poniedzia?ek, 11. lipca 2005
Chwilowo jestem poza siecia, ale zapisuje skrupulatnie wszystko w laptopiku.
Jak naprawia przepisze.

Von piotr um 19:50h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 9. lipca 2005
Najpierw była niedziela. Parafia niewielka a przed Mszą ruch spory. Chórzyści ćwiczą, lektorzy czytają, ministranci się przebierają, "rozdawacze" Komunii słuchają ostatnich wskazówek diakona - każdy wie, co ma robić. Liturgia dopracowana aż za bardzo - trochę zabrakło mi polskiej spontaniczności. Nadrobił nieco Father Roger podczas ogłoszeń tryskał humorem. Po Mszy każdy chciał przywitać się z młodymi księżmi dalekiego kraju. Księżmi, bo jest ze mną W. - też student rzymski. "How are you? I`m Barbara. Let me introduce you my husband Jim, and this is Lane - our youngest daughter." I tak przez pół godziny stałem w drzwiach i zamieniałem z każdym kilka słów. Wszyscy zapraszają: "You have to come to us for a dinner." Przemili. Mówią, że młodzi księża to dla nich Błogosławieństwo.
W poniedziałek Dzień Niepodległości. Father wygłasza płomienne kazanie okraszone motywami patriotycznymi, po Mszy modlimy się za United States of America stojąc przed flagą i oczywiście jesteśmy zaproszeni na typową amerykańską kolację niepodległości.
Przemiły domek z widokiem na jezioro i las (jak u wszystkich w tej okolicy), kominek, krakersy z serem i miła konwersacja. Wreszcie hamburgery - świetnie zgrillowane, pachnące i wypasione.

Przypomniałem sobie od razu scenę z Pulp Fiction:
" - Wiesz jak w Europie mówią na ćwierćfunciaka z serem?
- Nie mówią na niego ćwiercfunciak z serem?
- Nie, mówią na niego Royal".
Nasze miały ćwiercfunta PO usmażeniu, w przeciwieństwie do niektórych, jakie zdarzało mi się jeść.
Do tego sałatka z fasolą i gotowana kukurydza.
Pan domu tryska humorem. Ciekawy człowiek - był żołnierzem w Wietnamie. W ogóle przemiły wieczór.
Wychodzimy nieco zmęczeni, ale to nie koniec atrakcji. Jedziemy obejrzeć fajerwerki. Zabawki te są w Stanie Pólnocna Karolina zabronione, dlatego wygladało to trochę geriatrycznie: emerytowany pan odpala niewielki, plujący ogniem wulkanik - starsze panie z sąsiedztwa się cieszą i biją brawo. Tak, czy inaczej celebrować Dzień Niepodległogłości musieli wszyscy włącznie ze stacjami benzynowymi, barami i sklepami, na których spotkać można było napisy typu: "Freedom doesn`t come free", "God bless this country" czy "Happy birthday America".

Skorzystałem z okazji i troche opowiedziałem o naszym Dniu Niepodległości, który świętujemy od piętnastu lat. Rozmawialiśmy o roli Prezydenta Reagana i Papieża JP2. A pewnemu młodemu człowiekowi po prostu przypomniałem, że miliony ludzi na świecie żyją pod panowaniem rozmaitych reżimów i o słowach niezależność, wolność, niepodległość mogą tylko pomarzyć. Jakie to szczęście móc samemu decydować o sprawach swojego kraju. W demokratyczny sposób dokonywać zmiany władz - bezkrwawo, bez przemocy. Być w swoim państwie "u siebie". Decydować o przyszłości. Patrzę na niektóre wypowiedzi w internecie, czytam słowa poniżające nasz kraj, drwiące z patriotyzmu, wyśmiewające podstawowe instytucje państwa i myślę sobie, ile trzeba nam się bycia obywatelem uczyć. Cóż, dobrze, że przynajmniej zaczęliśmy...

Von piotr um 07:28h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 6. lipca 2005
Być jak Tom Hanks (The Terminal)
Zacznę od mojej podróży.
Do Warszawy dotarłem w miarę punktualnie - jak mawiają: lot krajowy - szybki i bezpłciowy. Potem już na Okęciu okazało się, że NYC jest opóźniony - powiedzieli, że 90 min., więc sądziłem, że zdążę na swój samolot do Charlotte. Niestety. Przeszedłem przez bramkę i utknąłem przed boardingiem, bo opóźnienie okazało się 3 godzinne. Potem problemy - bo nastąpiła mała zmiana - zamiast maszyną LOT-u polecieliśmy samolotem American Airlines. Niestety, oznaczenia miejsc były nieco inne i pasażerowie z miejscami "C" mieli zająć "F" czy odwrotnie. Niezły bałagan się zrobił. Załoga była mieszana - polsko-amerykańska i pechowo zawsze, gdy problem miał Amerykanin przychodził Polak, do Polaka podchodził Amerykanin i tak się dogadywali jakoś długo i szczęśliwie. Straciłem nadzieję na złapanie swojego połączenia i już na pokładzie przekazałem to stewardesie. Ta miała próbować dać znać liniom Delta.
Wysiadłem w New Yorku na JFK, urzędnik emigracyjny przybił pieczątkę, zeskanował moje odciski i byłem w Stanach. Taksówka na lotnisko La Guardia - skąd miałem lecieć dalej - była konieczna, bo po 20.00 autobusiki i kolejka nie jeżdżą. Na La Guardia miła pani powiedziała, że przesunęli mnie na 5.30 rano, ale z lotniska JFK. Wróciłem na JFK (znowu taksówką) i inna miła pani poinformowała mnie, że polecę do Cincinati i potem do Charlotte. Na pytanie: "Gdzie mam spędzic noc?" pokazała ręką: "Terminal 4 - it`s all yours".
- Dobra - myślę sobie - do 5 rano wytrzymam.
Dzwonię do Ojca Rogera, który miał czekać na mnie w Charlotte i wyjaśniam mu sytuację. Przy okazji spotykam miłych ludzi z Niemiec - ojciec z córką - czekają na poranny lot, jak zresztą ok. setki pasażerów, bo marunki atmosferyczne uniemożliwiają start niektórych samolotów. Sadowimy się więc razem z amerykańskim studentem na fotelach i rozmawiając czekamy na poranek. Obejrzeliśmy film na laptopie, potem zdjęcia Jacka na jego Apple`u. Trochę pospałem i nagle mój budzik powiedział, że mam wstawać. Kolejka do odpraw była ogromna. Stanąłem cierpliwie, żeby po 45 minutach stania usłyszeć: "Pasażerowie do Cincinati, proszę z mną." Lot odwołany. Miła pani mówi: "Pleci pan do Pitsburgha, potem do Atlanty i do Charlotte".
Ok. Mam czas do 9.00. Przechodzę przez kontrolę: "Proszę zdjąć buty, wyjąć komputer z torby, podnieść nogę, itd." Czekam. Otwierają w końcu sklepiki i bary (ok. 7.00). Zjadam fantastyczne, europejskie śniadanie za 13 $ (kawa tylko lurowata - reszta smakuje mi, jakbym od wczoraj nic nie jadł) i dowiaduje się, że lot do Pitsburgha jest opóźniony o 2 godziny. Moje dalsze połączenia też przepadną, więc słyszę tym razem: "Poleci pan przez nie przez Atlantę ale Cincinati". W Charlotte mam być wieczorem. Dzwonię znowu do Ojca Rogera. Ten daje mi radę, żeby spróbować dotrzec do Ashevile. Ok. Najpierw lecę do Pitsburgha. Wysiadając słyszę od miłem pani stewardesy: "Good bye", po czym udaję się do miłej pani w okienku, dowiaduję się, że coś tam było opóźnione, poleci teraz, więc jak chcę do Ashevile to mam wsiadać do tego samolotu, z którego przed chwilą wysiadłem i polecę do Cincinati. Wsiadając mówię miłej pani stewardesie: "Helo again", widzę jej zaskoczoną minę, po czym po godzince docieram do Cincinati. Jeszcze tylko 2,5 godziny czekania i mam samolot do Ashevile. Czeka na mnie Diakon James. Padam z nóg, ale tylko biorę prysznic, drzemię godzinkę i jedziemy do niemieckiej restauracji, gdzie mamy kolację.
Kiedy wreszcie kładę się do łóżka - mam świadomość, że moja podróż zakończyła się.
"Welcome to America" - 4 lipca (Dzień Niepodległości) w następnym odcinku.

Von piotr um 22:23h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 5. lipca 2005
Well...
Po 38 godzinnej podrozy (z noca na lotnisku JFK) dotarlem w koncu na miejsce.
Jestem w katolickiej parafii w Polnocnej Karolinie (diecezja Charlotte).
Mam tu zastepowac ksiezy, ktorzy udaja sie na urlopy i przy okazji poduczyc sie angielskiego.
Wzialem swojego laptopa, ale na razie korzystanie z niego uniemozliwia gniazdko do pradu - oni maja zupelnie inne. Nie moge tez podlaczyc golarki (he, he). Podobno w domu, gdzie mieszkam jest bezprzewodowy internet, wiec bedzie okazja opisac przygody z podrozy i Dzien Niepodleglosci w USA.
Tymczasem z biura parafialnego, specjalnie dla bloggera - Piotr Iron Kolonko...

Von piotr um 19:26h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 1. lipca 2005
Siedzę właśnie z Jackiem na zatłoczonym lotnisku w Warszawie.
Mój lot do NYC jest opóźniony o 90 min., ale jest przynajmiej internet bezprzewodowy...

Szczegóły z wyjazdu już wkrótce - mam nadzieję, że będzie tam net...

Von piotr um 15:20h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 29. czerwca 2005
Don't worry Roman.
Roman: Jak mam powiedzieć rodzicom, że drugi raz oblałem?
Adrian: Napisz im kartkę:
"Kochani zdawałem właśnie Egzamin Dojrzałości.
U mnie wszystko "po staremu" - właściwie bez większych zmian.
Pozdrawiam."

Von piotr um 21:42h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

Są już wyniki matury.
Dla tych, co oblali...

Roman nie wstydził się swojej wiedzy.
Nie miał się czego wstydzić...

Von piotr um 12:44h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 26. czerwca 2005
Ochrzciłem dzisiaj Karola - syna Doroty i Szymona...
Napisałem mu:
"Tylu wielkich ludzi przed Tobą nosiło to imię.
Pamiętaj, że prawdziwą wielkością jest DOBRO".

Spotkam się dziś w B. z całym rocznikiem. Nie widziałem chłopaków od dawna. Już się cieszę na to spotkanie...

Von piotr um 23:00h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 24. czerwca 2005
Służba zdrowia choruje...
Pani Teresa jak zwykle wstała rano i poszła na 6.30 do kościoła. Wróciła i... siadając poczuła ból. Na tyle silny, żeby nie móc się poruszyć. Po dwóch godzinach czołgania się w bólu dotarła do aparatu telefonicznego. Zadzwoniła do nas. Błyskawicznie wezwalismy pogotowie. Karetka przyjechała już po 20 minutach. Lekarz dokonał oględzin - dosyć bolesnych, bo p. Teresa krzyczała - zaaplikował zastrzyk przeciwbólowy i napisał: Podejrzenie złamania. Zalecane RTG stawu biodrowego. "Trzeba zabrać pacjentkę do szpitala - przyjedzie karetka przewozowa" usłyszeliśmy. Czas płynął. Po półtorej godziny od wyjścia lekarza moja mama zadzwoniła, żeby zapytać co się dzieje. "Zastrzyk przeciwbólowy przestaje działać, czekamy na przewozówkę". Usłyszała, że "karetka jest zepsuta - robimy, co możemy, żeby naprawić". Po kolejnych 30 minutach karetka przyjechała, tylko do domu obok. "Ktoś nam mówił, że od podwórka, więc tak wjechaliśmy".
"Która to noga? Lewa? To będzie problem". Sanitariusze najwyraźniej skonfudowani.
"Jakby to zrobić?"
"Podłożymy coś. Ma pani jakiś koc?". Położenie na noszach to krzyk bólu pani Teresy. "Niestety nie możemy zabrać nikogo poza pacjentką - nie ma na zleceniu". No to jedziemy z mamą za ambulansem. W bramie problem, bo nie mamy przepustki, w końcu docieramy do Izby przyjęć. Tu kolejne przerzucanie pani Teresy z noszy na stół - okrzyk bólu i identyczne jak w domu badanie - znowu bolesne. Lekarz zapisuje: podejrzenie złamania. Zalecenie RTG stawu biodrowego. Znowu przerzucają pacjentkę na nosze - okrzyk bólu. Teraz problem z "pasami".
"To nie są od tych noszy".
"K. mać, znowu strażacy ukradli."
"Te są jakieś stare."
Dialog spokojnie rozwija się w kierunku wniosku: "Jakoś przypniemy tymi, ale przecież były nowe pasy do wszystkich noszy niedawno".
Czekamy z mamą kolejne 3 kwadranse. Pielęgniarz zdradza nam, że "złamanie - pójdzie na ortopedię". Znowu jakiś czas trwa zapisywanie i wypełnianie rubryczek, po czym słyszę siedząc na korytarzu, jak lekarz tłumaczy coś mojej mamie pokazując zdjęcie RTG. Mama wychodzi do mnie i wyjaśnia, że pani Teresa nie zostanie w szpitalu. Mamy ją zabrać, chociaż każdy ruch sprawia jej ból. Jak przewieźć ją samochodem osobowym i co zrobić dalej - nie jest do końca jasne. Na szczęście wychodzi lekarz. Próbuję zapytać o coś, ale szybko rzuca kontrolne pytanie: "Jest pan z rodziny pacjentki?" Uważnie mnie obseruje, jakby czekając na odpowiedź, że "nie". Wówczas usłyszałbym: "Nie moge udzielić panu żadnych informacji". "Jestem siostrzeńcem" - kłamię i dowiaduję się, że "odział urazowo-ortopedyczny jest oddziałem o charakterze przed- i po-zabiegowym. Z powodu rozrusznika serca, jaki posiada pani Teresa, nie nadaje się ona do żadnego zabiegu. W związku z tym jej przebywanie na oddziale jest niemożliwe".
"Co to znaczy?" - nie udaję, naprawdę nie rozumiem.
"To nie jest odział opiekuńczy. Pacjentkę trzeba gdzieś zabrać."
"Ale ona nie może nawet usiąść."
"Przewieziecie państwo do domu, a potem rodzina powinna się zająć".
"A gdyby nie miała rodziny?" - drążę.
"Proszę pana, takie są przepisy".
Na szczęście dzwoni córka pani Teresy - utknęła w korku na jednej z nielicznych w Polcse autostrad. Za godzinę powinna tu dotrzeć.
"Panie doktorze, córka będzie za godzinę".
"Dobrze, pacjentka poczeka na Izbie przyjęć".
"Tylko ona tak już jest unieruchomiona od 7 rano - ani zjeść, anie się załatwić".
"Faktycznie zacewnikujemy".
"Dzięki".
Czekamy. Czas płynie powoli. Z nudów roglądam się uważnie po "szpitalu". Przypomina jakieś koszary stare. Pod sufitem jakieś rury - trochę jak z "Obcego". To ten sam szpital, w którym przywieziony do Izby Przyjęć ok. 22.00 pacjent - mój wujek - obudził się nad ranem na głos pielęgniarki: "Co pan tu robi?" "Miałem zaczekać". "O Boże, zpomnieliśmy o panu". Zawsze myślałem, że ta historia jest zmyślona... Starą dwukołówką przywożą obiad. Zapach uderza z dużą siłą. Wychodzę na zewnątrz. Pokrzywy mniej więcej mojego wzrostu. Przed odrapanymi drzwiami stoi "karetka" - Polonez z dumnie brzmiącym napisem: "Dar załogi zakładu sprzęgieł w K."
"Chyba dar z okazji Olimpiady w Moskwie pomyślałem słysząc jak rdza do rdzy mówi: "Poloneza czas zacząć".
Oględziny wnętrza wypadły nie mniej ciekawie: podziurawione pokrowce na siedzenia, jakiś stary worek, kilka gratów, coś jakby butla i rama na nosze. A czas płynął. Pani Teresa dzielnie nie skarżyła się na ból, chociaż pytana, czy boli szczerze odpowiadała, że "okrutnie boli".
Korek na autostradzie okazał się spory. Ok. godz. 16.00
dotarła na miejsce córka pani T. ze swoim mężem.
W międzyczasie, lekarz wyszedł na zewnątrz, Mogliśmy porozmawiać swobodnie. Dowiedziałem się, że to "popier...ny kraj, przepisy są, jakie są". Okazało się, że można zostawić panią Teresę na oddziale na "dzien, dwa", zanim rodzina czegoś nie wymyśli.
Godz.16.30. 85-letnia pani Teresa po ok. 9 godzinach od złamania biodra trafia na salę szpitalną.
Powrót. Mijajmy kolejne budynki szpitalno-koszarowe. "Witamy gości weselnych" - na terenie szpitala jest sala, którą można wynająć na przykład na wesele.
Czarny, wyleniały kundel sprzed bramy nawet nie podnosi głowy.
Wracając z mamą do domu, w samochodzie słuchamy audycji o młodych ludziach wyjeżdżających na Zachód.
Moment jest taki, że jakoś ich nawet trochę rozumiem...

Von piotr um 17:07h| 8 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 23. czerwca 2005
Koszmar...
Czy 85-letnia kobieta ze złamanym biodrem może trafić na salę szpitalną po 9 godzinach od złamania?
Może...
Jutro o pani Teresie i polskiej służbie zdrowia...

Von piotr um 22:56h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 20. czerwca 2005
Szymon mi przysłał "Don`t speak" Anny M. Jopek.
To nic, że przez modem ściągałem i ściągałem tego maila. Warto było.
Rzeczywiście, po usłyszeniu I couldn`t speak ...
Chyba całą płytkę trzeba będzie kupić.
Tylko czy ona już jest w sklepach?

Von piotr um 16:00h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 19. czerwca 2005
Siedzę z Babcią Stasią przy kolacji.
Babcia:
-Synku, a kiedy się będziesz żenił?
Ja:
-Babciu, przecież ja księdzem jestem.
Babcia:
-A cóż to szkodzi?

Taaaa...

Von piotr um 18:39h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 18. czerwca 2005
Modlitwa jest jak uzupełnianie płynów w organizmie.

Zdjęcie jeszcze z Rzymu (pokój Artura).

Von piotr um 17:53h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 17. czerwca 2005
Jadłem dzis truskawki prosto z krzaka...

Von piotr um 14:29h| 6 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 15. czerwca 2005
JESTEM W POLSCE!!!

Wcale nie jest tak zimno, jak mnie straszyli niektórzy.
Pierwszego dnia pracowicie pomagałem tacie złożyć papę na daszku. Fajna robota: papa, lepik, lepik, papa. Potem kąpiel w rozpuszczalniku...
Wieczorkiem podcinałem drzewa obok plebani. Trochę kańciaste wyszły, ale dość wysoko musiałem się wspinać.
Dziś wreszcie w konfesjonale siedziałem. Cudownie.
Mam modemowy dostęp do netu, więc raz dziennie postaram się zajrzeć do maili.

Von piotr um 15:30h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment