pi?tek, 22. sierpnia 2008
Bardzo inteligentny joke.
Pytanie:
- Who brews coffee in the Bible? (Dla ułatwienia dodam, że w Nowym Testamencie).

Odpowiedź:
- He-brews.

Von piotr um 11:58h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 21. sierpnia 2008
James jest synem jednej z naszych (dwóch) sekretarek. Dzisiaj przez większą część dnia wędrowaliśmy pieszo przez zakątki SF.
Kiedy Gail zaproponowała, że jej syn oprowadzi mnie po mieście pomyślałem, że będzie to trochę niezręczne. Wkrótce okazało się, że J. ma tylko 19 lat i aż 2 m wzrostu. Jest bardzo uprzejmym, inteligentnym i sympatycznym studentem (UWAGA!) geologii. Jest też świetnym słuchaczem i partnerem w dyskusji.
Spędziliśmy fantastyczne popołudnie (wyruszyliśmy ok.12.30) włócząc się po Chinatown, Włoskiej Dzielnicy, nabrzeżu (z niesamowicie malowniczym rynkiem rybackim), plaży i kilku parkach.
Rozmowy poważne (o historii Europy ze szczególnym uwzględnieniem Polski), mniej poważne (o żywieniu w USA) i całkiem rozrywkowe (o tekstach Dylana i najnowszym "Batmanie"), lunch w malutkiej chińskiej knajpce (Ice Tea typu Hong Kong jest mrożoną bawarką z zielonej herbaty i mleka, ble), lwy morskie na wyciągnięcie ręki (dosłownie), malownicze wnętrza stylizowanych-na-stare kościołów - to tylko niektóre z atrakcji naszej wyprawy.
Dryblas James to kolejna postać, którą będę wspominał niezwykle ciepło.
A SF zaczyna piąć się ostro w górę w moim rankingu najpiękniejszych miast świata.

Von piotr um 10:42h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 20. sierpnia 2008
Przyszło mailem
"Marnuje się ksiądz na tym dziwnym blogger.de.
Gdyby wpisy, jak ten o "teologii Phelpsa" ukazywały się na jakimś normalnym serwisie miałyby sporo komentów a blog byłby dużo popularniejszy. Nie myślał ksiądz o przeprowadzce albo o jakijś akcji promującej?"

Pewnie, że te 30 osób dziennie to niewiele. Z drugiej strony liczy się jakość!

P.S. Kasiu, nie zmienię kolorów, bo już chyba nawet bym nie potrafił. Założyłem bloga 1683 dni temu i dawno zapomniałem, jak się go personalizuje. Może powinnaś zmienić rozdzielczość na 1280x800 (albo monitor).

P.S.2. Przez cały wrzesień będę proboszczem w Lagunitas, CA. Radzę wygooglować i zobaczyć mój "Domek na Prerii".
Jeden z kościółków wygląda tak:

Ale to dopiero od ostatniej soboty sierpnia. Na razie ciągle South San Francisco...

Von piotr um 05:23h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 18. sierpnia 2008
Właśnie dzwonił Michel.
Jose i Joey są u niego w Baltimore.
Czy ktoś jeszcze pamięta ten Dream Team?
Chyba wspominałem o nich kiedyś?
Dużo bym dał, żeby być teraz na Wschodnim Wybrzeżu...
Tymczasem u nas gala w stylu amerykańskim: hotel, kelnerzy, sponsorzy, przemowy - Ojciec William skończył 60 lat kapłaństwa. Tego typu imprezy są bardzo zwyczajne dla ludzi tutaj. Chcesz uczestniczyć? Wpłacasz odpowiednią kwotę na konto komitetu organizacyjnego i dostajesz zaproszenie. Oczywiście komitet stara się o chętnych, dlatego zaprasza do uświetnienia gali "ważne osoby". W zależności od budżetu może zaśpiewać ktoś sławny, albo miejsce może być wyjątkowo "wypasione", albo nietuzinkowe menu, albo coś innego, żeby ludziom chciało sie zapłacić za bilet i być częścią tego wieczoru.
W naszym przypadku osoba Ojca Williama przyciągnęła tłumy jego przyjaciół z rozmaitych miejsc. Grupa Włochów, Filipińczycy, grupy parafialne, neokatechumenat, jacyś Meksykanie i oczywiście Amerykano-amerykanie.
Wszystko wg utartego schematu: aperitiff w hallu, luźne rozmowy, sprawdzanie na liście numeru stolika, odbiór bileciku (wołowina, ryba, wegetariańskie), wejście na salę, mistrz ceremonii, kolejne osoby przemawiają, pan muzyk spełnia życzenia poszczególnych grup gości, kilka słów jubilata, sałatka, przystawka, danie główne, trochę tańców, tort, kawa, piosenki w różnych językach i do domu.
Wszystko w pełnej gali: panie w oszałamiających toaletach, panowie podkrawatowani, księża superuroczyści (ja w mankietach nawet).
Tak to wygląda z zewnątrz. A w środku mnóstwo formalnych wymian grzeczności, wzajemne przedstawianie siebie innym i innych innym, odpowiadanie po raz setny na klasyczne pytania ("Jak ci się podoba w Kaliforni? Zamierzasz tu zostać na stałe? W jakiej jesteś parafii? Czyż ten wieczór nie jest uroczy?").
I jeszcze te kilka perełek - naprawdę ciekawych spotkań i rozmów z naprawdę interesującymi ludźmi.
Żeby było jasne: uważam, że każdy jest interesujący, ma swoją historię i coś do przekazania. Nieważne, co robisz, gdzie mieszkasz, skąd pochodzisz - zawsze jest coś, co możesz mi przekazać.
Na formalnych spotkaniach, nawet jeśli jest miła atmosfera - nieunikniona jest pewna powierzchowność - za dużo ludzi.
Trzeba po prostu wyłuskać tych kilka osób, które spotkane nawet przez mgnienie oka sprawią, że każdy wieczór może stać się wyjątkowy.
Ja miałem dziś to szczęście...
Myślę, że chłopaki w Baltimore też...

Von piotr um 10:21h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 17. sierpnia 2008
How I Met Your Mother
Wróciłem sobie właśnie z SF Opera, a tu proszę - jest ósme złoto dla "Człowieka-Ryby".
NBC na okrągło pokazuje ostatni rekord świata i reakcję tłumu na stadionie w Baltimore, skąd pochodzi Phelps.
A propos tego pięknego miasta, to nieco zapomniałem o dzielącej San Francisco i East Coast trzygodzinnej różnicy czasu i kiedy późnym wieczorem odsłuchałem na sekretarce prośbę Michela o kontakt w sprawie "szybkiej dyskusji nad pewnym fragmentem z Ewangelii wg Mateusza" bez zwłoki oddzwoniłem.
Zależało mi na wymianie poglądów, bo fragment był paralelnym do tego z mojej pracy, pytanie Michela było precyzyjne, a nazajutrz ten text miał być czytany w kościołach.
Bardzo grzecznie Mich podyskutował ze mną, albo raczej posłuchał, co mam do powiedzenia, po czym skwitował całą sytuację stwierdzeniem: "No tak, dzwonisz do mnie przez cały kraj, żeby o 2 w nocu przekonać mnie do swojego zdania na temat greckiego słówka. To miłe."
Wtedy uświadomiłem sobie, że chyba go obudziłem w środku nocy. Za Tedem* z genialnego serialu "Jak poznałem waszą matkę" poprosiłem Micha, żeby w przyszłości opowiadając komukolwiek o tym wydarzeniu unikał słowa "psychopata".
_______________
* Cytat pochodzi z pilotowego odcinka pierwszego sezonu. Ja właśnie kończę sezon trzeci i mam MNÓSTWO radochy przy każdym odcinku.

Von piotr um 12:35h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 15. sierpnia 2008
Born to swim.
Phelpsomania dopadła wszystkich. Jedyny temat związany z Olimpiadą to: czy widziałeś, jak popłynął wczoraj Michael.
Finały pływania w nadaje NBC w wieczornym primetime.
Przed chwilą ostatecznie przekonałem się, że Phelps nie jest człowiekiem z tej planety. Popłynął i po raz kolejny wygrał bijąc rekord świata - 6 złotych, dwa brązowe medale w Atenach, 6 złotych w Pekinie (i jeszcze 2 szanse). Czy zwykły śmiertelnik jest w stanie tego dokonać?
Przeprowadzona przez specjalistów z NBC szczegółowa analiza jego budowy potwierdziła, że jest stworzony do pływania. Ogromne stopy działają, jak płetwy. Krępe (za krótkie w stosunku do wzrostu) nogi dodają niesamowitego dynamizmu. Potężny korpus (za długi w stosunku do wzrostu) kryje w sobie 12-litrowe płuca, działa też jak deska surfingowa - daje powierzchnie nośną, niemal bez oporu. Plus za długie w stosunku do wzrostu ręce z plaskatymi dłońmi - wszystkie atuty, by zostać legendą.
Do tego dochodzi jeszcze jedno: urodził się w kraju, gdzie znalazł idealne warunki do rozwoju.
Nie był pewnie zbyt popularny w szkole, bo nieforemna sylwetka nie pomaga w nawiązywaniu kontaktów międzyludzkich. W sporcie też mu nie szło: próbował zapasów i koszykówki - bezskutecznie. Nie wiem, czy był dobrym studentem, ale ktoś zobaczył w tym "koślawym" dryblasie potencjał, skierował go w odpowiednią stronę i pozwolił na objawienie się geniuszu.
Nie, nie będę wychwalał amerykańskiego systemu szkolnictwa.
Spróbujmy zrobić z tego "teologię".
Bóg stworzył każdego (powiedzmy, Ciebie, Czytelniku) w jakimś określonym celu. Wszystko w co Cię wyposażył ma służyć spełnieniu Jego Boskiego Planu. Bywa, że nasze wady i ułomności mogą okazać się atutami (zupełnie jak nieforemna sylwetka Michaela).
Trzeba tylko odnaleźć SWOJE miejsce.
Po co przyszedłeś na ten świat?
Odpowiedź nie przychodzi łatwo. Trzeba siadać i pytać każdego dnia. Otwierać Biblię, trwać w Łasce i szukać, prosić, kołatać.
Najpiękniejsze jest odkrywanie przez całe życie, jak różne sytuacje układają się w sensowny obraz.
Życie duchowe jest rzeczywistością dynamiczną - ciągle coś sie dokonuje - wszystko w jakimś celu. Odkrywanie musi trwać.
Tak, jak Michael "The Legend" Phelps, który po zakończeniu kariery (London 2012 - znowu kilka złotych medali?) będzie musiał ponownie zadać sobie pytanie: po co jestem?

Von piotr um 11:35h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 14. sierpnia 2008
Father Ted (emeryt) zarzucił mnie dziś artykułami o szkodliwości różnych napojów zwanych tutaj soda drinks. Szczególnie niebezbieczne są te typu cola.
Wróg podstępnie podszywa się pod sprzymierzeńca kamuflując smakiem swoje zabójcze zamiary. Zawartośc cukru, kofeiny, kwasu fosforowego i benzoczegośtam jest bardziej trująca niż powietrze w Pekinie. Każdy łyk jest właściwie pocałunkiem czarnej kobry. Pijesz colę? Wyrok już został wydany: czeka cię powolna śmierć w męczarniach!
Tak to mniej więcej brzmi.
Nie zdążyłem jeszcze przeczytać wszystkiego, ale mam już ogólny przegląd sytuacji.
Odezwał się Michel z Las Vegas. Przejechał samochodem Stany zz Baltimore do LA - taka podróż życia. Zapraszał mnie, ale mimo szczerych chęci nie dałem rady dołączyć do tego czarnego (dosłownie), samotnego jeźdźca...
Kiedy jego cień przesuwał się powoli w stronę zachodzącego słońca, ja grałem w kosza z Legionistami Maryi.
Wróciłem zmachany, podgrzałem w mikrofali potrawkę przygotowaną wcześniej przez Socoro - naszą kucharkę meksykańskiego pochodzenia i zanim wziąłem prysznic zdecydowałem się obejrzeć finały pływania.
Sięgnąłem po coś do picia, a że z lodówki zamrugała do mnie oszroniona puszka - chwyciłem ją wpół i zanim zdążyła cokolwiek zrobić, wyssałem z niej wszystko z wyjątkiem kilku kropelek, które przywarły do denka. To może być jakaś metoda: zabij wroga zanim on zabije ciebie - tym razem cola nie miała najmniejszych szans.
Podobnie, jak Otylia, którą znokautowały właśnie dwie Chinki.
Jutro Maksymilan Maria Kolbe.
Gute Nacht.

Von piotr um 11:41h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 13. sierpnia 2008
Wreszcie trochę pozwiedzałem.
SF jest niesamowite!!!
Nie ma takiej magii, jak NYC, ale i tak jest niezłe.
Warlito robi zdjęcie średnio co 50 jardów, więc nazbiera się tego sporo.
Powoli przychodzą też zamówione w Amazonie książki i inne gadżety.
Jakieś pomysły na prezenty dla moich rodziców, siostry z mężem (coś do nowego domu np.) i siostrzenicy (7 lat)?
Przedmioty nie mogą być zbyt duże ani zbyt ciękie (lotem trudniej).
Linki z amazon.com do konkretnych propozycji mile widziane.

Von piotr um 10:37h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 12. sierpnia 2008
Summertime will be a love-in there...
Ten kawałek znają wszyscy, może nie każdy zna text:


Po francusku brzmi to mniej więcej tak:


Klasyczne obrazki z SF:


Tańczące Hawajki na tle Tonny`ego (albo Tonny na tle tańczących Hawajek):


Jeszcze coś dla naprawdę wytrwałych:

Von piotr um 06:09h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 12. sierpnia 2008
Czy już wspominałem, że South San Francisco jest przez większą część roku pogrążone w chmurze. Po prostu, znad oceanu podnosi się wielki, biały obłok, który otula szczelnie tę część miasta.
W efekcie co rano mży, w południe wieje, pod wieczór też wieje i zwykle nie widać słońca.
Za to prawdopodobieństwo trafnej prognozy wynosi niemal 100% przez cały rok. Temperatura rzadko spada poniżej 18-19, rzadko też podnosi się powyżej 24.
Może to być nieco irytujące, gdy po kilku dniach spędzonych w mglistej chmurze wyjedzie się parę mil w którąkolwiek stronę i wszędzi śiweci piękne, kalifornijskie słońce. Wracamy z lunchu - z restauracji oddalonej o 20 min. drogi od naszej plebani i już z daleka widzimy, że cała seria pagórków, właśnie tam, gdzie mieszkamy pokryta jest delikatną watopodobną mgłą. Wygląda to malowniczo z daleka, ale może denerwować, gdy słońce przez kilka dni z rzędu nie może przebić się przez chmuropierzynkę.
Ostatniej nocy włączyło się ogrzewanie, a miejscowi z pewną dumą powtarzają do znudzenia cytat z Marka Twain`a: "Najzimniejszą zimą jaką widziałem było lato spędzone w San Francisco". Szukając tego cytatu w necie natknąłem się na informację, że nie można całkowicie potwierdzić jego autorstwa i że podobną rzecz powiedziano o Paryżu, ale wygląda mi to na tanią wymówkę.
Słusznie szukają usprawiedliwienia Sanfranciscowcy, bo gdy wielki erudyta o pogodzie w Nowym Jorku mówi: "Sometimes it makes me mad - sometimes it makes me fearfully mad - but as a general thing, I like it", to "The coldest winter I ever saw was the summer I spent in San Francisco" nie wygląda najlepiej. Chyba, że ktoś lubi chłody.
Ja nie.
A klimaty znad Oceanu i Zatoki można znaleźć poniżej.

Von piotr um 02:03h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

Aż dwa razy zwiedziłem Stanford University.
To wcale nie za dużo, jak na jeden z najlepszych uniwerków świata.
Jest środek wakacji, a tu wszystko tętni życiem...
Wiem, że moja fascynacja amerykańskim systemem szkolnictwa wyższego jest jak klapki na oczach, ale nie mogę (po raz kolejny) nie stwierdzić, że w tej dziedzinie jesteśmy 100 lat za przysłowiowymi przedstawicielami czarnej rasy.
Zresztą, nie tylko my...
Poszedłem sobie na przedstawienie przygotowane przez dzieci z naszej parafialnej szkoły.
Przez 3 tygodnie maluchy były na obozie, gdzie oprócz zwyczajnego rozrabiania zajmowały się zabawą w teatr.
To, co pokazały nie zrobiłoby może kariery na Broadway`u, ale spektakl był naprawdę profesjonalny. Dekoracje, kostiumy, muzyka, taniec. Koślawo troszkę, jak to dzieciaki, ale bardzo, bardzo fajnie zrobione.
Przypomniałem sobie trochę nasz wieczór zakończenia Grestu, pod koniec lipca. Każda grupa miała coś przedstawić.
Szczytem było ustawienie ich na scenie i zmuszenie do zaśpiewania piosenki z towarzyszeniem nagrania, przy czym oryginalny wykonawca był prawie jedynym, którego można było usłyszeć. Moich 6 psychopatów, to zresztą jedyna grupa występująca bez playbacku (uznana zgodnie za najgorszą, mimo moich protestów i tłumaczenia, że z podkładem, to nie sztuka śpiewać).
Ale wróćmy do amerykańskich dzieciaków. Kiedy po gromkich brawach zachwyconych rodziców i dziadków pani opiekunka zaczęła wymieniać osoby zaangażowane w projekt musiałem usiąść z wrażenia. Gdybym ja miał w Italii tylu ludzi - moje bachory nie tylko by śpiewały i tańczyły, ale do tego pewnie żonglowałyby pochodniami albo piłami elektrycznymi stojąc na piramidzie z 20 krzeseł lub jeżdżąc na zaprzężonej w 4 harley`e atrapie karety Cara Mikołaja.
Zagalopowałem się troszkę?
Wracamy do sedna. Bardzo podobało mi się, że oprócz kilku studentów pedagogiki odbywających staż lub po prostu chcących nabrać doświadczenia w pracy z dziećmi do dyspozycji byli opłaceni (wynajęci przez szkołę) ludzie od rytmiki, tańca, śpiewu i paru rodziców. W katolickich szkołach rodzice zazwyczaj mają obowiązek odpracowania na rzecz szkoły od 6 godzin miesięcznie wzwyż. Mogą sobie wybrać sami, bo szkoła ma przygotowane plany, tabelki, propozycje, możliwości. Najczęściej angażują się tam, gdzie jest ich dziecko: w drużynie sportowej, zespole muzycznym, orkiestrze, grupie cheerleaderek, kółku naukowym, plastycznym, czy dyskusyjnym. Mogą pomagać szyć mundury dla werblistów, robić kanapki dla grupy krajoznawczej wybierającej się nad zatokę, sprzątać boisko po próbie wystrzelenia rakiety przez klub młodego fizyka, czy po prostu opiekować się dzieciakami podczas takiego obozu, jaki właśnie się skończył spektaklem przeze mnie oglądanym.
Trochę z zazdrością spoglądałem na brykające po scenie bachory i myślałem o tym, ile energii włożyliśmy w spędzenie z naszą ponad setką szkodników czterech tygodni.
Pewnie, że nie mieliśmy takich środków finansowych, ani zasobów ludzkich, ale czyja to wina?
Społeczeństwo obywatelskie, to takie, w którym ludziom zależy i się chce. Nie tylko garstce, ale prawie wszystkim.
Kto miał doświadczenie amerykańskiej szkoły, ten wie o czym mówię, powtarzając jak mantrę zdanie o "murzynach i 100 latach". Może będziemy mieli w Polsce coraz więcej ludzi, którzy poobserwowali trochę i zobaczyli, że można inaczej, lepiej...
No i miało być o szkolnictwie wyższym, a skończyło się na katolickiej szkole podstawowej i domorosłej psychologii społecznej.
Nie chcę się powtarzać, ale znowu zrobiło się późno...

Von piotr um 12:32h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 9. sierpnia 2008
Biję kolejne rekordy.
Dzisiaj zaliczyłem DWA filipińskie przyjęcia jednego dnia.
Pierwsze było z okazji postawienia w ogródku kamiennych tablic z 10 Przykazaniami.
Piękny, duży dom, mnóstwo gości i oczywiście filipińskie jedzenie.
Kiri-kiri czy jak się to zwie, już rozpoznaję.
Były też rolki z mięsem w pikantno-słodkim sosie i koreańska zupa lekko zmodyfikowana w fiflipińskim stylu (shubi-shubi, czy coś podobnego).
Wieczorkiem podskoczyliśmy z Warlito do sąsiedniej parafii, gdzie nawet pani burmistrz jest Filipino.
Oglądaliśmy sobie retransmisję z otwarcia Olimpiady przygotowując z ekipą parafialną (diakon z żoną i córką, sekretarka, pan, pani i chłopak, który nas podrzucił) jakieś dwa tysiące kopert (naklej label z adresem, włóż dwa listy i kopertę zwrotną i zaklej) do wysłania.
Miła, rodzinna i Filipińska atmosfera. Dobrze, że nie było już jedzenia.
Na szczęście mój jutrzejszy pogrzeb Filipińczyka został przełożony na za tydzień, bo przecież jestem w San Francisco, nie w jakiejś Manili.
Znowu się kładę grubo po północy... Wrrrr...

Von piotr um 12:37h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 8. sierpnia 2008
Bratam się z Filipińczykami.
Wszystko przez wikarego, który jest Filipino.
Od początku jednak.
Parafia Św. Weroniki w Południowym San Francisco (można wygooglować) to nie Bronx.
Ale klimat amerykański zostaje.
Proboszcz - doktor literatury anglojęzycznej, rasa indyjska - wyjechał na miesiąc do kraju swoich przodków: tata kończy 80 lat i rodzinka zjeżdża się z całego świata.
Wikary potrzebował kogoś do pomocy na sierpień, so here I am.
Mamy tu dwie panie w biurze i panią gotująco-sprzątająco-piorącą (będzie o niej kiedyś może osobny wpis, bo jest Meksykanką i mamy mnóstwo zabawy, gdy komunikujemy się rozmawiając ona po hiszpańsku, ja po włosku).
Do tego jest emeryt Father Ted (też zasługuje na osobną notkę, chociaż nie wiem, czy się doczeka).
Father Warlito (bo takie imię nadali wikaremu rodzice) jest o 12 lat starszy ode mnie, ale wygląda na o 3 lata młodszego. Mówi, że azjatycka rasa tak ma, ale myslę, że chowa w swoim pokoju jakiś eliksir młodości. Może nawet sam go produkuje, chociaż bardziej prawdopodobne jest, że kupuje go od jakiejś 600-letniej znachorki z Filipin, albo innej południowoazjatyckiej szamanki.
Warlito zabrał mnie dzisiaj (już trzeci raz) na kolację do swoich ziomali.
Pierwszy razem było śniadanie - zaraz po moim przylocie. Miałem taki jetlag, że nie wiedziałem, jak się nazywam, czy jest dzień, czy noc i kto jest prezydentem USA (czy Polski - wszystko jedno).
Moje zdolności obronne i instynkt samozachowawczy były na tak niskim poziomie, że ku radości pani domu spróbowałem wszystkich potraw, włącznie z tradycyjną potrawką z wnętrzności szczura (żarcik), włącznie z tradycyjną polewką z krwi (powaga).
Było yami i w ogóle (niewiele pamiętam).
Drugie spotkanie z kuchnią filipińską to party u przemiłej rodzinki. Jedzonko niezłe - znowu mnóstwo tradycyjnych dań o niemożliwych do zapamiętania nazwach.
Kolejnym stałym punktem programu, jak mi wyjaśniono, jest Karaoke.
Zmuszony do zaśpiewania wybrałem nieśmiertelne Yesterday i było ok.
Warlito, który wydał nawet płytę, potrafi śpiewać. Był trochę zdziwiony, widząc moje 98 punktów, bo, jak twierdzi, biali księża nie potrafią śpiewać (jump, sing - jeden pies).
Jeszcze bardziej się zdziwił dziś wieczorem, bo Father Rick (któego pożegnalną imprezę zaszczyciliśmy naszą obecnością) i Father Andrew (zasługuje na notkę - wyświęcony na księdza w wieku 70 lat - wdowiec, ojciec 6 dzieci, dziadek 6 wnuków) śpiewali niczym Frank Sinatra i Tony Bennett (ja z moim Save the Last Dance próbowałem niczym Michael Buble podskoczyć starym mistrzom).
Father Rick zasługuje na notkę, bo jako przykładny protestancki student (urodzony w South Carolina) pojechał studiować Biblię w Ziemi Świętej, odnalazł swoją drogę w Kościele Katolickim (Rome, Sweet Home), wstąpił do seminarium dla Palestyńczyków, został księdzem i po 32 latach posługi w Palestynie wrócił do San Francisco, gdzie wykładał język arabski na uniwerku i pracował w parafii. teraz patriarcha wysyła go do LA i grupka ludzi zorganizowała przyjęcie na good bye.
Jedzenie znowu filipińskie, ale bardziej wyszukane. Wysoka jakość produktów oraz wyrafinowany sposób ich podania, jak również sam dobór potraw potwierdzały, co już samochód przywożącego nas pana i wygląd domu z zewnątrz zapowiadały: ci Filipino są już kolejnym pokoleniem emigrantów i odnieśli zwyczajny amerykański sukces - mają kupę kasy, mówią po angielsku bez śladu akcentu, skończyli dobre szkoły, a ich dzieci pójdą do jeszcze lepszych (droższych) szkół i będą zarabiać jeszcze więcej, więc zamieszkają w jeszcze lepszej dzielnicy, a na podjeździe będą stały jeszcze lepsze samochody. Z kolei dzieci ich dzieci... itd.
No dobra, mija północ, a ja mam jutro Mszę o 6.30.
Good Night, Europe.
U was wstaje dzień...

Von piotr um 12:00h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 6. sierpnia 2008
Jak mówi przysłowie: Nie wierz przysłowiom!
Nie zawsze jest słonecznie w Kaliforni.
South San Francisco słynie z tego, że przez cały rok tonie w chmurze fogu (foga?)
Walczę dzielnie z jetlagiem, ale jest wielki (9 godzin) i mocno mnie torturuje.
Mam ok. 1 mili do stacji metra, więc pewnie wkrótce wyruszę na podbój SF. Co oni tu mają do zwiedzania? Alcatraz, Golden Gate, Opera (przegapiłem Don Giovanni'ego) i pewnie jeszcze kilka rzeczy - zobaczy się.
Pacyfik ma swój urok - skały przy plaży zawsze są jakoś bardziej malownicze niż inne typy wybrzeża.
Cały czas mam wrażenie, że to wczesna jesień...

Von piotr um 07:42h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

?roda, 2. lipca 2008
Już jestem w Dolomitach.
Miałem pewne obawy jadąc tutaj, czy odnajdę pasję i "błysk" znowu w tych samych górach.
A gdy zajechałem i spojrzałem na porosniętą drzewami skałę wiszącą nad miasteczkiem, poczułem znowu, że jestem "na swoim miejscu".
"I crott", jak nazywają je miejscowi zrobiły się wieczorem różowe od zachodzącego słońca. Powietrze tak świeże, że aż bolą płuca od szoku tlenowego. Cisza, wąskie uliczki, znajomi ludzie...
Pewnie, że najpiękniej jest tutaj we wrześniu, kiedy winogorna i figi dojrzewają, ale lipiec też ma swoje uroki...
Połączyłem się z netem w biurze, więc czasem coś skrobnę...

Von piotr um 14:29h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment