... newer stories
czwartek, 11. grudnia 2008
piotr, 19:26h
Czas już chyba na jakiś dłuższy wpis...
wtorek, 9. grudnia 2008
Gorąca noc
piotr, 09:31h
Na zewnątrz wprawdzie 20-22 st., ale zima nieubłagalnie nadchodzi...
Noce są już całkiem chłodne.
Po raz pierwszy w tym roku, w naszym domu włączono ogrzewanie.
Noce są już całkiem chłodne.
Po raz pierwszy w tym roku, w naszym domu włączono ogrzewanie.
poniedzia?ek, 8. grudnia 2008
piotr, 00:38h
Ich hab' die Deutsche Sprache seit Jahren nicht mehr benutzt. Ale to jest trochę, jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina. Wystarczyła chwila treningu, moment na przypomnienie i słowa popłynęły. Nieco może koślawo jeszcze, ale wieczór ze studentami z Niemiec okazał się całkiem miły. Było oczywiście niemieckie piwo (Paulaner) i żarty na temat naszej nauki hebrajskiego.
Dla mnie najważniejsze było jednak, przełamanie długiego okresu nieużywania języka niemieckiego.
Poza tym, nie wspomnałem o wtorkowej konferencji na temat Levinasa i tego, co w jego nauczaniu pomaga nam, a co przeszkadza w międzyreligijnym dialogu.
Nie było też chyba ani słowa o sobotnim Lectio Divina u Braci Bose na Starym Mieście.
Boże, jakie ja prowadzę wyczerpujące "życie intelektualne"... :)
Dla mnie najważniejsze było jednak, przełamanie długiego okresu nieużywania języka niemieckiego.
Poza tym, nie wspomnałem o wtorkowej konferencji na temat Levinasa i tego, co w jego nauczaniu pomaga nam, a co przeszkadza w międzyreligijnym dialogu.
Nie było też chyba ani słowa o sobotnim Lectio Divina u Braci Bose na Starym Mieście.
Boże, jakie ja prowadzę wyczerpujące "życie intelektualne"... :)
czwartek, 4. grudnia 2008
Sobą być... czyli kim?
piotr, 23:36h
Jakimś trafem znalazem się w poniedziałek na sympozjum na temat "Kościół Katolicki w Polsce a Żydzi i Izrael".
Wśród wielu prelegentów najbardziej podobał mi się Rabbi Dr Alon Goshen-Gottstein. Ze śwetnym poczuciem humoru nawiązał do ciekawej teorii autodefiniowania własnej osoby. Na pierwszym poziomie, ja jestem mną, bo nie jestem tobą. Nie jestem też nim, ani nim. Definiuję siebie przez to, kim nie jestem. Drugi poziom to określenie siebie przez własne czyny: ja jestem mną, bo robię to, czy tamto. Wreszcie trzeci poziom to wielowarstwowa struktura mnie: jest tu miejsce dla ciebie, jego i jego. Ja jestem sobą, ale relacje sprawiają, że włączam w to, co mnie stanowi także kawałek ciebie, jego i jego.
W praktyce dialogu międzyreligijnego można pozostać na poziomie pierwszym: jestem Żydem, bo nie jestem gojem; jestem chrześcijaninem, bo nie jestem poganinem. Można wejść na poziom drugi: jestem Żydem, bo zachowuję Szabat, jem koszernie; jestem chrześcijaninem, bo wychwalam Jezusa, wyznaję, że jest moim Panem. Trzeci poziom jest "tylko dla orłów". Jak zostawić miejsce dla "innego" w sobie samym bez popadnięcia w indyferentyzm religijny i bez rozmycia własnej tożsamości? Jak być Żydem, czy Chrześcijaninem, który w swoich relacjach osobowych "oddaje" kawałek siebie i "dostaje" kawałek drugiego, a jednak nie jest przy tym mniej sobą?
Ten ostatni akapit to wprawdzie już nie Rabbi Goshem, lecz moje przemyślenia, ale może jest to materiał na jakąś medytację...
Wśród wielu prelegentów najbardziej podobał mi się Rabbi Dr Alon Goshen-Gottstein. Ze śwetnym poczuciem humoru nawiązał do ciekawej teorii autodefiniowania własnej osoby. Na pierwszym poziomie, ja jestem mną, bo nie jestem tobą. Nie jestem też nim, ani nim. Definiuję siebie przez to, kim nie jestem. Drugi poziom to określenie siebie przez własne czyny: ja jestem mną, bo robię to, czy tamto. Wreszcie trzeci poziom to wielowarstwowa struktura mnie: jest tu miejsce dla ciebie, jego i jego. Ja jestem sobą, ale relacje sprawiają, że włączam w to, co mnie stanowi także kawałek ciebie, jego i jego.
W praktyce dialogu międzyreligijnego można pozostać na poziomie pierwszym: jestem Żydem, bo nie jestem gojem; jestem chrześcijaninem, bo nie jestem poganinem. Można wejść na poziom drugi: jestem Żydem, bo zachowuję Szabat, jem koszernie; jestem chrześcijaninem, bo wychwalam Jezusa, wyznaję, że jest moim Panem. Trzeci poziom jest "tylko dla orłów". Jak zostawić miejsce dla "innego" w sobie samym bez popadnięcia w indyferentyzm religijny i bez rozmycia własnej tożsamości? Jak być Żydem, czy Chrześcijaninem, który w swoich relacjach osobowych "oddaje" kawałek siebie i "dostaje" kawałek drugiego, a jednak nie jest przy tym mniej sobą?
Ten ostatni akapit to wprawdzie już nie Rabbi Goshem, lecz moje przemyślenia, ale może jest to materiał na jakąś medytację...
czwartek, 4. grudnia 2008
piotr, 00:21h
Nie ma to jak wyjść z domu o 8.00 i wrócić o 22.30. Po co ja w ogóle płacę za mieszkanie? Ach, przecież śpię tu...
wtorek, 2. grudnia 2008
piotr, 22:58h
No dobrze. W Nablusie jest Źródło Jakuba - to samo, przy którym Jezus spotkał Samarytankę. Umieszczone w krypcie pod kościołem - robi wrażenie swoją głębokością. Niestety, za próbę zrobienia nielegalnego zdjęcia zostaliśmy "wykopani".
Inną atrakcją Sychem (Nablusu) jest Grób Józefa. Trudno go znaleźć, ale staraliśmy się ze wszystkich sił. Przełamaliśmy niechęć tubylców, zignorowaliśmy próbujące rzucać kamieniami dzieci i po prostu szliśmy przez miasto. Na drodze stanął nam uzbrojony patrol palestyński. Chłopaki nie mają chyba za dużo roboty w tym miejscu, o tej porze, bo nadzwyczaj chętnie "zajęli się" nami. Problemem była komunikacja: angielskim, rosyjskim, ani żadnym innym europejskim żołnierze nie władali. My nie mówimy po arabsku. Jeden z nich zapytał, czy ktoś zna hebrajski, na które to pytanie bez zastanowienia powiedziałem: "Ma ata szote baboker?" To zdanie, często powtarzane przez moją nauczycielkę, znaczy dokładnie: "Co pijesz rano?" Na szczęście, dowcip został zignorowany przez trzymających karabiny Palestyńczyków i łamaną Hebrajszczyzną Wojtka dogadaliśmy się w temacie kim i skąd jesteśmy, oraz co tu robimy.
Grób Józefa okazał się wysadzonym w powietrze budynkiem z jakimś nagrobkiem w środku. Według naszych uzbrojonych przewodników zrobiła to armia izraelska. W grobie nie ma też żadnego Józefa, bo ten jest w Egipcie. Jak okazało się już po powrocie, rzeczony grób znajduje się w pobliskim meczecie, do którego i tak by nas nie wpuszczono. Również nieco po niewczasie dowiedzieliśmy się, że w tym rejonie nieufnie traktuje się wszystkichwyglądających na osadników żydowskich. Trzeba zawiązać na szyi arafatkę, założyć koszulkę z palestyńską flagą, albo pozdrawiać wszystkich mijanych ludzi (najlepiej po arabsku, lub czymś w rodzaju "Free Palestine").
Ale to nie koniec wyprawy.
Na Górę Garizim można wjechać od strony checkpointu, ale żaden taksówkarz nie chciał nas zawieźć, ze względu na brak wymaganych izraelskich tablic rejestracyjnych. Te checkpointy utrudniają zresztą dostęp do niektóych miejsc. Do takiego Nablusu, na przykład, trzeba jechać dwoma autobusami, potem przejść na piechotę posterunek i znowu szukać busika - powrót też na trzy raty.
Wróciliśmy do Ramallah, gdzie po wspomnianej wcześniej wizycie w (nie zawaham się użyć tego słowa) Mauzoleum Arafata, postanowiliśmy coś zjeść.
Centrum Ramallah koncentruje się wokół niewielkiego ronda ze słynną Fontanną Lwów - symbolem tego miasta. Szybki "telefon do przyjaciela" i już wiemy, że mamy szukać resauracji zwanej Plaza. Ponieważ nikt z pytanych o drogę nigdy o takim lokalu nie słyszał, decydujemy się na snackbar "Libańskie Przekąski". Kelner nie mówi po angielsku, jemy plastikowymi widelcami, czekanie na zamówione danie okazuje się dość długie, a ceny wcale nie jakieś rewelacyjnie niskie i wiele tego typu mankamentów. Ale w końcu nie o luksus chodziło, a zmiażdżona pomiędzy gorącymi płytami połówka kurczaka smakuje całkiem nieźle, więc nie narzekam.
Tak to było w West Bank w sobotę.
I już podjąłem decyzję, żeby tam nie wracać, gdy w poniedziałek poznaliśmy dziewczynę z Polskiej Akcji Humanitarnej - placówka w Ramallah. Pewnie któregoś dnia zgadamy się na jakieś spotkanie. Zachodni Brzeg tak łatwo nie popuści - trzeba będzie odwiedzić tę niebezpieczną strefę raz jeszcze.
Z drugiej strony nie jest chyba tak niebezpiecznie, jeśli Nicola opowiadał, że jeździ tam trzy razy w roku do najtańszej na świecie łaźni tureckiej z masażem...
A poniedziałkowe spotkanie to efekt konferencji Kościół Katolicki w Polsce a Żydzi i Judaizm. Ale to już inna historia...
Inną atrakcją Sychem (Nablusu) jest Grób Józefa. Trudno go znaleźć, ale staraliśmy się ze wszystkich sił. Przełamaliśmy niechęć tubylców, zignorowaliśmy próbujące rzucać kamieniami dzieci i po prostu szliśmy przez miasto. Na drodze stanął nam uzbrojony patrol palestyński. Chłopaki nie mają chyba za dużo roboty w tym miejscu, o tej porze, bo nadzwyczaj chętnie "zajęli się" nami. Problemem była komunikacja: angielskim, rosyjskim, ani żadnym innym europejskim żołnierze nie władali. My nie mówimy po arabsku. Jeden z nich zapytał, czy ktoś zna hebrajski, na które to pytanie bez zastanowienia powiedziałem: "Ma ata szote baboker?" To zdanie, często powtarzane przez moją nauczycielkę, znaczy dokładnie: "Co pijesz rano?" Na szczęście, dowcip został zignorowany przez trzymających karabiny Palestyńczyków i łamaną Hebrajszczyzną Wojtka dogadaliśmy się w temacie kim i skąd jesteśmy, oraz co tu robimy.
Grób Józefa okazał się wysadzonym w powietrze budynkiem z jakimś nagrobkiem w środku. Według naszych uzbrojonych przewodników zrobiła to armia izraelska. W grobie nie ma też żadnego Józefa, bo ten jest w Egipcie. Jak okazało się już po powrocie, rzeczony grób znajduje się w pobliskim meczecie, do którego i tak by nas nie wpuszczono. Również nieco po niewczasie dowiedzieliśmy się, że w tym rejonie nieufnie traktuje się wszystkichwyglądających na osadników żydowskich. Trzeba zawiązać na szyi arafatkę, założyć koszulkę z palestyńską flagą, albo pozdrawiać wszystkich mijanych ludzi (najlepiej po arabsku, lub czymś w rodzaju "Free Palestine").
Ale to nie koniec wyprawy.
Na Górę Garizim można wjechać od strony checkpointu, ale żaden taksówkarz nie chciał nas zawieźć, ze względu na brak wymaganych izraelskich tablic rejestracyjnych. Te checkpointy utrudniają zresztą dostęp do niektóych miejsc. Do takiego Nablusu, na przykład, trzeba jechać dwoma autobusami, potem przejść na piechotę posterunek i znowu szukać busika - powrót też na trzy raty.
Wróciliśmy do Ramallah, gdzie po wspomnianej wcześniej wizycie w (nie zawaham się użyć tego słowa) Mauzoleum Arafata, postanowiliśmy coś zjeść.
Centrum Ramallah koncentruje się wokół niewielkiego ronda ze słynną Fontanną Lwów - symbolem tego miasta. Szybki "telefon do przyjaciela" i już wiemy, że mamy szukać resauracji zwanej Plaza. Ponieważ nikt z pytanych o drogę nigdy o takim lokalu nie słyszał, decydujemy się na snackbar "Libańskie Przekąski". Kelner nie mówi po angielsku, jemy plastikowymi widelcami, czekanie na zamówione danie okazuje się dość długie, a ceny wcale nie jakieś rewelacyjnie niskie i wiele tego typu mankamentów. Ale w końcu nie o luksus chodziło, a zmiażdżona pomiędzy gorącymi płytami połówka kurczaka smakuje całkiem nieźle, więc nie narzekam.
Tak to było w West Bank w sobotę.
I już podjąłem decyzję, żeby tam nie wracać, gdy w poniedziałek poznaliśmy dziewczynę z Polskiej Akcji Humanitarnej - placówka w Ramallah. Pewnie któregoś dnia zgadamy się na jakieś spotkanie. Zachodni Brzeg tak łatwo nie popuści - trzeba będzie odwiedzić tę niebezpieczną strefę raz jeszcze.
Z drugiej strony nie jest chyba tak niebezpiecznie, jeśli Nicola opowiadał, że jeździ tam trzy razy w roku do najtańszej na świecie łaźni tureckiej z masażem...
A poniedziałkowe spotkanie to efekt konferencji Kościół Katolicki w Polsce a Żydzi i Judaizm. Ale to już inna historia...
sobota, 29. listopada 2008
Sobotni wyjazd do West Bank
piotr, 23:29h
Wyprawa do Ramallah (grób Arafata) i do Nablus (starożytne Sychem) nauczyła mnie jednego: nie ma po co jeździć do Autonomii Palestyńskiej.
Nie jest to może narażanie życia (chociaż dzieci rzucały w nas kamieniami), ale w Izraelu jest tyle miejsc, wartych zobaczenia, że podróż do strefy, w której traci moc wszelkie ubezpieczenie zdrowia, życia i od nieszczęśliwych wypadków staje się po prostu nierozważne.
O szczegółach może jutro...
Pewnie któregoś dnia będę musiał się zmierzyć z problemem Jassira Arafata, przez jednych zwanego terrorystą, czy w łagodnej wersji "professional troublemaker", przez innych uważanego za męża stanu, czy wręcz za opatrznościowego wojownika.
Na razie zostawiam piosenkę:
Nie jest to może narażanie życia (chociaż dzieci rzucały w nas kamieniami), ale w Izraelu jest tyle miejsc, wartych zobaczenia, że podróż do strefy, w której traci moc wszelkie ubezpieczenie zdrowia, życia i od nieszczęśliwych wypadków staje się po prostu nierozważne.
O szczegółach może jutro...
Pewnie któregoś dnia będę musiał się zmierzyć z problemem Jassira Arafata, przez jednych zwanego terrorystą, czy w łagodnej wersji "professional troublemaker", przez innych uważanego za męża stanu, czy wręcz za opatrznościowego wojownika.
Na razie zostawiam piosenkę:
czwartek, 27. listopada 2008
piotr, 23:36h
Kiedy po porannym joggingu okazuje się, że nie ma ciepłej wody - chce się kląć na czym świat stoi.
Kiedy spotyka się ludzi i słucha ich historii - wszystko się zmienia.
Daniele od kilkunastu lat mieszka w "najnędzniejszym miejscu świata" - w Barakopolis pod Nairobi, gdzie 800 tys. ludzi żyje w barakach na wysypisku śmieci (w tym tygodniu ukaże się jego książka), Claudia od kilku lat pomaga ubogim dzieciom w Jordanii, nasz nowy superior spędził 5 lat w więzieniu w Wietnamie za to tylko, że był księdzem katolickim, Gary - 8 lat w Kenii, O. Kazimierz - misjonarz w Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Mówią o biedzie, jakiej nie można sobie nawet wyobrazić.
Ale bardziej niż słowami przemawiają tym, kim stali się dzięki temu, co robią.
Warto spędzać czas z takimi ludźmi i uczyć się podejścia do życia. "Cholera, znowu zimna woda!" brzmi wówczas zupenie niedorzecznie.
Kiedy spotyka się ludzi i słucha ich historii - wszystko się zmienia.
Daniele od kilkunastu lat mieszka w "najnędzniejszym miejscu świata" - w Barakopolis pod Nairobi, gdzie 800 tys. ludzi żyje w barakach na wysypisku śmieci (w tym tygodniu ukaże się jego książka), Claudia od kilku lat pomaga ubogim dzieciom w Jordanii, nasz nowy superior spędził 5 lat w więzieniu w Wietnamie za to tylko, że był księdzem katolickim, Gary - 8 lat w Kenii, O. Kazimierz - misjonarz w Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Mówią o biedzie, jakiej nie można sobie nawet wyobrazić.
Ale bardziej niż słowami przemawiają tym, kim stali się dzięki temu, co robią.
Warto spędzać czas z takimi ludźmi i uczyć się podejścia do życia. "Cholera, znowu zimna woda!" brzmi wówczas zupenie niedorzecznie.
?roda, 26. listopada 2008
Ulpan
piotr, 23:56h
Na hebrajskim pewne zdania wrzynają się w pamięć.
I to wcale nie te bardzo oczywiste, czy popularne, ani nawet te potrzebne w codzienności.
Tylko jakieś takie, których i tak nigdy się nie użyje.
Np.
Ma ata szote baboker?
I to wcale nie te bardzo oczywiste, czy popularne, ani nawet te potrzebne w codzienności.
Tylko jakieś takie, których i tak nigdy się nie użyje.
Np.
Ma ata szote baboker?
?roda, 26. listopada 2008
Znowu zdjęcie
piotr, 00:54h
wtorek, 25. listopada 2008
Brak wpisu
piotr, 01:38h
Nic dzisiaj nie będzie tylko pozdrowienia dla zmarzniętych LONDYŃCZYKÓW.
Jak jutro zaśpię, to przez Was.
Ale warto było.
Dzięki.
Jak jutro zaśpię, to przez Was.
Ale warto było.
Dzięki.
niedziela, 23. listopada 2008
And now for something completely different...
piotr, 13:08h
Pomysłowość ludzka nie zna granic.
Wystarczy odrobina wolnego czasu i to, co daje początek wszystkim wynalazkom czy odkryciom - ciekawość.
Co można zmikrofalować?
Oprócz słynnego już telefonu komórkowego praktycznie wszystko: 100 płyt cd, mydło Ivory, piłeczkę ping-pongową, butelkę szklaną, albo plastikową, długopis, ipoda, słodkie ptaszki w koszyczku, tuzin żarówek i pewnie milion innych rzeczy.
Najlepiej obejrzeć komplilację:
Polecam także świetną amatorską serię "Microwave This". Najnowszy epizod już piątego (!) sezonu to eksperyment nr 108 - kostka Rubika. Complete seasons 1-4 oraz wszystkie odcinki sezonu 5 można znaleźć TUTAJ. Gorąco (sic!) polecam.
Wystarczy odrobina wolnego czasu i to, co daje początek wszystkim wynalazkom czy odkryciom - ciekawość.
Co można zmikrofalować?
Oprócz słynnego już telefonu komórkowego praktycznie wszystko: 100 płyt cd, mydło Ivory, piłeczkę ping-pongową, butelkę szklaną, albo plastikową, długopis, ipoda, słodkie ptaszki w koszyczku, tuzin żarówek i pewnie milion innych rzeczy.
Najlepiej obejrzeć komplilację:
Polecam także świetną amatorską serię "Microwave This". Najnowszy epizod już piątego (!) sezonu to eksperyment nr 108 - kostka Rubika. Complete seasons 1-4 oraz wszystkie odcinki sezonu 5 można znaleźć TUTAJ. Gorąco (sic!) polecam.
pi?tek, 21. listopada 2008
Wczorajsza wyprawa
piotr, 18:45h
Zdjęcia?
Proszę bardzo.
To pustynia u początku wadi:

To wadi u swego końca:

To centralna część wadi:

A to przyklejony do skały Klasztor św. George`a:


P.S. Zdjęcia znalezione w sieci...
Proszę bardzo.
To pustynia u początku wadi:

To wadi u swego końca:

To centralna część wadi:

A to przyklejony do skały Klasztor św. George`a:


P.S. Zdjęcia znalezione w sieci...
czwartek, 20. listopada 2008
Pozdrowienia z Ziemi Uświęconej
piotr, 23:16h
Nie zaspałem. Wyprawa była udana. Wadi Kelt to jeden z piękniejszych wąwozów w Izraelu. Wędrówka jest niedługa, ale malownicza. W śrdoku pustynnego krajobrazu pojawia się strumień. Płynie w korytku, niczym starożytny akwedukt. Idzie się wciąż wzdłuż płynącej wody. W pewnym miejscu, przy uroczym wodospadzie trzeba zdecydować, czy iść szlakiem w wąwązie, czy jego prawym brzegiem. Pamiętałem sprzed trzech lat, że trasa w strumieniu była dość trudna (głazy, woda, etc.), więc ruszyliśmy prawym brzegiem. Gdy dotarliśmy do klasztoru św. Jerzego, prawosławny mnich nie pozwolił nam spędzić na modlitwie nawet kilku minut. "No prayer" krzyczał, a my posłusznie opuściliśmy kaplicę. Później wyjanił nam, że jak katolicy nie mamy prawa do modlitwy w tym świętym miejscu. Z moją niechęcią do instytucjonalizowania religii nie miałem problemu, czy zrobimy medytację w klasztorze, czy poza nim.
"Pewien człowiek schodził drogą z Jerozolimy do Jerycho..." Jezus opowiadając przypowieść mógł znać tę drogę. Mógł nią nawet przechodzić... Czy to ważne? Niekoniecznie. Tekst jest tak nasiąknięty treści, że wystarczy przyłożyć wargi i już można chłonąć Mądrość Odwieczną. "Co mam czynić, by odziedziczyć życie wieczne?" Dobre pytanie. Przymiotnik "wieczny" ma wartość ilościową. Jednak odpowiedź Jezusa zawarta w przypowieści może sugerować, że chodzi też o jakość. Niewykluczone, że w tym momencie włączam już swoje doświadczenie, ale życie wieczne nie zaczyna się po śmierci. Życie wieczne to życie żywe (w przeciwieństwie do życia martwego). "Idź i czyń podobnie", a zobaczysz, co to jest życie. Bo przemiana materii, wzrost, rozmnażanie się, oddychanie, poruszanie się i co tam jeszcze stanowi o biologii nie daje jeszcze życia żywego. Dopiero rozpoznanie, że bliźni to ten, kto potrzebuje - niezależnie od poglądów. Dopiero połączenie w jedno "świętej intuicji Boga" i "codziennnej obecności bliźniego".
Opowieści Kaludii o życiu wśród Beduinów pokazują jasno, co tracimy w naszej "bezpiecznej" Europie. "Jak można żyć w takich warunkach?" zapytałby niejeden z nas. "Przecież tu nie ma nawet internetu" (przesadziłem z ironią?).
I tutaj jednak wkrada się już bezduszna pogoń za brzękiem monet - przyniesiona przez turystów niczym zaraza. Ale wciąż jeszcze odkryć można, że najważniejsze rzeczy widać dopiero w prostocie. Przygniata nas koszmar kolorów, dźwięków i komplikacja pogoni za tym, co modne, popularne, "konieczne". Grzęźniemy coraz głębiej w swoich przyzwyczajeniach, upodobaniach, zwyczajach. Przestajemy zauważać, że "życie jest jak tramwaj - nadmiar bagażu utrudnia podróżowanie".
Prostota pustyni belitośnie deptanej naszymi stopami w markowych butach. O czym właściwie mówię? O materializmie, czy duchowej suszy, czy braku kontaktu z naturą? A może o miłości Boga i bliźniego?
Droga do Jerycho jest doświadczeniem zwyczajnej wędrówki. Po lewej stronie skała, po prawej - przepaść. Na horyzoncie majaczy oaza z ukrytym w niej miastem. Brzmi, jak codzienność życia. Tylko jak ją uświęcić?
Zamknąć oczy i przejść tą drogą. Zobaczyć poturbowanego człowieka. Dostrzec w nim światło. Ono jest dla każdego, kto chce je przyjąć - ogrzać się nim i oczyścić.
Z Jerycho bus i checkpoint (albo dwa) do Betanii. Skonstruowane przez ludzi mury, zasieki, kontrole mają chronić, a dzielą. Chaos pustyni zgwałcony przez normy społeczne. "Ja was tu nie chciałem. Nie w ten sposób."- mówi Bóg. Nikt nie słyszy. Przecież to pustynia...
Nie docieramy do domu Marty i Marii, ale w jakimś sensie Klasztor Elżbietanek na Starym Mieście, gdzie odprawiamy Mszę jest połązeniem służby potrzebującym i kontemplacji.
Nie możemy się rozstać (znowu). Różne narodowości, różna mentalność, ale duch ten sam (Święty?).
Kawa w Mamilla dodaje energii. Przypomina też, że dzień był zyskany. Tak wygląda krok w stronę życia wiecznego.
Ono ma się zaczynać każdego dnia...
"Znasz przykazania" mówił Jezus uczonemu w Piśmie.
To już dużo.
To jeszcze nic...
"Pewien człowiek schodził drogą z Jerozolimy do Jerycho..." Jezus opowiadając przypowieść mógł znać tę drogę. Mógł nią nawet przechodzić... Czy to ważne? Niekoniecznie. Tekst jest tak nasiąknięty treści, że wystarczy przyłożyć wargi i już można chłonąć Mądrość Odwieczną. "Co mam czynić, by odziedziczyć życie wieczne?" Dobre pytanie. Przymiotnik "wieczny" ma wartość ilościową. Jednak odpowiedź Jezusa zawarta w przypowieści może sugerować, że chodzi też o jakość. Niewykluczone, że w tym momencie włączam już swoje doświadczenie, ale życie wieczne nie zaczyna się po śmierci. Życie wieczne to życie żywe (w przeciwieństwie do życia martwego). "Idź i czyń podobnie", a zobaczysz, co to jest życie. Bo przemiana materii, wzrost, rozmnażanie się, oddychanie, poruszanie się i co tam jeszcze stanowi o biologii nie daje jeszcze życia żywego. Dopiero rozpoznanie, że bliźni to ten, kto potrzebuje - niezależnie od poglądów. Dopiero połączenie w jedno "świętej intuicji Boga" i "codziennnej obecności bliźniego".
Opowieści Kaludii o życiu wśród Beduinów pokazują jasno, co tracimy w naszej "bezpiecznej" Europie. "Jak można żyć w takich warunkach?" zapytałby niejeden z nas. "Przecież tu nie ma nawet internetu" (przesadziłem z ironią?).
I tutaj jednak wkrada się już bezduszna pogoń za brzękiem monet - przyniesiona przez turystów niczym zaraza. Ale wciąż jeszcze odkryć można, że najważniejsze rzeczy widać dopiero w prostocie. Przygniata nas koszmar kolorów, dźwięków i komplikacja pogoni za tym, co modne, popularne, "konieczne". Grzęźniemy coraz głębiej w swoich przyzwyczajeniach, upodobaniach, zwyczajach. Przestajemy zauważać, że "życie jest jak tramwaj - nadmiar bagażu utrudnia podróżowanie".
Prostota pustyni belitośnie deptanej naszymi stopami w markowych butach. O czym właściwie mówię? O materializmie, czy duchowej suszy, czy braku kontaktu z naturą? A może o miłości Boga i bliźniego?
Droga do Jerycho jest doświadczeniem zwyczajnej wędrówki. Po lewej stronie skała, po prawej - przepaść. Na horyzoncie majaczy oaza z ukrytym w niej miastem. Brzmi, jak codzienność życia. Tylko jak ją uświęcić?
Zamknąć oczy i przejść tą drogą. Zobaczyć poturbowanego człowieka. Dostrzec w nim światło. Ono jest dla każdego, kto chce je przyjąć - ogrzać się nim i oczyścić.
Z Jerycho bus i checkpoint (albo dwa) do Betanii. Skonstruowane przez ludzi mury, zasieki, kontrole mają chronić, a dzielą. Chaos pustyni zgwałcony przez normy społeczne. "Ja was tu nie chciałem. Nie w ten sposób."- mówi Bóg. Nikt nie słyszy. Przecież to pustynia...
Nie docieramy do domu Marty i Marii, ale w jakimś sensie Klasztor Elżbietanek na Starym Mieście, gdzie odprawiamy Mszę jest połązeniem służby potrzebującym i kontemplacji.
Nie możemy się rozstać (znowu). Różne narodowości, różna mentalność, ale duch ten sam (Święty?).
Kawa w Mamilla dodaje energii. Przypomina też, że dzień był zyskany. Tak wygląda krok w stronę życia wiecznego.
Ono ma się zaczynać każdego dnia...
"Znasz przykazania" mówił Jezus uczonemu w Piśmie.
To już dużo.
To jeszcze nic...
... older stories

