pi?tek, 26. pa?dziernika 2007
Wielki (rzekomo) festiwal filmowy kończy się niezauważony. No może z wyjątkiem autobusów specjalnych i wzmianek w wiadomościach. Jest jeszcze wielki ekran na Corso i namiot włoskiego sikacza na San Lorenzo in Lucina. I tyle.

Von piotr um 18:02h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 23. pa?dziernika 2007
N. prosi o komentarz do wyników wyborów.
Proszę bardzo:
"Cieszę się z najwyższej ever frekfencji.
Nie cieszę się z za niskiej ciągle frekwencji."

N.: "Nie no, liczyłem na >>Szkoda.<< albo >>Hura.<<"

Ksiądz, który zdradza swoje preferencje polityczne zawsze może być posądzony o próbę wpływania na preferencje ludzi, którzy go słuchają. Albo obniży swój autorytet u tych z innymi poglądami. Plusów ujawniania sympatii i antypatii politycznych przez duchownego nie ma wielu. Czasem ktoś powie: "Masz prawo, jesteś obywatelem". Zgadzam się. Ale mam przede wszystkim prawo głosić Dobrą Nowinę. A wszystko inne wobec Wschodzącego Słońca staje się blade. "Żyj pełnią Życia, a przestaną cię interesować substytuty szczęścia." Są oczywiście sytuacje, kiedy trzeba zabrać głos (i nie tylko), gdy systemy łamią prawa człowieka, pozbawiają godności jekieś grupy społeczne, bądź próbują postawić dobro wspólne ponad wolność jednostki. Wtedy milczeć nie można. Ale to moich czasów dotyczy tylko w małym stopniu. Wojna o aborcję, eutanazję, adopcję dla związków jednopłciowych jeszcze się w Polsce nie zaczęła. A jak się zacznie, to pewnie i tak w pewnym momencie ją przegramy... Da Bóg, nie będzie mnie już na świecie...
Zresztą, i to Morze Czerwone przejdziemy.
Albo fala na ląd nas nieznany wyrzuci.
Bo przecież życie jest ciągłym próbowaniem przejścia przez jakieś morze...

Von piotr um 23:50h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 20. pa?dziernika 2007
Wyliczanka (pół)nocna
Oj, nazbierało się materiału na kilka (naście?) wpisów.
Przede wszystkim zaczęła się SZKOŁA.
Ja NAPRAWDĘ kocham tę moją Uczelnię. A wiem, co mówię, bo miłość jest ślepa i ja też przymykam oczy na niedoskonałości i braki mojej "Almy".
Po drugie, ekipa dziwaków z wszystkich czterech półkul (prawej, lewej, górnej i dolnej) zjechała się na dobre i po kilkumiesięcznej przerwie ponownie odkrywa, że miejsc takich, jak Rzym nie ma wiele (wg mnie jest ich tyle, ile półkul, ale to już było).
Po trzecie, mamy z Arturem i Alexiusem-Zulusem bilety na "Così fan tutte" i nie zawahamy się ich użyć.
Cztery: Znowu szkoła. Robię Pieśń nad Pieśniami, dwie teologie (phi) i seminarium z egzegezy tekstów z Ewangelii Synoptycznych.
Następnie: Po 3 latach w Italii stwierdziłem, że liznąłem odrobinkę Rzymu i znam pewne miasteczko w Dolomitach oraz dworzec kolejowy w Padwie. "Przekleństwo Biblicum" ma w tym swój udział, ale pewnie mojej winy też jest sporo. Niestety, brak widoków na poprawę (Sycylia za daleko, ptaszęta za wysoko, czy jakoś tak).
Po kolejne: Zakończyliśmy z Arturem (a jakże) pierwszy sezon Friends. Czeka nas 7 kolejnych oraz Kyle XY, Heroes, Ugly Betty, 24 godziny, Dr House (to już bez Artura) i wszystkie cztery Szklane Pułapki (na jakąś noc przed Świętami).
Po ostatnie (not least): zapisałem się na Wybory - nie wiem jeszcze gdzie (pewnie w ambasadzie), ale zamierzam z prawa głosu skorzystać. W ramach obywatelskiego przypomnienia wszystkim uprawnionym dedykuję frazę: IDŹ GŁOSOWAĆ BO WYBIORĄ ZA CIEBIE! Oczywiście, ci co nie pójdą będą najgłośniej narzekać na wyniki, ale tak w tym (czy raczej tamtym z perspektywy 3 tygodni rocznie) kraju jeszcze przez jakiś czas będzie się temu podobne lody kręcić. Właściwie, skoro spędzam w Polsce ok. 21 dni rocznie, to czy mam moralne (bo konstytucyjne jak najbardziej) prawo głosować? Nie no, za późno jest chyba na wynurzenia w temacie tymczasowości mojej sytuacji, odpowiedzialności, przynależności, przyszłości i kilku jeszcze "ści".
Pozdrawiam już chyba sobotnio...

P.S. Żeby nie skończyć polityką zanućmy "Un Aura Amorosa" nie w wykonaniu Luciano P. (bo Ś.P. brodacz do Mozarta leżał jak ulał w "Idomeneo", a na zakochanego Ferrando był troszkę "za mocny") tylko w świetnej interpretacji Francisco Araiza. Podoba mi się też wersja Kaufmanna (Mediolan 98), a kto w Rzymie Listopad 2007? Zobaczymy. Alexius wprawdzie dzisiaj cały dzień raczej "Soave sia il vento" nucił, ale aura wieczorna sprzyja raczej "amorosowaniu". To lecimy z tym Araizą...

Von piotr um 02:36h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 12. pa?dziernika 2007
Połowa października, a wpisu nie widać.
Rzym jest zaskakująco chłodny, jak na tę porę roku.
W bibliotece znalazłem nowe miejsce.
A przedmiotów mam w szkole 4.
Ale o tem potem...

Von piotr um 23:15h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 30. wrze?nia 2007
6 miesięcy w ciągu ostatnich 2 lat spędziłem za Oceanem. Bilans?
Idąc z Arkadiuszem po Moście Brooklińskim stwierdziliśmy obaj, że moglibyśmy tu mieszkać.
Mi potrzeba tylko samochodu i dostępu do biblioteki.
I jeszcze, żeby owoce smakowały owocowo.
I żebym zrozumiał zasady baseballu i footballu.
Poza tym - piękny kraj.
A już New York - osobliwie.
Są tylko 4 takie miasta...

P.S. Jak śpiewali Chumbawamba:
I get knocked down but I get up again.
You're never gonna keep me down.
Czy tylko mi się to z FIFA'98 kojarzy?

Von piotr um 06:15h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 29. wrze?nia 2007
Wczesna jesień w Nowym Jorku do dzisiaj przypominała późne lato. To się raczej zmieni jutro.
Zostały mi niecałe 3 dni i pożegnam Magiczne Miasto. To był dobry czas. Odpocząłem, nabrałem sił, sporo się nauczyłem, a jeśli jeszcze komuś przy okazji w czymś pomogłem, to Amen!
Coraz bardziej się przywiązuję do tej parafii, do tych ludzi - czarnych, białych, żółtych, zielonych, Włosiaków, Wietnamczyków, Latynosów - jednym słowem Amerykanów. I to z Bronxu...

No to, w takim razie, coś w hołdzie dla Maestro i dla NYC:

Von piotr um 08:17h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 27. wrze?nia 2007
Kiedy będzie trzecia część USOpen?
O podrywających nas podczas lunchu paniach z Philadelphia.
O meczu Agi Radwańskiej, jej grymasie na twarzy, trikach jej rywalki i "Aga, uśmiech dla kibiców!".
O zakupach (piłeczka za 5 USD i czapeczka za 19).
O wślizgnięciu się na Ash Stadium bez biletów.
O nocnym meczu Blake-Santoro (5-setowy horror) na największym stadionie tenisowym świata.
O powrocie grubo po 3 rano, kiedy linia nr 5 nie jeździ po północy poniżej 180-tej ulicy.
O tym wszystkim chyba już nie napiszę...

Potem był jeszcze wyjazd do Ocean City - domek z basenem (wredna manager-komunistka zamykała basen przed 21), plaża (ogromna, czysta, prawie pusta), walka z ogromnymi falami ("Ostrzega się przed silnymi prądami, mogącymi porwać daleko wgłąb morza nawet doskonałych pływaków"), nocne Polaka z Kameruńczykiem rozmowy ("Whatsaaaaaa?"), wschody słońca (takie tam, malownicze pierdoły) i kąpiel zaraz po tych wschodach (K. zapytałaby: jaki zapach ma ocean o świcie?), Kodak moments z Michelem (jajecznica "po mojemu" na śniadanie o 13.00).
I o tym wszystkim też chyba nie napiszę...

Tymczasem: Wake me up when September ends.

Proste, banalne, ale takie wrześniowe...

Von piotr um 09:16h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 8. wrze?nia 2007
IT'S SHOWTIME (2)
Tłum, tłum, tłum. Wszyscy gdzieś gnają. To dlatego, że mecze rozpoczynają się o 11.00 a już jest 10.50. Tylko kto gra z kim i gdzie? Mamy wydrukowany z oficjalnej strony turnieju terminarz na dziś, ale nie możemy oprzeć się pokusie kupienia kolorowego gazety codziennej za 3 $. Tutaj wszystko podane jest elegancko i przejrzyście. Na 150-stronicowy magazyn pełen zdjęć i informacjina błyszczącym, kredowym papierze (20$) już nas nie stać. Najważniejsze, że mamy "rozpiskę dnia". I tak, możemy, podobnie jak wszyscy inni, śmiało zmierzać do wybranego przez nas meczu. Po drodze "atakują" nas dziewczyny rozdające próbki kosmetyków. Okazuje się, że hitem gorących dni jest woda w spray'u - odświeżająca, wilgotna mgiełka prosto na twarz. Tuż obok panowie z Lexusa oferują darmowe zdjęcie z ogromną piłką tenisową. Wystarczy zalogować się na stronie, wpisać kod i gotowe. Żadne atrakcje nie mogą zakłocić naszego marszu w stronę kortu nr 15, gdzie polski debel Jens-Rosolska walczyć będzie przeciwko Amerykankom Amundsen i Long.
Na miejscu, zgodnie z naszymi przewidywaniami okazuje się, że wielkiego zainteresowania tym meczem nie ma. Na 3-rzędowych ławeczkach jest jeszcze sporo miejsca. Prawą stronę zajmują chyba rodziny młodych Amerykanek, które głośno zagrzewają je do walki. Na środku, gdzie się lokujemy słychać polski język. Zresztą, nawet głuchy domyśliłby się, że to Europa Wschodnia: tłuste, nieostrzyżone włosy, przepocone, niemodne koszule, zmęczone, przepite twarze, skarpetki w sandałach i wszechobecne "Ja cię ku... p...dolę" - jesteśmy w domu. Z okraszonych "typowo polskimi" zwrotami rozmów wynika, że pan pstrykający fotki to reporter Super Ekspresu. Inny pan, denerwuje się każdym zepsutym zagraniem Polek, uważając, że ich przeciwniczki to "poziom uniwersytecki". "Przecież ta piłka leciała tak wolno, że ja bym kankana zatańczył i do niej jeszcze dobiegł, a ona to spi...liła". W miarę upływu czasu widać wyraźnie, że zwycięstwo naszych dziewczyn jest raczej nieuchronne. Widać też różnicę w mentalności kibiców. Mimo, że Amerykanie nie mają zbyt wielu okazji, żeby się cieszyć z wygranych piłek, głośnymi okrzykami i brawami nagradzają każdą dobra akcję swoich zawodniczek. Polska strona raczej milczy, od czasu do czasu zdobywając się na suche brawa.Próbujemy, klaszczemy, wołamy, ale jesteśmy w naszych wysiłkach osamotnieni. Po wygranym przez Klaudię i Alicję pierwszym secie decydujemy się zmienić nieco perpektywę (i poziom). Zaledwie 100 m od nas, okrzyknięta przez prasę "sexowną ślicznotką" Rosjanka Anna Chakvetadze (rozstawiona z 6) zmaga się z nieznaną i nieciekawą Nicole Pratt (z Australii bodajże). Kort 13 ma przyzwoitą trybunę (podobnie jak 6 i 10) - tylko 4, 7 i 11 mają większe (ok. dwóch razy). Mimo tych udogodnień, musimy oglądać "blondyneczkę" na stojąco - tak wielu kibiców przyszło zobaczyć przyszłą półfinalistkę (tego akurat jeszcze nikt nie wiedział). Po serii sympatycznych stęknięć-okrzyków, nieodzownych dla damskiego tenisa, staje się jasne, że Ania
powinna wygrać swój mecz, nie czekamy więc do końca (bo nogi bolą od stania), tylko kierujemy się w stronę Grandstand, czyli trzeciego co do wielkości stadiony w kopleksie USTA. Po odstaniu ok. 15 min. w kolejce dostajemy się na trybunę.
Poruszanie się pomiędzy rzędami jest dozwolone tylko w przerwach pomiędzy gemami, obsługa pilnuje tego, więc trzeba zając pierwsze wolne miejsca i z czasem przesuwać się w strone "lepszych" siedzeń. Andy Murray (19) serwuje przeciwko Jensowi Bjorkmanowi. Gorąco - słońce zdążyło już się rozpędzić w swojej drodze po firmamencie i praży dokładnie z góry. Podobną temperaturę ma publiczność - w takim gronie ogląda się inaczej. Każda ciekawa akcja wywołuje aplauz, gromkie "Oooh" kwituje nieudane zagrania. Taki sposób spontanicznego wyrażania na głos emocji, razem ze wszystkimi, wciąga. Po godzinie mamy dość upału, a ponieważ głód przypomina, że czas na lunch (zupełnie nie licząc się z zawodnikami, zamierzającymi spędzić na rozgrzanym korcie jeszcze kolejnego, piątego seta), postanawiamy skorzystać z przerwy i delikatnie się wycofać. Przed opuszczeniem Grandstand okazuje się, że możemy spokojnie wejść na Armstrong Stadium - większy i bardziej prestiżowy, na który z oczywistych, finansowych względów nie mieliśmy wejściówek. Nieważne, że grają nieznani nam Tomas Berdych i Simone Boletti - chcemy tylko zobaczyć stadion. Ten, mimo, że prawie pusty robi wrażenie. Wspinamy się na samą górę. Pamiątkowe fotki, boski widok na cały teren, zazdrosnę spojrzenie w stronę Artur Ash Stadium, który jest podobno ponad dwa razy większy i ruszamy w stronę sektora pachnącego jedzeniem...
Cdn...

Von piotr um 08:33h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 2. wrze?nia 2007
Ciąg dalszy US Open-owych wrażeń dopiero po moim powrocie z dwudniowych wakacji w domku na plaży.
Ocean City rządzi!
Gratulacje dla Radwańskiej, chociaż prasa raczej podkreśla ilość niewymuszonych błędów jej przeciwniczki i lekceważenie, z jakim podeszła do meczu z mało znaną nastolatką.
"Maria, któa zarabia rocznie 25 milionów, jest gwiazdą świata mody i reklam, kreuje styl, czaruje tłumy i elektryzuje media przegrała z anonimową dziewczyną z Krakowa, która jest jej całkowitym przeciwieństwem - ma niemodne tenisowe ciuchy, jej zwierzątkiem jest szczur, a po zwycięstwie kupi sobie i siostrze torebkę Louis Vuitton, nie zarabia kokosów, nie ma profesjonalnego kontraktu z producentem sprzętu, ma aparat na górnych zębach."
Nonszalancja, lekceważenie, pycha przegrały z determinacją, odrobiną szczęścia i... niesportowym zachowaniem. Wprawdzie Sharapova zaprzeczyła, jakoby przeszkadzał jej "taniec" Radwańskiej podczas drugich zagrywek, ale Jim Courier w TV miał ostrą dyskusję na temat: "Nie wszystko, co nie jest zabronione jest dozwolone", w której dowodził, że takie zachowanie jest nieeleganckie i niezgodne z duchem sportu oraz "niepisanymi" zasadami.
Nie ma co "gdybać" ani płakać, czas lepiej się pakować...
Jeszcze tylko spocik tematycznie nawiązujący do dyscypliny, o której mówi się ostatnio najwięcej:

Von piotr um 22:31h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 31. sierpnia 2007
IT'S SHOWTIME
"Zwiedziles New York, nie mysl, ze zwiedziles Stany." Osobliwy charakter Nowego Jorku najbardziej widac na przykladzie US Open. To wlasnie Nowojorczycy nadali tej imprezie tak niepowtarzalny smak, ze dzis przyciaga ona tysiace ludzi z calego swiata. Wszyscy chca doswiadczyc tej atmosfery, uszczknac dla siebie kawalek genius loci - wszyscy chca chociaz na chwile poczuc sie Nowojorczykami.

Maszynka do robienia pieniedzy

Stacje Metra i pociag nr 7, z Manhattanu na Queens, jak zreszta caly New York sa "wytapetowane" znanymi twarzami tenisa. Popularnosc sprzedaje wszystko. Federer oprócz Szwajcarskich zegarków (Rolex) rekalmuje jeszcze linie lotnicze (SwissAir), maszynki do golenia (Gilette) i ubrania (Swiss Suites). Sharapova jest twarza dla aparatów fotograficznych (Canon), pasty do zebóów (Colgate), samochodów (Land Rover) i telefonów komórkowych (Motorola). Wszyscy inni z Top 10 to oczywiscie promocja sprzetu sportowego (Nike, Wilson, Adidas). Wielkie koncerny robia wielka kase, dlatego format i zasieg reklamy tez jest gigantyczny. Im blizej do kortów, tym wiecej reklam firm zwiazanych bezposrednio z organizacja turnieju: American Express, IBM, Citizen, The New York Times - oficjalni sponsorzy. Wszystko jest tu US Open: oficjalne piwo - Heineken, oficjalny samochód - Lexus, oficjalne linie lotnicze - Continental Airlines. Kazdy mozliwy skrawek przestrzeni medialnej jest szczelnie wypelniony markami. Olympus, JPMorganChase, Tiffany, Polo Ralf Lauren - jestesmy z toba, ty badz z nami. Widowisko kosztuje, ale i niezle zarabia.
Podróz.
Juz w pociagu widac, kto jedzie na korty - wszyscy. Dominuja jasne, sportowe ciuchy. Panie w tenisowych spódniczkach, panowie w szortach - wszyscy obowiazkowo czapeczki lub daszki. Koszulki z logo turnieju lub z podobiznami gwiazd. Zadnych plecaków ani toreb - na teren kortów nie wolno ich wnosic. "Stare wygi" maja plastikowe torebeczki z butelka wody, kremem przeciwslonecznym i chusteczkami higienicznymi. Atmosfera raczej podniosla niz wyluzowana - jeszcze tam nie jestesmy, dopiero sie zblizamy, to bedzie to. Rozmowy o szansach poszczególnych graczy, o cenach biletów, o tym, kto dzisiaj prawdopodobnie zagra. Nikt raczej nie pyta o stacje najblizsza kortom - nie mozna sie pomylic, wszyscy jedziemy w to samo miejsce. Czarni, biali, zólci, zieloni - babcie, dzieciaki, pary, turysci - Manhattan-Queens 7 Train: przedsmak przygody.

Kasy

Dojezdzamy do stacji Shea Stadium. Po lewej stronie widac okazaly stadion Metsów. Ciekawa budowla, ale nikt nie zwraca na nia uwagi, bo z oddali wynurza sie Arthur Ash Stadium - najwiekszy budynek w calym kompleksie tenisowym. Kolorowy tlum wysypuje sie z wagoników i grzecznie, bez przepychania kieruje w strone drewnianej promenady. Juz na stacji wita nas obsluga turnieju, informujac przez megafony, ze "wszyscy udajacy sie na US Open, proszeni sa o postepowanie naprzód" - jakby ktos nie wiedzial. Reklamy, balony, tabliczki zakazujace handlu biletami i górujacy nad wszystkim Stadion Artura Asha. Blyskaja pierwsze fleshe. Grupy ludzi zatrzymuja sie, zeby uwiecznic swój pierwszy moment, jeszcze nie na terenie turniejowym, ale juz nie w miescie. Pamiatkowe zdjecie na tle napisu US Open 2007, albo na tle stadionu i ruszamy dalej. Koniki dyskretnie proponuja bilety. Sporo ludzi zatrzymuje sie, by dokonac transakcji. To wlasciwie jedyny sposób, zeby uniknac trzygodzinnej kolejki do kas. Taka kolejka moze byc calkiem przyjemnym doswiadczeniem: slonce, rozspiewany tlum, mili ludzie z calego swiata - pod warunkiem, ze rzeczywiscie dostanie sie bilety, albo ze jest wystarczajaco wczesnie i mecze jeszcze sie nie rozpoczely. Ceny i rodzaje biletów wyswietlane sa na wielkim telebimie. Wejscie do Królestwa Tenisa i miejsce na trybunach Ground Stadium kosztuje 45 dolarów. Armstrong Stadium i oczywiscie najwiekszy Arthur Ash, gdzie graja gwiazdy to wydatek od 90 dolarów (za najdalsze miejsca) wzwyz. Wszystkie ceny rosna co kilka dni, w miare postepowania turnieju. Informacja, ze koncza sie najtansze bilety (zostalo ich ok. 300) nie wywoluje niepokoju - wiekszosc czekajacych chce zobaczyc mistrzowskie popisy najlepszych. Jednak i tutaj najtansze miejsca sa juz prawie wysprzedane, zostaly te od 120 $, w góre. Kolejka porusza sie, przechodzimy obok sklepiku z pamiatkami (czapeczki, koszulki, reczniki) i jedzeniem (burgery, cola, piwo, frytki). Czesc osób, zmeczona juz dlugim czekaniem, poprawia sobie humor kupujac firmowy gadzet, albo ozezwiajac sie Cola z logo turnieju na kubku. Kolejka wkracza miedzy bramki. Tutaj okazuje sie, ze szczesciarze, którzy ok. miesiaca temu zarezerwowali sobie bilety przez internet, moga je odebrac czekajac tylko ok. 10 minut. Nas czeka ostatnia godzina. Z kazda chwila nastrój staje sie coraz bardziej wyluzowany. Grupka Niemców wlasnie zapoznala kilku Kolumbijczyków i wsród salw smiechu próbuje przebic sie przez niezliczone bariery jezykowe rozdzielajace od siebie dwa kregi kulturowe. Mlodzi Japonczycy przestali wreszcie pstrykac fotki co trzy sekundy - teraz filmuja i wysylaja smsy. Ktos spiewa, jakies dziecko skacze na skakance, kolejka sie przesuwa. Nadchodzi ostatni etap. Pani z obslugi, trzymajac w reku mikrofon usmiecha sie i informuje, ze jestesmy proszeni o wspólprace, celem zminimalizowania czasu oczekiwania. "Wyciagnijcie, prosze swoje karty kredytowe, zdecydujcie sie, jakie bilety chcecie kupic, podchodzcie do okien, gdy tylko zwolni sie miejsce. Ludzie, to jest Nowy Jork, kazda sekunda sie liczy, chce zobaczyc wasze gotowe portfele". Zapala sie do tego stopnia, ze grupka mlodych Amerykanów odpowiada jej gromkimi "Oh Yeah!" i aplauzem. Wreszcie wolne okienko. Procedura zakupu bilety, gdy wie sie czego szukac i ma gotowe pieniadze trwa kilka chwil. Nareszcie mozna opuscic kolejke i przejsc wzdluz niej trzymajac swezutka karte wstepu - obiekt zadrosci wszystkich, którzy ciagle jeszcze cierpliwie czekaja na swoja kolej.

Wchodzimy

Oczywiscie, wiekszoc osób nie musiala stac za biletami, bo zaopatrzyla sie w nie odpowiedni wczesniej. Ci szczesliwcy i wszyscy, którzy odstali juz swoje musza wejsc na obiekt. Procedura antyterrorystyczna zmusza do zastosowania nadzwyczajnych srodków bezpieczenstwa. Wszechobecna ochrona, obsluga, wolontariusze, informatorzy, serwis - wszyscy wyjasniaja, ze posiadacze toreb, plecaków, walizeczek i innych przedmiotów o wymiarach wiekszych niz ilestam na iles cali musza udac sie do "bagagge check". I juz rozumiemy, dlaczego "stali bywalcy" nie mieli ze soba nic poza okularami i portfelem - kto nie ma plecaka wchodzi przez "szybka" bramke. Zostawiamy zbedny balast, kontrola biletów, "Welcome to US Open. This way, please". Jestesmy.

CDN...

Von piotr um 11:53h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 30. sierpnia 2007
Odezwał się Michel z oszałamiającą propozycją spędzenia 2 dni w domku na plaży. Ocean już mi szumi. Może to jednak nie fale o brzeg, tylko te mózgowe mają zakłócenia spowodowane późną porą. Powinienem już się kłaść, bo jutro otwieram kościół o 6.00. Jutro też pokibicuję na żywo Miss Radwańskiej. "Walcz, Isia!!!"
Sympatyczy osiemdziesięciolatek, którego odwiedziłem dziś z Komunią, opowiadał mi o swoich wojennych losach. Był m.in. pod Okinawą. Modliliśmy się razem za młode pokolenie, żeby zawsze potrafiło docenić ofiarność swoich ojców i matek. Bo, jak stwierdził F. "jakoś nie zawsze widać, żeby oni w ogóle byli świadomi, że freedom is not free".
Czy ktoś zrozumie bazgroły mojego szumiącego mózgu? Idę lepiej spać...
Jeszcze jedno. Podobno warto przed zaśnięciem pomyśleć sobie, jaką piosenkę chce się zaśpiewać o poranku, a potem zanucić, przypomnieć sobie i położyć się. Po obudzeniu się, odnaleźć w umyśle wieczorną melodię i zacząć dzień śpiewając.
Ja jednak uparcie będę zachęcał do "uśmiechu w stronę Nieba". Przez duże "N". ON czeka i odpowiada uśmiechem...
Gute Nacht.

P.S. A sukienka Sharapovej wcale mi się nie podobała.
P.S.2. Piosenka na pobudkę. Lekka, łatwa i przyjemna. I ten vocal Maryśki... Popatrzę w górę i zanucę "You are my everything".

Von piotr um 09:14h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 28. sierpnia 2007
Ameryka oszalała.
Sharapova i Federer są absolutnie wszędzie! Siostry Williams, Andy Roddick, Nadal...
Świat zmienił się w małą, żółtą piłeczkę i przez najbliższe dwa tygodnie będzie się kręcił wokół USTA Billie Jean King National Tennis Center.
A ja, po dwóipółgodzinnym staniu w kolejce mam upragnione dwa bileciki (dla siebie i Marcina) i w czwartek ruszamy na cały dzień - Święto Tenisa.
Tym, którzy chcieliby, ale z różnych względów nie będą świętować "na żywo" pozostaje obfita relacja w Eurosporcie, albo na Oficjalnej Stronie.
P.S. Będzie wpis raczej - takiej okazji nie przepuszczę.
P.S.2: Nie mogłem się oprzeć, żeby nie dodać świetnego komentarza Nicka Bolettieri. Ten gość ma poczucie humoru, ma styl i wie, o co tu biega. Popatrzcie sami.

Von piotr um 10:02h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 25. sierpnia 2007
Always Turned On!
Wyjazd do Atlantic City z Klubem Seniora to cały dzień na innej planecie. To miasto było pierwszym na świecie nadmorskim kurortem w nowoczesnym tego słowa znaczeniu. Tutaj wymyślono prawdziwe parki rozrywki, wybory Miss, promenadę nadmorską, pocztówki z pozdrowieniami. Tutaj regularnie występowali Sinatra, Elvis, The Beatles, zastąpieni dziś przez Celine Dion, Madonnę, Eltona Johna czy The Police. Tu zjeżdżają największe gwiazdy showbiznesu, polityki, rekiny finansjery. Kiedyś rozrywką była plaża, ogromne fale oceanu, luksusowe hotele, wesołe miasteczka (kobieta na koniu skacząca z tymże koniem do wody z wysokości 40 stóp), popularni artyści. Kiedy pod koniec lat 60-tych wynaleziono klimatyzację a posiadanie basenu stało się w Stanach powszechne - kurort zaczął podupadać. Ratunkiem okazały się kasyna. Decyzją referendum, w 1978 r. stan New Jersey zalegalizował hazard w Atlantic City. Do miasta wrócili odwiedzający, a z nimi pieniądze. Miliardy dolarów zainwestowane w świątynie nadziei/głupoty (niepotrzebne skreślić) muszą się zwrócić. Przyciąga się więc ludzi potężną ilością maszyn do gry, stołów do ruletki, pokera, Black Jacka. Każdy, kto widział rozmach kasyn w Vegas wie, co mam na myśli, bo Atlantic City to Las Vegas Wschodniego Wybrzeża. Mekka spragnionych łatwej kasy stosuje przeróżne triki, żeby zachęcić do zostawienia pieniędzy właścicielom. Autobus ma darmowy parking, kierownik grupy 100$ premi, każdy z pasażerów - kupon na 5$ zniżki na jedzenie i 20$ w gotówce.
Niektórzy (jak niżej podpisany) potraktowali całą podróż jako ciekawe doświadczenie. Spacer po najsłynniejszej promenadzie Ameryki, lunch w bufecie "Jedz ile chcesz", karmienie mew i przyglądanie się surferom ujeżdżającym dwumetrowe fale, wizyta w muzeum (niezły film o historii A.C.), 3 godziny z Jerrym, który mimo swojej "prawie osiemdziesiątki" ma niesamowite poczucie humoru, obserwowanie ludzi grających w Jednorękiego Bandytę, czy ulicznych grajków, śpiewaków i żonglerów - całe to socjologiczne zjawisko było po prostu przyjemnym spędzeniem dnia w gronie staruszków.
No i jeszcze "Light, Water and Music Show".
Wiem, że na świecie nie brakuje widowisk typu tańczące fontanny, ale nigdzie woda nie leci z dołu, z góry, z boku, wśród dymów, tanecznych rytmów (żadnych smętów typu "My heart will go on", żadnej Kosmicznej Odysei, żadnego "Modrego Dunaju" ani "The Final Countdown"). Do tego szalenie rozbawiona publiczność. Wszyscy przyjechali tu się zrelaksować, zabawić i spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i rodziną. Czy tak jest naprawdę? Czy nie jest to raczej obraz degradacji wartości, rozpaczliwej nadziei na szybki zysk, ucieczki od problemów, przygodnych relacji bogatych starszych pań z przystojnymi młodziakami, samotnych desperatów, rozbitych małżeństw, taniej, masowej rozrywki, topionych w Whisky frustracji, szybkiego, nieodpowiedzialnego sexu, pogoni za kasą, prymitywnymi instynktami,światowym blichtrem...?
Nevermind, nie myślmy o tym teraz. To jest Atlantic City. Tu się nie filozofuje, tu się bawi...

Fontanna Show (fragmenty):

Von piotr um 06:56h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 19. sierpnia 2007
Po Mszy wszyscy księża stoją przed kościołem.
Mały Nicolas pokazał mi swoje nowe buty - "Nice sneackers, I like the color".
Pani Przyjechałamznigerii opowiedziała mi o swoich problemach z pracą.
Siostrzeniec pani Ropoczynaśpiewynawłoskiejmszy (21-letni chłopak) spłonął w pożarze budynku 2 tygodnie temu.
Barbara, jak zawsze w kapeluszu i szykownym kostiumie - "a real lady".
Gośc Bezręki poprosił drugiego, żeby mu przetłumaczył kazanie (po Włosku było).
"Have a nice Sunday" - pozdrawiają mnie wszyscy.
"I loved your sermon" - ktoś czasem przywali.
"Księże, poznaliśmy się w zeszłym tygodniu, mieszkam na rogu Wilson Ave. Niósł ksiądz Komunię komuś". - pani Nieuwierzyszżemaponad90lat mnie wita.
"Have a blessed day", "Buona Domenica" - każdy chce uścisnąć dłoń, przywitać się.
Czasem ktoś prosi o modlitwę, błogosławieństwo.
Czasem po prostu kładę dłoń na czyimś ramieniu i zaczynamy się razem modlić.
"Kiedy mogę przyjść po zdjęcia z Bierzmowania, do Spowiedzi, porozmawiać?..."
Wszyscy mili, uprzejmi, wspólnotowi.
Można sceptycznie do tego podchodzić, jak pastor z ulicy obok, który twierdzi, że jego parafianie są mistrzami powierzchownej, amerykańskiej maski "Jaksięmaszmiłocięwidzieć".
Ja jednak naprawdę dostrzegam wśród "moich" parafian mnóstwo przejawów bycia wspólnotą - taką kroczącą razem ku Bogu. Nie łatwo o to w polskich, ogromnych liczbowo "tłumnych" parafiach. Ale o parafii jako "wspólnocie wspólnot" to mój kolega magisterkę napisał. Do tego zmierzamy, żeby każdy parafianin był członkiem jakiejś mniejszej wspólnoty. W małych grupach jest kontakt, znajomość problemów, relacje, wzajemna pomoc, dzielenie się doświadczeniem wiary.
"Spodobało się Bogu zbawić człowieka nie pojedynczo, ale czyniąc sobie z niego lud." (KK9) - ciekawe...
Powinniśmy zacząć od ankiety: "Czym jest dla Ciebie Twoja parafia?"

P.S. Niektórych imion jeszcze nie pamiętam, ale osoby staram się kojarzyć.

Von piotr um 19:20h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment