... newer stories
sobota, 18. sierpnia 2007
Gadu, gadu o dzisiejszym pierwszym czytaniu...
piotr, 05:41h
Jozue w Sychem podczas renowacji przymierza przypomina fakty z historii, podkreślając rolę Boga.
Dla Izraela wszystko, co się wydarzyło łączy się z Bożą Obecnością, interwencją, działaniem.
Podobno, żeby spojrzeć na fakty z własnego życia i zobaczyć ciągłe kierownictwo i prowadzenie Boże trzeba skończyć 40 lat.
Żeby zaistniała perspektywa musi być odległość...
Im krótsza odległość, tym płytsza perpektywa.
To się chyba jakoś łączy z powiązaniem wieku z mądrością.
Warto czasem przyglądać się swojej przeszłości, żeby zachwycić się Obecnością...
A kto jeszcze nie ma przeszłości niech szuka Boga dzisiaj, bo każdy dzień jest dobry, żeby odnaleźć Jego ślad...
P.S. W niektórych częściach świata to już jest WCZORAJSZE pierwsze czytanie.
Dla Izraela wszystko, co się wydarzyło łączy się z Bożą Obecnością, interwencją, działaniem.
Podobno, żeby spojrzeć na fakty z własnego życia i zobaczyć ciągłe kierownictwo i prowadzenie Boże trzeba skończyć 40 lat.
Żeby zaistniała perspektywa musi być odległość...
Im krótsza odległość, tym płytsza perpektywa.
To się chyba jakoś łączy z powiązaniem wieku z mądrością.
Warto czasem przyglądać się swojej przeszłości, żeby zachwycić się Obecnością...
A kto jeszcze nie ma przeszłości niech szuka Boga dzisiaj, bo każdy dzień jest dobry, żeby odnaleźć Jego ślad...
P.S. W niektórych częściach świata to już jest WCZORAJSZE pierwsze czytanie.
wtorek, 14. sierpnia 2007
piotr, 07:51h
Ludzie dzielą się z grubsza na trzy kategorie: tych, co kochają operę, tych, którzy jej nienawidzą oraz tych, którzy w życiu jej nie widzieli (i nie słyszeli).
Jak to możliwe, że przez pierwsze 31 lat mojego życia należałem do trzeciej kategorii?
To się zmieni.
Na pierwszy ogień poszedł Czarodziejski Flet Mozarta. Wersja z Covent Garden z absolutnie niesamowitą Dianą Damrau leci u mnie na okrągło - dzisiaj nawet (po raz pierwszy) na ogromnym ekranie w parafialnym centrum młodzieżowym. Nie wiem dlaczego, ale dramaturgia, jaką wnosi ta śpiewaczka podnosi mi włosy na przedramionach (serio).
Sama Diana Damrau twierdzi, ze idealna Krolowa Nocy jest Edda Moser.
Tutaj można posłuchać różnych wykonań tej słynnej arii (Edda Moser, Luciana Serra, Edita Gruberova, Lucia Popp, Natalie Dessay, Sumi Jo, Cristina Deutecom, DD, .
A to już moja wyżej wymieniona faworytka w Covent Garden.
Dla laików: Królowa Nocy daje sztylet swojej córce o imieniu Pamina, polecając jej zabić Zarastro. "Bo jak nie, to przysięgam ci, że nie będziesz więcej moją córką. A-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a! A-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a! Tak mi dopomóżcie o bogowie zemsty i inne krwawe demony, a ty nie dyskutuj, tylko bierz nóż, zagłusz wyrzuty sumienia i leć zarżnąć wyżej wymienionego." Wszystko to z chłodem, złością, determinacją i złem wcielonym. "She`s so evil" powiedziała dzisiaj T. przysłuchując się z bezpiecznej odległości.
Fragment libretto dla tych, co łyknęli bakcyla:
Pamina:
Aber, liebste Mutter! -
Königin:
Kein Wort!
Königin (Aria):
Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen,
Tod und Verzweiflung flammet um mich her!
Fühlt nicht durch dich Sarastro Todesschmerzen,
So bist du meine Tochter nimmermehr.
Verstoßen sei auf ewig, verlassen sei auf ewig.
Zertrümmert sei'n auf ewig alle Bande der Natur,
Wenn nicht durch dich Sarastro wird erblassen!
Hört, Rachegötter, hört der Mutter Schwur!
(Sie versinkt mitten in Donner und Blitz.)
P.S. Przyszła też Lucy Ann i przyniosła mi bilet na 25 września "Romeo et Juliette" w Metropolitan Opera. Anna Netrebko! Jestem szczęściarzem...
Jak to możliwe, że przez pierwsze 31 lat mojego życia należałem do trzeciej kategorii?
To się zmieni.
Na pierwszy ogień poszedł Czarodziejski Flet Mozarta. Wersja z Covent Garden z absolutnie niesamowitą Dianą Damrau leci u mnie na okrągło - dzisiaj nawet (po raz pierwszy) na ogromnym ekranie w parafialnym centrum młodzieżowym. Nie wiem dlaczego, ale dramaturgia, jaką wnosi ta śpiewaczka podnosi mi włosy na przedramionach (serio).
Sama Diana Damrau twierdzi, ze idealna Krolowa Nocy jest Edda Moser.
Tutaj można posłuchać różnych wykonań tej słynnej arii (Edda Moser, Luciana Serra, Edita Gruberova, Lucia Popp, Natalie Dessay, Sumi Jo, Cristina Deutecom, DD, .
A to już moja wyżej wymieniona faworytka w Covent Garden.
Dla laików: Królowa Nocy daje sztylet swojej córce o imieniu Pamina, polecając jej zabić Zarastro. "Bo jak nie, to przysięgam ci, że nie będziesz więcej moją córką. A-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a! A-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a-a! Tak mi dopomóżcie o bogowie zemsty i inne krwawe demony, a ty nie dyskutuj, tylko bierz nóż, zagłusz wyrzuty sumienia i leć zarżnąć wyżej wymienionego." Wszystko to z chłodem, złością, determinacją i złem wcielonym. "She`s so evil" powiedziała dzisiaj T. przysłuchując się z bezpiecznej odległości.
Fragment libretto dla tych, co łyknęli bakcyla:
Pamina:
Aber, liebste Mutter! -
Königin:
Kein Wort!
Königin (Aria):
Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen,
Tod und Verzweiflung flammet um mich her!
Fühlt nicht durch dich Sarastro Todesschmerzen,
So bist du meine Tochter nimmermehr.
Verstoßen sei auf ewig, verlassen sei auf ewig.
Zertrümmert sei'n auf ewig alle Bande der Natur,
Wenn nicht durch dich Sarastro wird erblassen!
Hört, Rachegötter, hört der Mutter Schwur!
(Sie versinkt mitten in Donner und Blitz.)
P.S. Przyszła też Lucy Ann i przyniosła mi bilet na 25 września "Romeo et Juliette" w Metropolitan Opera. Anna Netrebko! Jestem szczęściarzem...
poniedzia?ek, 13. sierpnia 2007
Kto zna gościa o nazwisku Malcolm X...
piotr, 05:37h
Człowiek z ciekawą przeszłością. Doceniam jego walkę o prawa czarnych mieszkańców USA ("The common goal of 22 million Afro-Americans is respect as human beings, the God-given right to be a human being. Our common goal is to obtain the human rights that America has been denying us. We can never get civil rights in America until our human rights are first restored. We will never be recognized as citizens there until we are first recognized as humans." )
Nie do końca podoba mi się jego nawrócenie na Islam ("There is nothing in our book, the Koran, that teaches us to suffer peacefully. Our religion teaches us to be intelligent. Be peaceful, be courteous, obey the law, respect everyone; but if someone puts his hand on you, send him to the cemetery. That’s a good religion.")
Ale podoba mi się ,że w swoich próbach pojednania ras i religii wychodził poza muzułmańskie ramy ("...my dearest friends have come to include all kinds -- some Christians, Jews, Buddhists, Hindus, agnostics, and even atheists! I have friends who are called capitalists, Socialists, and Communists! Some of my friends are moderates, conservatives, extremists -- some are even Uncle Toms! My friends today are black, brown, red, yellow, and white!)
Wiem, że w czasie wakacji tekty motywacyjne nie są zbyt skuteczne, ale spróbujmy.
Ladies and Gentlemen, dla wszystkich potrzebujących zachęty do nauki, Mr. Malcolm X:
"Education is our passport to the future, for tomorrow belongs to the people who prepare for it today."
"Without education, you're not going anywhere in this world."

Nie do końca podoba mi się jego nawrócenie na Islam ("There is nothing in our book, the Koran, that teaches us to suffer peacefully. Our religion teaches us to be intelligent. Be peaceful, be courteous, obey the law, respect everyone; but if someone puts his hand on you, send him to the cemetery. That’s a good religion.")
Ale podoba mi się ,że w swoich próbach pojednania ras i religii wychodził poza muzułmańskie ramy ("...my dearest friends have come to include all kinds -- some Christians, Jews, Buddhists, Hindus, agnostics, and even atheists! I have friends who are called capitalists, Socialists, and Communists! Some of my friends are moderates, conservatives, extremists -- some are even Uncle Toms! My friends today are black, brown, red, yellow, and white!)
Wiem, że w czasie wakacji tekty motywacyjne nie są zbyt skuteczne, ale spróbujmy.
Ladies and Gentlemen, dla wszystkich potrzebujących zachęty do nauki, Mr. Malcolm X:
"Education is our passport to the future, for tomorrow belongs to the people who prepare for it today."
"Without education, you're not going anywhere in this world."

niedziela, 12. sierpnia 2007
piotr, 09:05h
Wierzę w więź człowieka z miastem. Nieco przewrotne nazywanie aglomeracji miejskiej organizmem jest niczym innym, jak wyszukaną, całkiem trafną zresztą, metaforą. To, o czym myślę w jakiś sposób łączy się z koncepcją miasta jako całości i mieszkańca jako cząstki, ale to przecież List do Koryntian, a mi chodzi o coś zupełnie innego.
Zacznijmy od tego, że żeby mieszkać w jakimś mieście trzeba być w nim dłużej niż kilka tygodni. Nie chodzi o zwyczajne bycie turystą, czy nawet dłuższą delegację, ale o POBYT. Przyjeżdżając na zwiedzanie, człowiek, po pierwsze zazwyczaj porusza się przetartymi szlakami, które może i są najbardziej znanymi i malowniczymi, ale absolutnie nie świadczą o charakterze miasta. Po drugie, NASTAWIENIE typu "zobaczyć, doświadczyć, poznać" - jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie - może wypaczyć nieco obraz, zabijając spontaniczność i bezinteresowność niezbędną w kształtowaniu więzi.
Uczucie rozpoczyna się zazwyczaj euforycznym "nie mogę w to uwierzyć". Idziesz i ODDYCHASZ miastem. Chłoniesz je, ponieważ się nie śpieszysz. POŻERASZ je całym sobą - biegając o poranku, robiąc zakupy w spożywczaku, jadąc autobusem, czytając na balkonie, wyrzucając śmieci, karmiąc ptaki, wiewiórki czy psy, rozmawiając z innymi mieszkańcami, gubiąc się... Bardzo intensywnie odczuwasz zapachy, postrzegasz kolory, zauważasz szczegóły i cieszysz się nimi. Dźwięki, smaki, twarze - wszystko jest z jednej strony takie NOWE, z drugiej tak bardzo już TWOJE, chociażby samą OBIETNICĄ wspólnego bycia.
Ponieważ nawet najbardziej niesamowite rzeczy powszednieją przez sam fakt powtarzania się, z czasem przechodzi się z etapu euforii do etapu OBECNOŚCI. Wrażliwość ciągle pozwala widzieć wiele, ale uniesienia ustępują stałemu poczuciu bezpieczeństwa, świadomości przynależności i własnej roli. Umiesz poruszać się swobodnie, wiesz co i jak zrobić, żeby było dobrze, znasz sekrety i intymne tajemnice miasta. Fantazyjny ogień, piękny, ale i nieco wariacki zmienia się w ogrzewający nieustannie, spokojny i stały żar.
Znasz na pamięć plan komunikacji miejskiej i wyniki lokalnej drużyny piłkarskiej, wiesz, gdzie podają najbardziej chrupiące skrzydełka kurczaka i gdzie parzą najlepszą zieloną herbatę. Wysyłasz maile do autora cotygodniowych felietonów w miejskiej gazecie, rozróżniasz przedsiębiorstwa taksówkowe (zawsze dzwonisz do najtańszego) i interesuje cię życie prywatne żony burmistrza (albo przynajmniej znasz jej imię). Pozdrawiasz też po imieniu dziewczynę z biblioteki, biletera w metrze i starszą panią z pieskiem. Wiesz, który ksiądz mówi najbardziej błyskotliwe kazania, znasz 3 najważniejsze daty z historii miasta i repertuar teatru studenckiego.
Po prostu MIESZKASZ. Stajesz się częścią miasta, współtworzysz je, a ono smuci się i cieszy z tobą. Zna twoje nastroje i upodobania, odpowiada na twoje potrzeby, pulsuje życiem w rytmie twoich dni...
Niestety, (albo na szczęście) czasem przychodzi taki moment, że pakujesz walizkę, zabierasz pęczek zasuszonych wspomnień i zeszyt grubszy o klika adresów ludzi, którzy w jakiś sposób stali się częścią twojego życia. Wyjeżdżasz zacząc wszystko od nowa. Myślisz, że to nowy początek, ale tak naprawdę MIASTO wycisnęło już swoje piętno, które na zawsze pojawiać się będzie pod twoimi powiekami, gdy zamkniesz oczy...
Zostawiłeś mu kawałem siebie, ale to paradoksalnie czyni cię bogatszym, bo dając zyskujemy o wiele więcej...
W Europie wstaje niedziela, ja kładę się powoli, by śpiąc przygotować się do niej.
Good Night...

Zacznijmy od tego, że żeby mieszkać w jakimś mieście trzeba być w nim dłużej niż kilka tygodni. Nie chodzi o zwyczajne bycie turystą, czy nawet dłuższą delegację, ale o POBYT. Przyjeżdżając na zwiedzanie, człowiek, po pierwsze zazwyczaj porusza się przetartymi szlakami, które może i są najbardziej znanymi i malowniczymi, ale absolutnie nie świadczą o charakterze miasta. Po drugie, NASTAWIENIE typu "zobaczyć, doświadczyć, poznać" - jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie - może wypaczyć nieco obraz, zabijając spontaniczność i bezinteresowność niezbędną w kształtowaniu więzi.
Uczucie rozpoczyna się zazwyczaj euforycznym "nie mogę w to uwierzyć". Idziesz i ODDYCHASZ miastem. Chłoniesz je, ponieważ się nie śpieszysz. POŻERASZ je całym sobą - biegając o poranku, robiąc zakupy w spożywczaku, jadąc autobusem, czytając na balkonie, wyrzucając śmieci, karmiąc ptaki, wiewiórki czy psy, rozmawiając z innymi mieszkańcami, gubiąc się... Bardzo intensywnie odczuwasz zapachy, postrzegasz kolory, zauważasz szczegóły i cieszysz się nimi. Dźwięki, smaki, twarze - wszystko jest z jednej strony takie NOWE, z drugiej tak bardzo już TWOJE, chociażby samą OBIETNICĄ wspólnego bycia.
Ponieważ nawet najbardziej niesamowite rzeczy powszednieją przez sam fakt powtarzania się, z czasem przechodzi się z etapu euforii do etapu OBECNOŚCI. Wrażliwość ciągle pozwala widzieć wiele, ale uniesienia ustępują stałemu poczuciu bezpieczeństwa, świadomości przynależności i własnej roli. Umiesz poruszać się swobodnie, wiesz co i jak zrobić, żeby było dobrze, znasz sekrety i intymne tajemnice miasta. Fantazyjny ogień, piękny, ale i nieco wariacki zmienia się w ogrzewający nieustannie, spokojny i stały żar.
Znasz na pamięć plan komunikacji miejskiej i wyniki lokalnej drużyny piłkarskiej, wiesz, gdzie podają najbardziej chrupiące skrzydełka kurczaka i gdzie parzą najlepszą zieloną herbatę. Wysyłasz maile do autora cotygodniowych felietonów w miejskiej gazecie, rozróżniasz przedsiębiorstwa taksówkowe (zawsze dzwonisz do najtańszego) i interesuje cię życie prywatne żony burmistrza (albo przynajmniej znasz jej imię). Pozdrawiasz też po imieniu dziewczynę z biblioteki, biletera w metrze i starszą panią z pieskiem. Wiesz, który ksiądz mówi najbardziej błyskotliwe kazania, znasz 3 najważniejsze daty z historii miasta i repertuar teatru studenckiego.
Po prostu MIESZKASZ. Stajesz się częścią miasta, współtworzysz je, a ono smuci się i cieszy z tobą. Zna twoje nastroje i upodobania, odpowiada na twoje potrzeby, pulsuje życiem w rytmie twoich dni...
Niestety, (albo na szczęście) czasem przychodzi taki moment, że pakujesz walizkę, zabierasz pęczek zasuszonych wspomnień i zeszyt grubszy o klika adresów ludzi, którzy w jakiś sposób stali się częścią twojego życia. Wyjeżdżasz zacząc wszystko od nowa. Myślisz, że to nowy początek, ale tak naprawdę MIASTO wycisnęło już swoje piętno, które na zawsze pojawiać się będzie pod twoimi powiekami, gdy zamkniesz oczy...
Zostawiłeś mu kawałem siebie, ale to paradoksalnie czyni cię bogatszym, bo dając zyskujemy o wiele więcej...
W Europie wstaje niedziela, ja kładę się powoli, by śpiąc przygotować się do niej.
Good Night...

czwartek, 9. sierpnia 2007
Marzenia są za darmo...
piotr, 07:29h
Starsza wiekiem parafianka podarowała mi cudowną biografię Mozarta.
Czyta się...
Marzy mi się Mostly Mozart Festival, który aż do 25.08. w NYC. Ale skoro do wyboru jest mecz Radwańskiej na US Open albo New York Liberty WNBA w Madison Square Garden albo mecz Yankees`ów czy Mets`ów (Kniks niestety mają przerwę letnią), to sam już nie wiem...
Z koncertów tylko Bjork, Tony Bennett (nie wiedziałem, że to rodowity Nowojorczyk z Queens), Genesis, The Cure i Superkoncert Charytatywny (Stevie Wonder, Aretha Franklin, Carlos Santana, Bebe Winans, Cece Winans m.in.).
To tylko MSG.
Nie wspominam o Broadway`u i innych atrakcjach...ach.
Czyta się...
Marzy mi się Mostly Mozart Festival, który aż do 25.08. w NYC. Ale skoro do wyboru jest mecz Radwańskiej na US Open albo New York Liberty WNBA w Madison Square Garden albo mecz Yankees`ów czy Mets`ów (Kniks niestety mają przerwę letnią), to sam już nie wiem...
Z koncertów tylko Bjork, Tony Bennett (nie wiedziałem, że to rodowity Nowojorczyk z Queens), Genesis, The Cure i Superkoncert Charytatywny (Stevie Wonder, Aretha Franklin, Carlos Santana, Bebe Winans, Cece Winans m.in.).
To tylko MSG.
Nie wspominam o Broadway`u i innych atrakcjach...ach.
?roda, 8. sierpnia 2007
piotr, 00:13h
Pani, z ktora bylem umowiony na rozmowe wczoraj, pojawila sie dzisiaj. Rozmawialismy dobre poltorej godziny. To znaczy glownie ona mowila. Opowiedziala mi historie swojego zycia, a ja zalowalem, ze nie mam talentu literackiego, bo bylaby to powiesc bestseller. Wyobrazilem sobie okladke, ale tytul jakos nie chcial sie pojawic. W koncu zalapalem, ze ostatni rozdzial jeszcze nie jest napisany, ciagle jest czas na rozwiazanie historii. Ciekaw jestem tej koncowki, bo od niej zalezy charakter (i tytul) calej ksiazki.
Tak to chyba jest z naszym zyciem, ze dopoki nie napiszemy ostatniego rozdzialu - musimy wstrzymac sie z projektowaniem szaty graficznej okladki...
Proboszcz przyniosl mi 20 dolarow i powiedzial, zebym wstapil do centrali dystrybucji piwa i kupil cos, na co mi przyjdzie ochota (skrzynke browca znaczy). "Pan Bog stworzyl tylko boski napoj - wino, ale poganscy bogowie dla swoich barbarzyncow stworzyli piwo". Nie powiedzial tego, ale znajac jego wyrafinowany wloski smak, tak wlasnie sobie pomyslal. Hehe.
P.S: Jeszcze reklama, ktora mnie ostatnio dopadla.
Tak to chyba jest z naszym zyciem, ze dopoki nie napiszemy ostatniego rozdzialu - musimy wstrzymac sie z projektowaniem szaty graficznej okladki...
Proboszcz przyniosl mi 20 dolarow i powiedzial, zebym wstapil do centrali dystrybucji piwa i kupil cos, na co mi przyjdzie ochota (skrzynke browca znaczy). "Pan Bog stworzyl tylko boski napoj - wino, ale poganscy bogowie dla swoich barbarzyncow stworzyli piwo". Nie powiedzial tego, ale znajac jego wyrafinowany wloski smak, tak wlasnie sobie pomyslal. Hehe.
P.S: Jeszcze reklama, ktora mnie ostatnio dopadla.
piotr, 06:01h
Ciekawa akcje przedwczoraj (albo w piatek) mialem. Zglosil sie mlody czlowiek (dzieciak wlasciwie) z pismem, ze ma odpracowac 15 godzin na cele publiczne. Zlapano go na kradziezy w sklepie. Father Justin dal mu gumowe rekawiczki, miske z woda i plynem i poprosil o wyczyszczenie lawek w kosciele. Mlody spisal sie niezle i przyszedl ponownie. Dostal cos do posprzatania w salkach pod kosciolem. Ciekawe, ze w Stanach mlodociany ma do wykonania prace publiczna i jakos to dziala. Nikogo nie oburza, ze pracowal na rzecz Kosciola Katolickiego (mogl to zrobic dla kazdego innego). Trzeba bylo go zobaczyc - pokorny, grzeczny, "To dobry dzieciak" twierdzi Justin, "tylko zadal sie z nieodpowiednim towarzystwem". "Co sie stanie, jesli nie zrobi w terminie wyznaczonych godzin?" zapytalem. "Then he gets in trouble". Pogotowie opiekuncze, rozpoczecie procesu pozbwiania prawrodzicielskich, zaklad zamkniety dla mlodocianych, adopcja ze zmiana zamieszkania (daleeeeko od kolesiow), itd. System jest jasny, rozwiania klarowne. Najwazniejsze, ze praca publiczna ma jakis sens i przynosi korzysci nie tylko spolecznosci lokalnej, ale i samemu delikwentowi.
Dla porownania problem mlodocianych obrabiajacych turystow w Wenecji. Zlapani smieja sie w twarz, bo wiedza, ze nic nie mozna im zrobic. Policja zgarnia ich, spisuje i nazajutrz 12-latek znowu wyciaga portfele Amerykanom.
P.S. Jest net - beda wpisy.
Dla porownania problem mlodocianych obrabiajacych turystow w Wenecji. Zlapani smieja sie w twarz, bo wiedza, ze nic nie mozna im zrobic. Policja zgarnia ich, spisuje i nazajutrz 12-latek znowu wyciaga portfele Amerykanom.
P.S. Jest net - beda wpisy.
poniedzia?ek, 6. sierpnia 2007
piotr, 19:55h
Zalatwione. Bezprzewodowy net dziala na calej plebanii (ile tych "iii"?). Wystarczylo tylko pomeczyc sie nad haslem (godzine z Proboszczem szukalismy) i juz - internecik plynie sobie prosto do mojego laptopika na biurku.
Mam wrazenie, ze jedna z parafianek umowila sie ze mna na rozmowe o 10.00. Juz w pol do jedenastej, a jej cos nie ma. W sumie i tak zostaje w domu, bo dyzurujacy dzisiaj Justin pojechal na jakis slub i poprosil mnie o zastapienie go przez kilka dopoludniowych godzin.
Z tym dyzurem, to jest tak, ze trzeba byc na plebanii (znowu te "iiii"). W biurze jest Tessy, ktora otwiera drzwi, laczy telefony, itd, ale ksiadz dyzurny musi zawsze byc obecny. Moze sobie siedziec w pokoju, ale jak cos trzeba, to do biura, do rozmownicy, do konfesjonalu, czy gdzie tam wolaja.
Wszystko jest zorganizowane perfekcyjnie. Mam swoja liste obowiazkow, znam swoje kompetencje, w razie watpliwosci - proboszcz sluzy pomoca, czy rada.
Tak, jak dzisiaj, kiedy dyskretnie pojawil sie przed Msza, zeby ze mna koncelebrowac. To byla moja pierwsza 7-ranna Msza, wiec chcial miec pewnosc, ze wszystko przygotuje tak, jak nalezy. Na szczescie pamietalem z poprzedniego roku, jak to dziala. Male wahniecie przy otwieraniu sejfu (za drugim razem mi sie otworzyl), krotka watpliwosc, gdzie sa puryfikaterze i juz wszystko ok. Kiedy pojawil sie Proboszcz - z satysfakcja odpowiedzialem niby od niechcenia, ze "Nie, absolutnie zadnych problemow nie bylo".
W czwartek idziemy z Marcinem do Akwarium, ale o Marcinie kiedy indziej napisze (obiecanki-cacanki).
Znalazlem w starej szafie takie cos na fotel, co w Tele-Sprzedazy reklamuja. Siada sie i wlacza, a bzycek masuje kregoslup. Przereklamowane oczywiscie, ale co usiade i zaczynam czytac, to ksiazka laduje na podlodze, a drzemka na moich zrenicach. Usypiacz relaksujacy?
Podobno, zeby dobrze spac w nocy trzeba miec: czyste sumienie, cieplo w stopy i cos jeszcze, tylko, co to bylo to trzecie?
No, ale ponizej 4 godzin to nie sen, wiec ja nigdy nie spie w dzien (jak mawial pewien znajomy).
Bye.
Mam wrazenie, ze jedna z parafianek umowila sie ze mna na rozmowe o 10.00. Juz w pol do jedenastej, a jej cos nie ma. W sumie i tak zostaje w domu, bo dyzurujacy dzisiaj Justin pojechal na jakis slub i poprosil mnie o zastapienie go przez kilka dopoludniowych godzin.
Z tym dyzurem, to jest tak, ze trzeba byc na plebanii (znowu te "iiii"). W biurze jest Tessy, ktora otwiera drzwi, laczy telefony, itd, ale ksiadz dyzurny musi zawsze byc obecny. Moze sobie siedziec w pokoju, ale jak cos trzeba, to do biura, do rozmownicy, do konfesjonalu, czy gdzie tam wolaja.
Wszystko jest zorganizowane perfekcyjnie. Mam swoja liste obowiazkow, znam swoje kompetencje, w razie watpliwosci - proboszcz sluzy pomoca, czy rada.
Tak, jak dzisiaj, kiedy dyskretnie pojawil sie przed Msza, zeby ze mna koncelebrowac. To byla moja pierwsza 7-ranna Msza, wiec chcial miec pewnosc, ze wszystko przygotuje tak, jak nalezy. Na szczescie pamietalem z poprzedniego roku, jak to dziala. Male wahniecie przy otwieraniu sejfu (za drugim razem mi sie otworzyl), krotka watpliwosc, gdzie sa puryfikaterze i juz wszystko ok. Kiedy pojawil sie Proboszcz - z satysfakcja odpowiedzialem niby od niechcenia, ze "Nie, absolutnie zadnych problemow nie bylo".
W czwartek idziemy z Marcinem do Akwarium, ale o Marcinie kiedy indziej napisze (obiecanki-cacanki).
Znalazlem w starej szafie takie cos na fotel, co w Tele-Sprzedazy reklamuja. Siada sie i wlacza, a bzycek masuje kregoslup. Przereklamowane oczywiscie, ale co usiade i zaczynam czytac, to ksiazka laduje na podlodze, a drzemka na moich zrenicach. Usypiacz relaksujacy?
Podobno, zeby dobrze spac w nocy trzeba miec: czyste sumienie, cieplo w stopy i cos jeszcze, tylko, co to bylo to trzecie?
No, ale ponizej 4 godzin to nie sen, wiec ja nigdy nie spie w dzien (jak mawial pewien znajomy).
Bye.
pi?tek, 3. sierpnia 2007
Holy Rosary Reloaded
piotr, 21:55h
Nawet falda wykladziny taka sama.
Jakby nie bylo tych 13 miesiecy.
Troche zmian w przestrzeni liturgicznej, nowy wikary (nie ma Blade'a Lowcy Wampirow), nowy dostawca internetu.
Poza tym wszystko dokladnie tak, jak bylo...
Probuje rozgryzc wireless - moze sie uda miec net w pokoju. Byloby great.
Wczoraj wyskoczylem do malusienkiego kina na Manhattanie (przy Uniwersytecie) na "In search of Mozart". Niezle, chociaz zgadzam sie z The New York Post, ze momentami "nienatchnione".
Trailer:
Wywiad z rezyserem, ktory wyjasnia, ze chcial zrobic film o Mozarcie, bo zastanawial sie, na ile prawdziwy jest obraz artysty, ktory wszystkim pozostal po "Amadeus".
Wspanialy, ale jednak "Hollywood-oriented" film nie moze byc jedynym zrodlem naszej wiedzy o Geniuszu.
Ogladajcie, wiec "In search of Mozart".
Jakby nie bylo tych 13 miesiecy.
Troche zmian w przestrzeni liturgicznej, nowy wikary (nie ma Blade'a Lowcy Wampirow), nowy dostawca internetu.
Poza tym wszystko dokladnie tak, jak bylo...
Probuje rozgryzc wireless - moze sie uda miec net w pokoju. Byloby great.
Wczoraj wyskoczylem do malusienkiego kina na Manhattanie (przy Uniwersytecie) na "In search of Mozart". Niezle, chociaz zgadzam sie z The New York Post, ze momentami "nienatchnione".
Trailer:
Wywiad z rezyserem, ktory wyjasnia, ze chcial zrobic film o Mozarcie, bo zastanawial sie, na ile prawdziwy jest obraz artysty, ktory wszystkim pozostal po "Amadeus".
Wspanialy, ale jednak "Hollywood-oriented" film nie moze byc jedynym zrodlem naszej wiedzy o Geniuszu.
Ogladajcie, wiec "In search of Mozart".
niedziela, 29. lipca 2007
piotr, 17:17h
Operacja GREST zakonczona.
Jutro Eurostar Padova-Roma.
Pojutrze poczatek operacji BRONX.
Jutro Eurostar Padova-Roma.
Pojutrze poczatek operacji BRONX.
czwartek, 26. lipca 2007
piotr, 14:52h
No i jeszcze Grenoble...
Wieczny Odpoczynek...
Wieczny Odpoczynek...
pi?tek, 20. lipca 2007
Requiem di Vajont
piotr, 15:55h
Odwiedziłem w niedzielę miejsce niezwykłe. Tama Vajont. Gdy ją wybudowano była największą tego typu konstrukcją na świecie. Wysoka na 261 m, zamknęła wąski przesmyk między górami, tworząc sztuczne jezioro. Miała wytwarzać prąd dla całego regionu - duma inżynierii włoskiej.
Stojąc u wejścia na tę ogromną budowlę nie widziałem jednak jeziora. Jego miejsce zajmuje dziś góra. W miasteczku poniżej żaden dom nie ma więcej niż 43 lata. Coś się tu wydarzyło. Ale tama ciągle stoi...
Dokładnie 9 pażdziernika 1963 roku o 22.42 natura pokazała człowiekowi, gdzie jest miejsce jego pychy. Ogromny fragment góry Toc, której nazwa, o ironio, w dialekcie znaczy "kawałek", oderwał się i zsunął do jeziora. 260 mln metrów sześciennych wody z ogromną siłą dosłownie "wylało się" na zewnątrz. Pierwsza fala ruszyła w górę. Zniszczyła kilka usadowionych na zboczach miasteczek, pochłaniając setki ofiar. Prawdziwego spustoszenia dokonała druga część wody. Ta wystrzeliła najpierw w powietrze. Według śladów wyrytych na skałach górna część fali sięgnęła wysokości 250 m, dolna 150 ponad wcześniejszą taflę jeziora. "Przeskoczywszy" nad zaporą woda z impetem spadła do doliny poniżej. Rozdzieliwszy się we wszystkich kierunkach zmiotła absolutnie każdy budynek zabijając ponad 2000 osób. Nie przeżył nikt, kto znalazł się na drodze żywiołu.
Apokaliptyczny widok ukazał się pierwszym ekipom ratowników rankiem następnego dnia. Pustka, gdzie jeszcze wczoraj było miasteczko. Gruzy, elementy budynków, ciała zwierząt i ludzi spłynęły w dół doliny. Te ostatnie znajdowano w potokach, jeszcze do Wielkanocy następnego roku, nawet 50 km od miejsca kataklizmu.
Relacje ludzi, którzy pośpieszyli nieść pomoc są wstrząsające.
Nagie i potwornie zmasakrowane (np. bez wnętrzności) ludzkie ciała zatrzymywały się na drzewach. Wszystkich ofiar doliczono się w końcu ponad 2300. Niektórych zwłok nigdy nie odnaleziono.
A tama Vajont nie runęła i z góry patrzyła na dzieło zniszczenia.
Niestety, lata 60-te, nie były epoką telefonów komórkowych, CNN-u i reporterów w helikopterach nadających LIVE w 15 min. po tragedii. Wieści rozchodziły się błyskawicznie, ale informacje bywały różne, czasem sprzeczne ze sobą. Pierwszą, naturalną myślą było przypuszczenie, że tama nie wytrzymała naporu wodu, runęła i woda zalała miasteczko. W miarę upływu czasu takich wieści napływało coraz więcej. Tym bardziej, że cała okolica została ze względów bezpieczeństwa, zamknięta szczelnym kordonem wojska i policji. Dezinformacja posunięta była do tego stopnia, że jeden z głównych architektów, odpowiedzialnych za konstrukcję odebrał sobie życie, przypuszczając zapewne, że zawiodły wyliczenia i testy dotyczące wytrzymałości tamy. Chaos, przerażenie, niedowierzanie - tak opisują świadkowie pierwsze godziny, czy dni po katastrofie.
Dziś, tama jest miejscem dość chętnie odwiedzanym przez turystów. Część z nich zapewne nie wie, co się tu wydarzyło 44 lata temu. W samochodowym mini-barze na pobliskim parkingu świetnie sprzedają się lody. Motocykliści, kolarze, obcokrajowcy, rodziny z dziećmi podziwiają niezwykły widok: zapora bez zbiornika wodnego. Dwa stoiska z pamiątkami prezentują czarno-białe zdjęcia sprzed kataklizmu i te z czasu bezpośrednio po nim. Można też kupić model doliny, film dokumentalny na dvd i pocztówki. Mała kapliczka (architektura współczesna) jest zamknięta a ślady na szklanych drzwiach nie pozostawiają wątpliwości, że turyści zaglądają ciekawie, by spojrzeć na Ukrzyżowanego i (oby) przez chwilę zastanowić się nad kruchością istnienia.
Są oczywiście opowieści ludzi mieszkających kilkadziesiąt kilometrów stąd. Najczęściej o tym, jak ktoś owego tragicznego wieczoru jechał samochodem, zatrzymał się na kawę i czując zmęczenie został na noc w hotelu, by już nigdy z niego nie wyruszyć w dalszą drogę. Albo o tym, jak trójka dzieci pojechała na przymiarkę do cioci - krawcowej. Sukienka najmłodszej, 5-letniej dziwczynki wymagała poprawek, więc ta pozostając wieczorem u wujostwa pozostała jednocześnie jedynym ocalałym członkiem 5-osobowej rodziny. Ktoś miał wziąć ślub za 2 tygodnie i przyjechał zamówić kwiaty, czy wino, żeby zostawić na zawsze swoją narzeczoną. Zwykłe, życiowe historie, bo też zwykłe miasteczko kładło się spać tej październikowej nocy.
W samym miasteczku właściwie nie widać dziś już śladów apokalipsy. Triumf życia nad śmiercią najbardziej podkreślają kolorowe lodziarnie. W końcu to tutaj od niepamiętnych czasów odbywa się słynny festiwal lodów włoskich. Nieco poniżej rynku - parking podziemny, informacja turystyczna ze stałą wystawą na temat tragicznych wydarzeń z 1963 roku i kościółek. Jego bielony, surowy beton i nietypowy, jakby pozwijany kształt na początku jakoś nie robią wrażenia. Dopiero tuż przed wejściem tablica informująca, że jest to monument upamiętniający ofiary i kamień wyrzeźbiony w kształcie wodnej masy kontrastując z ostrymi, prostokątnymi formami betonu zapraszają do wejścia i coś ściska gardło. Drewniana Madonna - potrzaskana, bez dłoni i twarzy - tak, jak ją znaleziono, pochodzi z dawnego zmytego z całym miastem kościoła. Chłod, półmrok, czarno-białe fotografie, fragmenty ornamentów "starego" kościółka, mosiężna tablica z niekończącą się liczbą nazwisk ofiar i ten surowy beton - wszystko robi wrażenie grobowca, choć większość z odnalezionych ciał spoczęła na cmentarzu kilka kilometrów stąd.
Dach okrągłym podejściem, którym można się nań dostać wygląda niczym amfiteatr. Dopiero stąd cały budynek zaczyna rzeczywiście przypominać falę - śmiercionośną, bezlitosną, złowrogą, a może tylko zwyczajnie podległą odwiecznym prawom natury - nierozumiejącą, dlaczego ludzie próbują zapomnieć o swoim w tej naturze miejscu.
Czy Bóg nie mógł zatrzymać zsuwającej się góry, zanim ta wpadła do jeziora? Chyba trzeba zapytać inaczej: czy człowiek musiał ryzykować życie niewinnych ufając w swój geniusz i bezrozumnie lekceważąc potęgę żywiołów?
Wyjeżdżając z Longarone zerkam jeszcze raz w stronę przesmyku między górami. Tama Vajont ciągle tam stoi...
P.S.
Animacja komputerowa wyjaśnia wszystko:
P.S.2. Ktoś zrobił o tym film, ale obejrzę go za kilka dni, więc nie wiem, czy go polecić. W każdym razie trailer zawsze można zobaczyć:
Stojąc u wejścia na tę ogromną budowlę nie widziałem jednak jeziora. Jego miejsce zajmuje dziś góra. W miasteczku poniżej żaden dom nie ma więcej niż 43 lata. Coś się tu wydarzyło. Ale tama ciągle stoi...
Dokładnie 9 pażdziernika 1963 roku o 22.42 natura pokazała człowiekowi, gdzie jest miejsce jego pychy. Ogromny fragment góry Toc, której nazwa, o ironio, w dialekcie znaczy "kawałek", oderwał się i zsunął do jeziora. 260 mln metrów sześciennych wody z ogromną siłą dosłownie "wylało się" na zewnątrz. Pierwsza fala ruszyła w górę. Zniszczyła kilka usadowionych na zboczach miasteczek, pochłaniając setki ofiar. Prawdziwego spustoszenia dokonała druga część wody. Ta wystrzeliła najpierw w powietrze. Według śladów wyrytych na skałach górna część fali sięgnęła wysokości 250 m, dolna 150 ponad wcześniejszą taflę jeziora. "Przeskoczywszy" nad zaporą woda z impetem spadła do doliny poniżej. Rozdzieliwszy się we wszystkich kierunkach zmiotła absolutnie każdy budynek zabijając ponad 2000 osób. Nie przeżył nikt, kto znalazł się na drodze żywiołu.
Apokaliptyczny widok ukazał się pierwszym ekipom ratowników rankiem następnego dnia. Pustka, gdzie jeszcze wczoraj było miasteczko. Gruzy, elementy budynków, ciała zwierząt i ludzi spłynęły w dół doliny. Te ostatnie znajdowano w potokach, jeszcze do Wielkanocy następnego roku, nawet 50 km od miejsca kataklizmu.
Relacje ludzi, którzy pośpieszyli nieść pomoc są wstrząsające.
Nagie i potwornie zmasakrowane (np. bez wnętrzności) ludzkie ciała zatrzymywały się na drzewach. Wszystkich ofiar doliczono się w końcu ponad 2300. Niektórych zwłok nigdy nie odnaleziono.
A tama Vajont nie runęła i z góry patrzyła na dzieło zniszczenia.
Niestety, lata 60-te, nie były epoką telefonów komórkowych, CNN-u i reporterów w helikopterach nadających LIVE w 15 min. po tragedii. Wieści rozchodziły się błyskawicznie, ale informacje bywały różne, czasem sprzeczne ze sobą. Pierwszą, naturalną myślą było przypuszczenie, że tama nie wytrzymała naporu wodu, runęła i woda zalała miasteczko. W miarę upływu czasu takich wieści napływało coraz więcej. Tym bardziej, że cała okolica została ze względów bezpieczeństwa, zamknięta szczelnym kordonem wojska i policji. Dezinformacja posunięta była do tego stopnia, że jeden z głównych architektów, odpowiedzialnych za konstrukcję odebrał sobie życie, przypuszczając zapewne, że zawiodły wyliczenia i testy dotyczące wytrzymałości tamy. Chaos, przerażenie, niedowierzanie - tak opisują świadkowie pierwsze godziny, czy dni po katastrofie.
Dziś, tama jest miejscem dość chętnie odwiedzanym przez turystów. Część z nich zapewne nie wie, co się tu wydarzyło 44 lata temu. W samochodowym mini-barze na pobliskim parkingu świetnie sprzedają się lody. Motocykliści, kolarze, obcokrajowcy, rodziny z dziećmi podziwiają niezwykły widok: zapora bez zbiornika wodnego. Dwa stoiska z pamiątkami prezentują czarno-białe zdjęcia sprzed kataklizmu i te z czasu bezpośrednio po nim. Można też kupić model doliny, film dokumentalny na dvd i pocztówki. Mała kapliczka (architektura współczesna) jest zamknięta a ślady na szklanych drzwiach nie pozostawiają wątpliwości, że turyści zaglądają ciekawie, by spojrzeć na Ukrzyżowanego i (oby) przez chwilę zastanowić się nad kruchością istnienia.
Są oczywiście opowieści ludzi mieszkających kilkadziesiąt kilometrów stąd. Najczęściej o tym, jak ktoś owego tragicznego wieczoru jechał samochodem, zatrzymał się na kawę i czując zmęczenie został na noc w hotelu, by już nigdy z niego nie wyruszyć w dalszą drogę. Albo o tym, jak trójka dzieci pojechała na przymiarkę do cioci - krawcowej. Sukienka najmłodszej, 5-letniej dziwczynki wymagała poprawek, więc ta pozostając wieczorem u wujostwa pozostała jednocześnie jedynym ocalałym członkiem 5-osobowej rodziny. Ktoś miał wziąć ślub za 2 tygodnie i przyjechał zamówić kwiaty, czy wino, żeby zostawić na zawsze swoją narzeczoną. Zwykłe, życiowe historie, bo też zwykłe miasteczko kładło się spać tej październikowej nocy.
W samym miasteczku właściwie nie widać dziś już śladów apokalipsy. Triumf życia nad śmiercią najbardziej podkreślają kolorowe lodziarnie. W końcu to tutaj od niepamiętnych czasów odbywa się słynny festiwal lodów włoskich. Nieco poniżej rynku - parking podziemny, informacja turystyczna ze stałą wystawą na temat tragicznych wydarzeń z 1963 roku i kościółek. Jego bielony, surowy beton i nietypowy, jakby pozwijany kształt na początku jakoś nie robią wrażenia. Dopiero tuż przed wejściem tablica informująca, że jest to monument upamiętniający ofiary i kamień wyrzeźbiony w kształcie wodnej masy kontrastując z ostrymi, prostokątnymi formami betonu zapraszają do wejścia i coś ściska gardło. Drewniana Madonna - potrzaskana, bez dłoni i twarzy - tak, jak ją znaleziono, pochodzi z dawnego zmytego z całym miastem kościoła. Chłod, półmrok, czarno-białe fotografie, fragmenty ornamentów "starego" kościółka, mosiężna tablica z niekończącą się liczbą nazwisk ofiar i ten surowy beton - wszystko robi wrażenie grobowca, choć większość z odnalezionych ciał spoczęła na cmentarzu kilka kilometrów stąd.
Dach okrągłym podejściem, którym można się nań dostać wygląda niczym amfiteatr. Dopiero stąd cały budynek zaczyna rzeczywiście przypominać falę - śmiercionośną, bezlitosną, złowrogą, a może tylko zwyczajnie podległą odwiecznym prawom natury - nierozumiejącą, dlaczego ludzie próbują zapomnieć o swoim w tej naturze miejscu.
Czy Bóg nie mógł zatrzymać zsuwającej się góry, zanim ta wpadła do jeziora? Chyba trzeba zapytać inaczej: czy człowiek musiał ryzykować życie niewinnych ufając w swój geniusz i bezrozumnie lekceważąc potęgę żywiołów?
Wyjeżdżając z Longarone zerkam jeszcze raz w stronę przesmyku między górami. Tama Vajont ciągle tam stoi...
P.S.
Animacja komputerowa wyjaśnia wszystko:
P.S.2. Ktoś zrobił o tym film, ale obejrzę go za kilka dni, więc nie wiem, czy go polecić. W każdym razie trailer zawsze można zobaczyć:
pi?tek, 20. lipca 2007
Upal
piotr, 00:29h
Jest tak goraco, ze dzieciakom glowy sie roztapiaja.
Ale przynajmniej robia mniej balaganu. Po godzinie w tym zarze mozgi wyparowuja i szkraby (to zbyt mile okreslenie) nie wiedza juz jak broic.
Daj nam, Panie, jeszcze troche tego upalu.
Ale przynajmniej robia mniej balaganu. Po godzinie w tym zarze mozgi wyparowuja i szkraby (to zbyt mile okreslenie) nie wiedza juz jak broic.
Daj nam, Panie, jeszcze troche tego upalu.
wtorek, 17. lipca 2007
Wpis sprzed paru dni załadowany z "poślizgiem" czasowym.
piotr, 14:29h
Szarańcza dostała dziś wycisk od Guido i reszty ekipy z nowego związku sprotowego. Przyszli, rozłożyli sprzęt, zebrali dzieciaki (te które chciały) i zabawiali je przez bite dwie godziny. My musieliśmy się zająć tylko tą garstką (ok.50), którym profesjonalne gry ruchowe nie odpowiadały.
Grałem sobie w "dzika". W talii kart do "Potrusia", to biedne zwierzątko nie miało pary, więc nazwałem grę "il dzik". Miło było słyszeć, jak mali włosiacy kaleczą sobie języki próbując wypowiedzieć "il dżyk".
Wcześniej uczyliśmy się (i ciągle powtarzamy) "Niek beci pokualoni Jezus Kristus" i całkiem nieźle to wychodzi.
Rano z animatorami przygotowywaliśmy 5 strachów na wróble. Moja Paris Hilton początkowo miała być księdzem w sutannie, ale w końcu skończyła jako blondi z makijażem - nie było jak zrobić stroju duchownego bez guzików. Paris ma nawet pomalowane paznokcie (na rękach z wypchanych papierem rękawiczek gumowych). "Meglio cambiare, no?" To z reklamy sieci telefonii komórkowej, gdzie wyżej wymieniona mówi po włosku z amerykańskim akcentem.
Wieczorna zabawa w "Szukanie Skarbu" okazała się pewną formą naszych podchodów. Dwie grupy musiały odnaleźć kartki ze wskazówkami pochowane w całym miasteczku i na końcu zdobyć flagę "Pace". Nagrody - koszulki trzeba było potem sfotografować (założone na dzieciaki, oczywiście) dla banku, który je zasponsorował.
Przy okazji św. Benedykta opowiedziałem (już nie dzieciakom, ale babciom) o bitwie pod Monte Cassino. Chciałem nawet zaśpiewać "Czerwone Maki", ale nie pamiętałem słów...
Ewcia C. po cichu mi nuci w słuchawkach "The Waiting Is Over Today". I rzeczywiście - już jest jutro.
Ora et Labora.
Grałem sobie w "dzika". W talii kart do "Potrusia", to biedne zwierzątko nie miało pary, więc nazwałem grę "il dzik". Miło było słyszeć, jak mali włosiacy kaleczą sobie języki próbując wypowiedzieć "il dżyk".
Wcześniej uczyliśmy się (i ciągle powtarzamy) "Niek beci pokualoni Jezus Kristus" i całkiem nieźle to wychodzi.
Rano z animatorami przygotowywaliśmy 5 strachów na wróble. Moja Paris Hilton początkowo miała być księdzem w sutannie, ale w końcu skończyła jako blondi z makijażem - nie było jak zrobić stroju duchownego bez guzików. Paris ma nawet pomalowane paznokcie (na rękach z wypchanych papierem rękawiczek gumowych). "Meglio cambiare, no?" To z reklamy sieci telefonii komórkowej, gdzie wyżej wymieniona mówi po włosku z amerykańskim akcentem.
Wieczorna zabawa w "Szukanie Skarbu" okazała się pewną formą naszych podchodów. Dwie grupy musiały odnaleźć kartki ze wskazówkami pochowane w całym miasteczku i na końcu zdobyć flagę "Pace". Nagrody - koszulki trzeba było potem sfotografować (założone na dzieciaki, oczywiście) dla banku, który je zasponsorował.
Przy okazji św. Benedykta opowiedziałem (już nie dzieciakom, ale babciom) o bitwie pod Monte Cassino. Chciałem nawet zaśpiewać "Czerwone Maki", ale nie pamiętałem słów...
Ewcia C. po cichu mi nuci w słuchawkach "The Waiting Is Over Today". I rzeczywiście - już jest jutro.
Ora et Labora.
wtorek, 10. lipca 2007
Wolfgang + Dolomity
piotr, 23:39h
Nie do końca o takie chmury chodziło, za dużo śniegu, skały nie takie, za mało drzew...
Ale ze względu na Mozarta - niech będzie.
Ostatnie 20 sekund powala.
Ale ze względu na Mozarta - niech będzie.
Ostatnie 20 sekund powala.
piotr, 13:25h
Powoli uczę się nazw włoskich makaronów. Niestety, muszę jeść je górami. Codziennie jedna góra. Dzisiaj penne z takim sosem, jakiego nie powstydziłaby się sama Wilhelmina Slater (hehe, "Ugly Betty" się kłania).
Podczas wieczornej Mszy na cmentarzu (poniedziałek, nie?) mieliśmy mały spektakl pt. Zachód słońca u wylotu dolinki, z chmurami, jak we "Władcy Pierścieni". W ogóle dzisiaj nieżle powariowała aura. Był moment, że zebraliśmy dzieciaki, bo padało, już wezwałem Alessandro, żeby "zapodał" film, znalazłem nawet właściciela Lanci, która zatarasowała wejście do kina (podczas pogrzebu Bruny każde miejsce do parkowania było zajęte), a tu nagle ni stąd ni z owąd wyszło słońce i dzieciarnia wróciła do zabawy na boisku.
A propos spektakli o pierścieniach, to chmury w tutejszych górach mają dziwny zwyczaj wyglądania, jak dym. Nie są chmurowate, tylko snują się pojedyńczo zahaczając o drzewa. Potem rozścielają się od wierzchołka skały, w dół i drą się na kawałki. Dziwne to. Czuję się czasem trochę, jakbym bym w wielkim imbryku z gotującą się i parującą wodą.
Piszę wieczorem, ale wkleję rano.
Gdy to przeczytasz, będzie środek zimy... Nie, nie ma jeszcze czwartej. Nawet północy nie ma. Gute Nacht.
Podczas wieczornej Mszy na cmentarzu (poniedziałek, nie?) mieliśmy mały spektakl pt. Zachód słońca u wylotu dolinki, z chmurami, jak we "Władcy Pierścieni". W ogóle dzisiaj nieżle powariowała aura. Był moment, że zebraliśmy dzieciaki, bo padało, już wezwałem Alessandro, żeby "zapodał" film, znalazłem nawet właściciela Lanci, która zatarasowała wejście do kina (podczas pogrzebu Bruny każde miejsce do parkowania było zajęte), a tu nagle ni stąd ni z owąd wyszło słońce i dzieciarnia wróciła do zabawy na boisku.
A propos spektakli o pierścieniach, to chmury w tutejszych górach mają dziwny zwyczaj wyglądania, jak dym. Nie są chmurowate, tylko snują się pojedyńczo zahaczając o drzewa. Potem rozścielają się od wierzchołka skały, w dół i drą się na kawałki. Dziwne to. Czuję się czasem trochę, jakbym bym w wielkim imbryku z gotującą się i parującą wodą.
Piszę wieczorem, ale wkleję rano.
Gdy to przeczytasz, będzie środek zimy... Nie, nie ma jeszcze czwartej. Nawet północy nie ma. Gute Nacht.
... older stories

