiele uzdolnień: gra na skrzypcach, robi sztuczki prestidigitatorskie (znaczy: karty, chustki, monety, kapelusze i David Cooperfield), fantastycznie gotuje (szczególnie kuchnia włoska). Jego parafianie uwielbiają go za głęboką duchowość, ale i przystępność.
Przygotowanie bezpośrednie do liturgii to stare, dobre, łacińskie modlitwy, przed ogromnym obrazem Ukrzyżowanego autorstwa Velasquesa.
Wydźwignął swoją parafię z dołka finansowego i duchowego. Chodzi w sutannie, zna się na filozofii św. Tomasza i na winach. Poza tym jest bardzo otwarty i kontaktowy – dzieciaki za nim szaleją, nawet wiewiórki i dzikie króliki przychodzą do jego ogródka (o ptakach nie wspominając).
Stara się nie koncentrować uwagi swoich parafian na sobie, ale na osobie Jezusa Chrystusa. Świetnie mówi po hiszpańsku – ma sporo parafian latynoskiego pochodzenia, więc jedna Msza Św. w niedzielę jest po hiszpańsku (z kazaniem).
Czasem zwykłe drobiazgi potrafią wiele o człowieku powiedzieć. Odwiedzam pewną chorą kobietę w jego parafii, a ona na koniec wizyty prosi, żebym zabrał wazon i oddał ojcu Mateuszowi, bo „to jego wazonik jest”. Oczywiście przyszedł do niej poprzednim razem z kwiatami z własnego ogródka. Albo książki, które ma na pólkach i które rzeczywiście czyta, bo nie posiada TV i ma w swoim planie dnia zawsze czas na lekturę. Ma niezły gust jeśli chodzi o wystrój wnętrz w kościele, na plebani, czy w biurze – wiele ścian pomalował własnoręcznie, wiele pomieszczeń sam zaaranżował. I modli się dużo. Modli się ciągle – wszystko, co robi jest pełne radosnego przebywania w bliskości Boga. Wiem, brzmi to patetycznie, ale nic na to nie poradzę – widzę go na co dzień i tak to odbieram. Rozwala mnie w kosza, uczy łowienia ryb na muchę (będzie o tym następnym razem) i pożycza swojego roweru, żebym po pagórkach mógł pośmigać.
Pewnie jest zastanawiającym, dlaczego takie peany pochwalne mu tu pieję, ale naprawdę wiele się uczę od niego. Takiego kapłaństwa jak w książce – nie zabieganego, wciąż śpieszącego się (chociaż M. co wieczór jest zmęczony), ale i nie leniwego, minimalistycznego. Pasterzowania w parafii i rozwijania swoich talentów na służbę Bogu i ludziom. To na pewno nie przypadek, że trafiłem właśnie do niego.
Jestem w pobliżu Parku Narodowego: http://www.nps.gov/grsm/index.htm
Parafia malusieńka za to jak przyjemnie.
Miałem zastępować ojca Mateusza (tak naprawdę ma angielskie imię, ale postanowiłem na blogu tak właśnie go nazywać), ale on tylko czasem musi wyjechać (jak ostatnio do Karmelu w Nowym Jorku, gdzie głosił rekolekcje siostrom). Wtedy go zastępuję w pełnym tego słowa znaczeniu: spowiadam, głoszę kazania, odwiedzam chorych. Częściej jednak on jest i nie muszę go zastępować, tylko martwię się, jak by tu się zmusić do przetłumaczenia kolejnego rozdziału wstępu do Biblii, który sobie studiuję ucząc się angielskiego.
Ale wracając do księdza M.
Jest niesamowity. To chyba najlepsze słowo, jakie przychodzi mi do głowy. 5 może 6 lat starszy ode mnie - od trzech lat jest proboszczem w tym miasteczku.
Jak wygląda nasz dzień?
M. wstaje baaaaardzo wcześnie. Od czasu do czasu idzie na 5.00 do siłowni. Ok. 6.10 słyszę młynek do kawy ("Świeżo zmielona jest taka pachnąca"). Potem ja powoli się wygrzebuję: prysznic, golenie, itd. On już jest w kościele. Msza o 9.00, więc ja sobie kwadransik przed ósmą przychodzę. Kościół jest tuż obok malusieńkiego domku-plebanii, więc droga trwa 30 sek. Amerykańscy księża praktykują tzw. holy hour, czyli 60 min. osobistej medytacji każdego dnia. Podoba mi się to, więc przychodzę rano a w kościele już pierwsi gorliwi parafianie się modlą, medytują, czytają. Po Mszy Św. ja siadam do książek - ojciec Mateusz idzie do biura - spotykamy się na lunch`u (ok. 13.00). Jeśli nikt nas akurat nie zaprasza gdzieś do lokalu na mieście, których to miejsc z naprawdę dobrem jedzeniem jest sporo - to robimy coś sami.
Dobra, to opisywanie dnia codziennego jest nudne. Miała to być notka o M.
Jest bardzo pracowity. Przygotowuje swoje kazania skrupulatnie - głosi je codziennie, ale mówi naprawdę fantastycznie. Chyba powinienem zapisywać niektóre z jego myśli - są świetne.
Doskonale zna duchowość Karmelu - Jan od Krzyża, św. Teresa, te sprawy.
Ma wiele uzdolnień: gra na skrzypcach, robi sztuczki prestidigitatorskie (znaczy: karty, chustki, monety, kapelusze i David Cooperfield), fantastycznie gotuje (szczególnie kuchnia włoska). Jego parafianie uwielbiają go za głęboką duchowość, ale i przystępność.
Przygotowanie bezpośrednie do liturgii to stare, dobre, łacińskie modlitwy, przed ogromnym obrazem Ukrzyżowanego autorstwa Velasquesa.
Wydźwignął swoją parafię z dołka finansowego i duchowego. Chodzi w sutannie, zna się na filozofii św. Tomasza i na winach. Poza tym jest bardzo otwarty i kontaktowy – dzieciaki za nim szaleją, nawet wiewiórki i dzikie króliki przychodzą do jego ogródka (o ptakach nie wspominając).
Stara się nie koncentrować uwagi swoich parafian na sobie, ale na osobie Jezusa Chrystusa. Świetnie mówi po hiszpańsku – ma sporo parafian latynoskiego pochodzenia, więc jedna Msza Św. w niedzielę jest po hiszpańsku (z kazaniem).
Czasem zwykłe drobiazgi potrafią wiele o człowieku powiedzieć. Odwiedzam pewną chorą kobietę w jego parafii, a ona na koniec wizyty prosi, żebym zabrał wazon i oddał ojcu Mateuszowi, bo „to jego wazonik jest”. Oczywiście przyszedł do niej poprzednim razem z kwiatami z własnego ogródka. Albo książki, które ma na pólkach i które rzeczywiście czyta, bo nie posiada TV i ma w swoim planie dnia zawsze czas na lekturę. Ma niezły gust jeśli chodzi o wystrój wnętrz w kościele, na plebani, czy w biurze – wiele ścian pomalował własnoręcznie, wiele pomieszczeń sam zaaranżował. I modli się dużo. Modli się ciągle – wszystko, co robi jest pełne radosnego przebywania w bliskości Boga. Wiem, brzmi to patetycznie, ale nic na to nie poradzę – widzę go na co dzień i tak to odbieram. Rozwala mnie w kosza, uczy łowienia ryb na muchę (będzie o tym następnym razem) i pożycza swojego roweru, żebym po pagórkach mógł pośmigać.
Pewnie jest zastanawiającym, dlaczego takie peany pochwalne mu tu pieję, ale naprawdę wiele się uczę od niego. Takiego kapłaństwa jak w książce – nie zabieganego, wciąż śpieszącego się (chociaż M. co wieczór jest zmęczony), ale i nie leniwego, minimalistycznego. Pasterzowania w parafii i rozwijania swoich talentów na służbę Bogu i ludziom. To na pewno nie przypadek, że trafiłem właśnie do niego.
?roda, 20. lipca 2005
piotr, 20:31h
Trochę zaniedbałem pisanie, a jest o czym...
Właśnie wróciłem z miłej kolacji wśród miłych ludzi, którzy zimę spędzają na Florydzie, a lato w górach, gdzie mają cudowny domek z prześlicznym widokiem. W górach, czyli tu, gdzie jestem.
Jedzenie ok, towarzystwo przyjemne, kilka partyjek w piłkarzyki, miła rozmowa.
Po deserze mężczyźni udali się za dom, gdzie ustawiono kilka tarcz, butelek, kartonów po soku. Strzelanie to niby nic takiego - wiatrówki były nawet w Ogólniaku na PO - tym razem jednak to prawdziwa broń. Nauszniki, bo huk jest znaczny i jedziemy...
Pierwsze uczucie jest rzeczywiście dziwne - to takie małe maszynki do zabijania, bo przecież po to wymyślono pistolety. Trzymam w ręku takie coś i drżę na samą myśl, że to zabija. W końcu jednak rozsądek bierze górę nad emocjami - trzymałem przecież w ręku wiele razy
nóż, siekierę, czy inny przyrząd, którym można zabić. Strzelanie zaczyna się robić po prostu przyjemne. Odrzut ręki, huk wystrzału, dym i dziura (w ziemi albo w tarczy). Powoli czuję jak stres całego dnia odchodzi, spływa ze mnie jak pot pod prysznicem. Zaczęło mi się to podobać - aż się wystraszyłem swojej reakcji. Przypomniałem sobie doktora Fleshmana z "Przystanku Alaska". Był strasznym przeciwnikiem polowań, nie widział w tym nic, absolutnie nic ciekawego, ani mądrego - dopóki nie spróbował. Zasmakował w "głupiej rozrywce samców" - jak sam to nazwał. Nie porównuję strzelania do tarczy z polowaniem, ale miałem podobną reakcję. Najpierw jakiś lęk - po co taka głupia zabawa,
potem prawdziwa frajda. Wieczorem przyszła refleksja na temat tych, którzy noszą broń na codzień przy sobie, czasem nawet muszą jej użyć. Dzięki Bogu, że ja nie muszę - to jest chyba bardzo trudne. Z drugiej strony patrząc na policjanta w jakimś sensie akceptuję fakt, że nosi przy sobie śmiercionośną broń - ma mnie bronić. A gdyby wszyscy uwierzyli w Dobrą Nowinę pistolety byłyby niepotrzebne. Wydatki, które ponosimy na zbrojenia można by wykorzystać na żywienie, itd. itd. W tej chwili największe wydatki ponoszą młode wdowy po żołnierzach, ich dzieciaki. Północna Karolina to stan, z którego pochodzi najwięcej chłopaków wysłanych do Iraku. Często na samochodach zobaczyć można naklejki: "Support our troopers". Najlepszy support, jaki możemy im dać to modlitwa o ich szybki powrót i wpływanie na decyzje rządów poprzez odpowiedzialne wybory. I znowu się patriotycznie zrobiło. A na pytanie, czy jesteś za pozostaniem wojsk Koalicji w Iraku odpowiedź nie jest prosta. Jan Paweł II wzywał: "Stop the war. Now." A jeśli oni rzeczywiście nas bronią? "Nie daj się zwariować amerykańskiej propagandzie - tu chodzi o ropę i strefy wpływów". A budowane przez żołnierzy szkoły, szpitale, oczyszczalnie ścieków, ujęcia wody pitnej, punkty szczepień, które mało kto pokazuje, bo śmierć i zniszczenie jest bardziej efektowne? A bezwzględni mordercy, podkładający bomby, którzy chcą przejąć kontrolę nad krajem?
Ja tam mam zamiar robić swoje - głosić Dobrą Nowinę.
Jeśli chociaż jedna osoba uwierzy dzięki mnie, albo zmieni coś w swoim życiu na lepsze, albo po prostu zastanowi się przez chwilę zanim będzie za późno - będę zadowolony.
Father Matthew odpisuje na maile, kończy się niedziela. Muszę wreszcie zacząć od początku - gdzie jestem, co tu robię i kim jest ks. Mateusz, z którego gościnności korzystam i który ciągle wygrywa ze mną w kosza.
Ale to już innym razem.
Panie Jezu, daj spokojną noc.
Właśnie wróciłem z miłej kolacji wśród miłych ludzi, którzy zimę spędzają na Florydzie, a lato w górach, gdzie mają cudowny domek z prześlicznym widokiem. W górach, czyli tu, gdzie jestem.
Jedzenie ok, towarzystwo przyjemne, kilka partyjek w piłkarzyki, miła rozmowa.
Po deserze mężczyźni udali się za dom, gdzie ustawiono kilka tarcz, butelek, kartonów po soku. Strzelanie to niby nic takiego - wiatrówki były nawet w Ogólniaku na PO - tym razem jednak to prawdziwa broń. Nauszniki, bo huk jest znaczny i jedziemy...
Pierwsze uczucie jest rzeczywiście dziwne - to takie małe maszynki do zabijania, bo przecież po to wymyślono pistolety. Trzymam w ręku takie coś i drżę na samą myśl, że to zabija. W końcu jednak rozsądek bierze górę nad emocjami - trzymałem przecież w ręku wiele razy
nóż, siekierę, czy inny przyrząd, którym można zabić. Strzelanie zaczyna się robić po prostu przyjemne. Odrzut ręki, huk wystrzału, dym i dziura (w ziemi albo w tarczy). Powoli czuję jak stres całego dnia odchodzi, spływa ze mnie jak pot pod prysznicem. Zaczęło mi się to podobać - aż się wystraszyłem swojej reakcji. Przypomniałem sobie doktora Fleshmana z "Przystanku Alaska". Był strasznym przeciwnikiem polowań, nie widział w tym nic, absolutnie nic ciekawego, ani mądrego - dopóki nie spróbował. Zasmakował w "głupiej rozrywce samców" - jak sam to nazwał. Nie porównuję strzelania do tarczy z polowaniem, ale miałem podobną reakcję. Najpierw jakiś lęk - po co taka głupia zabawa,
potem prawdziwa frajda. Wieczorem przyszła refleksja na temat tych, którzy noszą broń na codzień przy sobie, czasem nawet muszą jej użyć. Dzięki Bogu, że ja nie muszę - to jest chyba bardzo trudne. Z drugiej strony patrząc na policjanta w jakimś sensie akceptuję fakt, że nosi przy sobie śmiercionośną broń - ma mnie bronić. A gdyby wszyscy uwierzyli w Dobrą Nowinę pistolety byłyby niepotrzebne. Wydatki, które ponosimy na zbrojenia można by wykorzystać na żywienie, itd. itd. W tej chwili największe wydatki ponoszą młode wdowy po żołnierzach, ich dzieciaki. Północna Karolina to stan, z którego pochodzi najwięcej chłopaków wysłanych do Iraku. Często na samochodach zobaczyć można naklejki: "Support our troopers". Najlepszy support, jaki możemy im dać to modlitwa o ich szybki powrót i wpływanie na decyzje rządów poprzez odpowiedzialne wybory. I znowu się patriotycznie zrobiło. A na pytanie, czy jesteś za pozostaniem wojsk Koalicji w Iraku odpowiedź nie jest prosta. Jan Paweł II wzywał: "Stop the war. Now." A jeśli oni rzeczywiście nas bronią? "Nie daj się zwariować amerykańskiej propagandzie - tu chodzi o ropę i strefy wpływów". A budowane przez żołnierzy szkoły, szpitale, oczyszczalnie ścieków, ujęcia wody pitnej, punkty szczepień, które mało kto pokazuje, bo śmierć i zniszczenie jest bardziej efektowne? A bezwzględni mordercy, podkładający bomby, którzy chcą przejąć kontrolę nad krajem?
Ja tam mam zamiar robić swoje - głosić Dobrą Nowinę.
Jeśli chociaż jedna osoba uwierzy dzięki mnie, albo zmieni coś w swoim życiu na lepsze, albo po prostu zastanowi się przez chwilę zanim będzie za późno - będę zadowolony.
Father Matthew odpisuje na maile, kończy się niedziela. Muszę wreszcie zacząć od początku - gdzie jestem, co tu robię i kim jest ks. Mateusz, z którego gościnności korzystam i który ciągle wygrywa ze mną w kosza.
Ale to już innym razem.
Panie Jezu, daj spokojną noc.
czwartek, 14. lipca 2005
Some little things...
piotr, 00:52h
Na pierwszy rzut oka Ameryka, jaką poznaję wygląda niczym żywcem przeniesiona z filmu. Szerokie ulice, ogromne samochody, wielkie odległości: do najbliższego sklepu – pięć mil, do kościoła – 6, do znajomych – 3. Nic dziwnego, że wszyscy jeżdżą. Tylko potem nie chce im się wysiadać z samochodów (nawet bankomaty mają „Drive Thru”).
Fast foody co 100 m (jak we „The Flinstones”, ciężarówki, jak w „Mistrz kierownicy ucieka”, kościółki baptystów (w każdym miasteczku) jak w „Domku na prerii”, osiedla, jak w „Cudownych latach”, wnętrza domów, jak w „Bill Cosby Show”, „Pełnej chacie”, czy „Przyjaciołach”, itd., itd. Wszystko naprawdę wygląda tak, jak nam to w Europie seriale, czy filmy pokazują. Celowo używam pojęcia „nam w Europie”, bo tu czy jesteś z Grecji, Niemiec czy Polski – jesteś European.
Napięcie w gniazdkach – 110 V – moja golarka ma nieco mniejsze obroty, ale – jak wszystko z symbolem „CE” – działa. Miałem trochę problemów z podłączeniem jej (oraz komputera) ze względu na dziwne, nietypowe gniazdka. Ale cóż, wystarczyło pojechać do oddalonego o „zaledwie” 10 mil Radio Shack (R) i kupić odpowiednią przejściówkę. Nauczyłem się przy okazji kilku ciekawych słówek, jak np. wtyczka, gniazdko wspomniana przejściówka, „Naprawdę płaci pan gotówką?” (nie kartą?), itp.
Nie za bardzo wiem, jaka jest pogoda, bo w domu klimatyzacja, w samochodzie – klima, w sklepie, kościele i restauracji – air condition. Patrzę na wskaźniki temperatury, a tam nic mi niemówiące liczby: 78 F. Ze stopami i calami też niełatwo się połapać. „Father, how tall are you?” I weź tu wytłumacz, że masz 1, 90 m. Albo ograniczenie prędkości na autostradzie: Speed limit 60. To ile jedziemy? A propos odległości – nikt nie podaje dystansu, tylko czas: „How far? About two hours” – to chyba niedaleko.
Na razie podoba mi się inność wszystkich drobiazgów: od okrągłych klamek, przez młynki do odpadów w zlewach, wodę stojącą w muszli dość wysoko, po włączniki do lampek (śmieszne pokrętła). Ciekawe doświadczenie. Nigdy nie zastanawiam się nad oczywistymi drobnostkami, jakie mnie otaczają dopóki nie stanę oko w oko z zupełnie innym systemem zwyczajnych rzeczy, czynności, zachowań. To malownicze bogactwo różnic może wciągać, ale po co się nad nim, zatrzymywać? Lepiej je zaakceptować, szybko nauczyć się poruszania po nich i pamiętać, że na pozór wszechobecne drobiazgi mają tylko stanowić tło, środowisko i scenę do prawdziwego życia, które w Polsce, Niemczech, Italii, czy Stanach (bo tylko o tych krajach coś potrafię powiedzieć) jest złożone z takich samych problemów: „Jak być dobrym? Jak nie przegrać życia? Jak być Człowiekiem? Po co cierpienie? Co po śmierci? Czym jest zło?”. Pod płaszczykiem stylu życia, uwarunkowań kulturowych, różnic cywilizacyjnych kryje się zawsze egzystencjalne „BYĆ”, o które nigdy nie można przestać pytać.
Ok., that`s enought. Następnym razem może analiza innych rzeczywistości, głębszych niż codzienne.
Fast foody co 100 m (jak we „The Flinstones”, ciężarówki, jak w „Mistrz kierownicy ucieka”, kościółki baptystów (w każdym miasteczku) jak w „Domku na prerii”, osiedla, jak w „Cudownych latach”, wnętrza domów, jak w „Bill Cosby Show”, „Pełnej chacie”, czy „Przyjaciołach”, itd., itd. Wszystko naprawdę wygląda tak, jak nam to w Europie seriale, czy filmy pokazują. Celowo używam pojęcia „nam w Europie”, bo tu czy jesteś z Grecji, Niemiec czy Polski – jesteś European.
Napięcie w gniazdkach – 110 V – moja golarka ma nieco mniejsze obroty, ale – jak wszystko z symbolem „CE” – działa. Miałem trochę problemów z podłączeniem jej (oraz komputera) ze względu na dziwne, nietypowe gniazdka. Ale cóż, wystarczyło pojechać do oddalonego o „zaledwie” 10 mil Radio Shack (R) i kupić odpowiednią przejściówkę. Nauczyłem się przy okazji kilku ciekawych słówek, jak np. wtyczka, gniazdko wspomniana przejściówka, „Naprawdę płaci pan gotówką?” (nie kartą?), itp.
Nie za bardzo wiem, jaka jest pogoda, bo w domu klimatyzacja, w samochodzie – klima, w sklepie, kościele i restauracji – air condition. Patrzę na wskaźniki temperatury, a tam nic mi niemówiące liczby: 78 F. Ze stopami i calami też niełatwo się połapać. „Father, how tall are you?” I weź tu wytłumacz, że masz 1, 90 m. Albo ograniczenie prędkości na autostradzie: Speed limit 60. To ile jedziemy? A propos odległości – nikt nie podaje dystansu, tylko czas: „How far? About two hours” – to chyba niedaleko.
Na razie podoba mi się inność wszystkich drobiazgów: od okrągłych klamek, przez młynki do odpadów w zlewach, wodę stojącą w muszli dość wysoko, po włączniki do lampek (śmieszne pokrętła). Ciekawe doświadczenie. Nigdy nie zastanawiam się nad oczywistymi drobnostkami, jakie mnie otaczają dopóki nie stanę oko w oko z zupełnie innym systemem zwyczajnych rzeczy, czynności, zachowań. To malownicze bogactwo różnic może wciągać, ale po co się nad nim, zatrzymywać? Lepiej je zaakceptować, szybko nauczyć się poruszania po nich i pamiętać, że na pozór wszechobecne drobiazgi mają tylko stanowić tło, środowisko i scenę do prawdziwego życia, które w Polsce, Niemczech, Italii, czy Stanach (bo tylko o tych krajach coś potrafię powiedzieć) jest złożone z takich samych problemów: „Jak być dobrym? Jak nie przegrać życia? Jak być Człowiekiem? Po co cierpienie? Co po śmierci? Czym jest zło?”. Pod płaszczykiem stylu życia, uwarunkowań kulturowych, różnic cywilizacyjnych kryje się zawsze egzystencjalne „BYĆ”, o które nigdy nie można przestać pytać.
Ok., that`s enought. Następnym razem może analiza innych rzeczywistości, głębszych niż codzienne.
... older stories

