... newer stories
wtorek, 3. marca 2009
Wielki Post
piotr, 15:35h
"Jeden twierdzi,
że można jeść wszystko,
drugi, słaby,
jada tylko jarzyny.
Ten, kto jada
niech nie pogardza
tym, który nie jada,
a ten, który nie jada,
niech nie potępia
tego, który jada;
bo Bóg go łaskawie przygarnął.
Kim jesteś ty,
co się odważasz sądzić cudzego sługę?
(Jest) rzeczą jego Pana
to, czy on stoi,
czy upada,
Ostoi się zresztą,
bo jego Pan ma moc
utrzymać go na nogach.
Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami,
drugi zaś uważa wszystkie za równe:
niech się każdy trzyma swego przekonania!
Kto przestrzega pewnych dni,
przestrzega ich dla Pana,
a kto jada wszystko -
jada dla Pana.
Bogu przecież składa dzięki.
A kto nie jada wszystkiego -
nie jada ze względu na Pana,
i on również dzięki składa Bogu."
Rz 14, 2-6
De Alto Cedro voy para Marcané
Llego a Cueto, voy para Mayarí
że można jeść wszystko,
drugi, słaby,
jada tylko jarzyny.
Ten, kto jada
niech nie pogardza
tym, który nie jada,
a ten, który nie jada,
niech nie potępia
tego, który jada;
bo Bóg go łaskawie przygarnął.
Kim jesteś ty,
co się odważasz sądzić cudzego sługę?
(Jest) rzeczą jego Pana
to, czy on stoi,
czy upada,
Ostoi się zresztą,
bo jego Pan ma moc
utrzymać go na nogach.
Jeden czyni różnicę między poszczególnymi dniami,
drugi zaś uważa wszystkie za równe:
niech się każdy trzyma swego przekonania!
Kto przestrzega pewnych dni,
przestrzega ich dla Pana,
a kto jada wszystko -
jada dla Pana.
Bogu przecież składa dzięki.
A kto nie jada wszystkiego -
nie jada ze względu na Pana,
i on również dzięki składa Bogu."
Rz 14, 2-6
De Alto Cedro voy para Marcané
Llego a Cueto, voy para Mayarí
sobota, 28. lutego 2009
piotr, 23:00h
Zabierz pokusy - powiedział Abba Antoni - a nikt nie będzie zbawiony.
pi?tek, 27. lutego 2009
piotr, 22:49h
W grudniowym Midraszu przykłady tchines, czyli specjalnych, kobiecych modlitw.
Zamieszczam jedną - piękną modlitwę dla niezamężnych kobiet, poszukujących kandydata na męża:
"Niech będzie wolą Twoją Panie, Boże mój i moich Praojców, że w swoim ogromnym miłosierdziu i wielkiej łasce dasz mi właściwego kandydata na męża, w odpowiednim czasie. Oby był godny spłodzić mędrca bogobojnego i uczonego w Torze. Niech wywodzi się z rodu sprawiedliwych, prawych i bogobojnych. [...] I oby ten człowiek, którego dasz mi za towarzysza, był dobry i miły [...].
Oby nie było w nim żadnej skazy i defektu, niech nie będzie awanturnikiem i gderą, ale niech będzie pokorny i skromny, zdrowy i silny. Powstrzymaj okrucieństwo, szkody, złe myśli i intrygi, by nie zaszkodziły przeznaczonemu mi. [...]"
Zamieszczam jedną - piękną modlitwę dla niezamężnych kobiet, poszukujących kandydata na męża:
"Niech będzie wolą Twoją Panie, Boże mój i moich Praojców, że w swoim ogromnym miłosierdziu i wielkiej łasce dasz mi właściwego kandydata na męża, w odpowiednim czasie. Oby był godny spłodzić mędrca bogobojnego i uczonego w Torze. Niech wywodzi się z rodu sprawiedliwych, prawych i bogobojnych. [...] I oby ten człowiek, którego dasz mi za towarzysza, był dobry i miły [...].
Oby nie było w nim żadnej skazy i defektu, niech nie będzie awanturnikiem i gderą, ale niech będzie pokorny i skromny, zdrowy i silny. Powstrzymaj okrucieństwo, szkody, złe myśli i intrygi, by nie zaszkodziły przeznaczonemu mi. [...]"
czwartek, 26. lutego 2009
Popielec
piotr, 08:45h
Załapałem się na wyjazd zorganizowany przez Gregora. Gregora nazywają Gregor aus der Wüste. Zna każde wadi i każdy szlak w Izraelu. Miłość do pustyni wyprowadziła go z miasta również dziś wieczorem.
Msza Środy popielcowej rozpoczęła się od spalenia palmowych gałązek. Rozdane uprzednio miały symbolizować to, co chcielibyśmy spalić, co przynosimy Bogu, żeby Jemu samemu to zostawić. co potrzebuje oczyszczenia w Ogniu.
Ciemno, na horyzoncie widać światła Jerycho. Wiejący początkowo wiatr cichnie w okolicach kazania. Świece, pochodnie i niebo wyglądające, jakby wszystkie gwiazdy zjechały się, by zobaczyć z góry dziwną grupę modlących się ludzi.
"Bedenke, Mensch, daß du Staub bist und zum Staub zurückkehren wirst" - posypujemy głowy popiołem ze spalonych liści palmowych.
Na zakończenie kawałek chleba z oliwą i zatarem, chwila ciszy ze wzrokiem ukrytym w ciemności pustyni i wracamy do domu...
Nie chcę pisać o symbolach, gestach, znaczeniach, o poście, jałmużnie, modlitwie - o tym wszystkim dzisiaj na kazaniach było. A jak nie było, to będzie w niedzielę.
Chcę tylko podzielić się momentem zachwytu nad pięknem nocnej liturgii na skraju pustyni...
Msza Środy popielcowej rozpoczęła się od spalenia palmowych gałązek. Rozdane uprzednio miały symbolizować to, co chcielibyśmy spalić, co przynosimy Bogu, żeby Jemu samemu to zostawić. co potrzebuje oczyszczenia w Ogniu.
Ciemno, na horyzoncie widać światła Jerycho. Wiejący początkowo wiatr cichnie w okolicach kazania. Świece, pochodnie i niebo wyglądające, jakby wszystkie gwiazdy zjechały się, by zobaczyć z góry dziwną grupę modlących się ludzi.
"Bedenke, Mensch, daß du Staub bist und zum Staub zurückkehren wirst" - posypujemy głowy popiołem ze spalonych liści palmowych.
Na zakończenie kawałek chleba z oliwą i zatarem, chwila ciszy ze wzrokiem ukrytym w ciemności pustyni i wracamy do domu...
Nie chcę pisać o symbolach, gestach, znaczeniach, o poście, jałmużnie, modlitwie - o tym wszystkim dzisiaj na kazaniach było. A jak nie było, to będzie w niedzielę.
Chcę tylko podzielić się momentem zachwytu nad pięknem nocnej liturgii na skraju pustyni...
poniedzia?ek, 23. lutego 2009
Buttati!
piotr, 23:12h
Dzisiaj o przekraczaniu granic.
Trzeba je mieć, ale czasem wypada zobaczyć, czy nie ograniczają bardziej niż chronią. Można oddzielić się od wszystkiego w bezpiecznym, ciepłym świecie, ale można też gnić wewnątrz muru uprzedzeń, przyzwyczajeń, uporu.
Warto czasami zaryzykować - widok z drugiej strony jest spektakularny.
Nikt nie zgadnie, o czym mówię. W każdym przypadku o czymś innym - zależy, kto czyta...
Trzeba je mieć, ale czasem wypada zobaczyć, czy nie ograniczają bardziej niż chronią. Można oddzielić się od wszystkiego w bezpiecznym, ciepłym świecie, ale można też gnić wewnątrz muru uprzedzeń, przyzwyczajeń, uporu.
Warto czasami zaryzykować - widok z drugiej strony jest spektakularny.
Nikt nie zgadnie, o czym mówię. W każdym przypadku o czymś innym - zależy, kto czyta...
sobota, 21. lutego 2009
piotr, 22:13h
Wieczory, jak dzisiejszy mają jednak pewien urok.
Z jednej strony deszcz, a raczej kilkunastogodzinna ulewa z przerwami na gradobicie, grzmotami i wiatrem pokrzyżował skutecznie jutrzejsze plany wędrówek.
Z drugiej strony, tenże wspomniany wyżej deszcz sprawił, że nawet mowy nie było o jakimś "skrzyknięciu się" na wieczór. Szabat się skończył, bary, puby i kawiarnie wypełniają się studentami, ale zimno skutecznie wybija z głowy wszelkie pomysły wyjścia z domu.
Zostaje nauka, ale ileż można się uczyć.
No to może film?
Nie, no, znowu jakieś bzdety.
Więc można poczytać książkę, poodpisywać na maile, poukładać w stosy przedmioty na biurku, posłuchać radia...
Mogę też zrobić to, co potrafię najlepiej.
"Będę robić nic. Nic będę robić. A robić nic, to znaczy nic nie robić."
PS. Zdobyłem ostatnio wicemistrzostwo w "robieniu nic". I to na zagranicznym turnieju - w Republice Czeskiej...
Z jednej strony deszcz, a raczej kilkunastogodzinna ulewa z przerwami na gradobicie, grzmotami i wiatrem pokrzyżował skutecznie jutrzejsze plany wędrówek.
Z drugiej strony, tenże wspomniany wyżej deszcz sprawił, że nawet mowy nie było o jakimś "skrzyknięciu się" na wieczór. Szabat się skończył, bary, puby i kawiarnie wypełniają się studentami, ale zimno skutecznie wybija z głowy wszelkie pomysły wyjścia z domu.
Zostaje nauka, ale ileż można się uczyć.
No to może film?
Nie, no, znowu jakieś bzdety.
Więc można poczytać książkę, poodpisywać na maile, poukładać w stosy przedmioty na biurku, posłuchać radia...
Mogę też zrobić to, co potrafię najlepiej.
"Będę robić nic. Nic będę robić. A robić nic, to znaczy nic nie robić."
PS. Zdobyłem ostatnio wicemistrzostwo w "robieniu nic". I to na zagranicznym turnieju - w Republice Czeskiej...
pi?tek, 20. lutego 2009
piotr, 23:21h
Jest taki pogląd, że zakonnicy to twardziele, którzy umieją zrobić kiełbasę z dzika, rozpalić ognisko na pustyni, naprawić skrzynię biegów Jeepa, czy prowadzić kombajn.
A diecezjalni?
Ksiądz i niewiasta - z jednego ciasta...
Otóz chciałem stanowczo zaporotestować.
Umiem otworzyć piwo nożem...
A diecezjalni?
Ksiądz i niewiasta - z jednego ciasta...
Otóz chciałem stanowczo zaporotestować.
Umiem otworzyć piwo nożem...
czwartek, 19. lutego 2009
Jeszcze raz Makhtesh Ramon
piotr, 11:52h
Proszę poklikać TUTAJ. Padre Eugenio (admin strony) ucieszy się z liczby gości, a i klka zdjęć z grudniowego wypadu do krateru można zobaczyć. O artykule ze szczegółami opisującym tenże wypad nie wspominając...
wtorek, 17. lutego 2009
piotr, 22:28h
"Jeśli dzienna porcja żywieniowa robotnika wynosi 10/11 gu-bara jęczmienia, to ile gu-barów potrzeba dla 260000 robotników"? Najstarsze, znalezione zadanie matematyczne (z Ebla) przypomniało mi się przy okazji dzisiejszych, pełnych liczb czytań .
Patrzenie na świat matematycznie pomaga zobaczyć jego piękno, ale nie wystarczy, żeby widzieć wszystko.
Niektóre momenty Historii Zbawienia wymykają się matematyce.
Bóg obecny w kawałku chleba i łyku wina jest całkowicie niepoliczalny.
A jednak wiara nie jest ani wrogiem, ani przeciwieństwem nauki.
Potrzeba dwóch skrzydeł, żeby latać...
Patrzenie na świat matematycznie pomaga zobaczyć jego piękno, ale nie wystarczy, żeby widzieć wszystko.
Niektóre momenty Historii Zbawienia wymykają się matematyce.
Bóg obecny w kawałku chleba i łyku wina jest całkowicie niepoliczalny.
A jednak wiara nie jest ani wrogiem, ani przeciwieństwem nauki.
Potrzeba dwóch skrzydeł, żeby latać...
wtorek, 17. lutego 2009
piotr, 00:33h
O Mieczysławie Sędzimirze też myślano, że zaginął w nurtach Coroico (kto chce, sprawdzi).
Tak i do mnie kilka zaniepokojonych maili przyszło. Ucieszyłem się - ktoś się matrwi, dlaczego nie mam czasu. Skoro o słodkich, pachnących zupą czosnkową, tatarem, żeberkami w miodzie, pieczenią z dzika i Urquellem wakacjach w Czeskiej Republice już zapomniałem, to jakim cudem wpisu nie ma?
Jakiś wyjałowiony jestem.
Ferii w Czechach po prostu opisać się nie da, więc nawet nie będę próbować.
Wspomnę tylko jedno piękne słowo "Veget".
A piosenką tego wyjazdu (obok katowanej w aucie "Austerii" J. Steczkowskiej) zostaje dla mnie "Będę robić nic".
P.S. Anna Netrebko (po krótkiej nieobecności) wraca na mój prywatny, żeński tron - dzięki za DVD.
Tak i do mnie kilka zaniepokojonych maili przyszło. Ucieszyłem się - ktoś się matrwi, dlaczego nie mam czasu. Skoro o słodkich, pachnących zupą czosnkową, tatarem, żeberkami w miodzie, pieczenią z dzika i Urquellem wakacjach w Czeskiej Republice już zapomniałem, to jakim cudem wpisu nie ma?
Jakiś wyjałowiony jestem.
Ferii w Czechach po prostu opisać się nie da, więc nawet nie będę próbować.
Wspomnę tylko jedno piękne słowo "Veget".
A piosenką tego wyjazdu (obok katowanej w aucie "Austerii" J. Steczkowskiej) zostaje dla mnie "Będę robić nic".
P.S. Anna Netrebko (po krótkiej nieobecności) wraca na mój prywatny, żeński tron - dzięki za DVD.
wtorek, 3. lutego 2009
piotr, 15:42h
Royal Academy of Arts zrobiła wystawę "Bizancjum".
Przyszedł list z Londynu, który traktuję bardzo poważnie.
Jest jakiś pierwiastek opatrznościowy w tej intuicji "przyjaciół zza kilku mórz".
"Perfect timing" to nie przypadek (przynajmniej ja w to wierzę).
Ale do rzeczy.
Otóż reprodukcja ikony autorstwa św. Jana Klimakosa (jednej z tych do obejrzenia w RAA), która towarzyszy mi od dziś w bibliotece (obok pocztówki ze Studni Jakubowej) przedstawia drabinę i idących w kierunku Nieba mężczyzn (duchownych?).
Część z nich spada, ściągnięta przez małe, czarne diabełki.
"... aby żaden nie usiadł ci z młoteczkiem na ramionach" piszą Londyńczycy.
Taaaak.
Moja "drabina" to godziny w bibliotece. Czasem przychodzi moment, że czuję, jakbym spadał - nie chce mi się uczyć.
Ale zawsze potem cierpliwie wracam i mozolnie gramolę się do góry.
Byle ciągle w dobrym kierunku.
Powoli, ale nieustannie.
Myślami jestem już w Republice Czeskiej ("Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć").
A w słuchawkach miałcząco Cocorosie. Okazało się, że nie tylko przy RMFClassic można się uczyć...
Przyszedł list z Londynu, który traktuję bardzo poważnie.
Jest jakiś pierwiastek opatrznościowy w tej intuicji "przyjaciół zza kilku mórz".
"Perfect timing" to nie przypadek (przynajmniej ja w to wierzę).
Ale do rzeczy.
Otóż reprodukcja ikony autorstwa św. Jana Klimakosa (jednej z tych do obejrzenia w RAA), która towarzyszy mi od dziś w bibliotece (obok pocztówki ze Studni Jakubowej) przedstawia drabinę i idących w kierunku Nieba mężczyzn (duchownych?).
Część z nich spada, ściągnięta przez małe, czarne diabełki.
"... aby żaden nie usiadł ci z młoteczkiem na ramionach" piszą Londyńczycy.
Taaaak.
Moja "drabina" to godziny w bibliotece. Czasem przychodzi moment, że czuję, jakbym spadał - nie chce mi się uczyć.
Ale zawsze potem cierpliwie wracam i mozolnie gramolę się do góry.
Byle ciągle w dobrym kierunku.
Powoli, ale nieustannie.
Myślami jestem już w Republice Czeskiej ("Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć").
A w słuchawkach miałcząco Cocorosie. Okazało się, że nie tylko przy RMFClassic można się uczyć...
sobota, 31. stycznia 2009
piotr, 18:33h
Miałem zamiar napisać o obejrzanym dzisiaj filmie "Chłopiec w piżamce w paski", ale jest on zbyt piękny i poważny, żeby znaleźć się w bezpośrednim sąsiedztwie Zohana.
Będzie więc o ekumenicznym dniu w Jerycho.
Zaprosili nas (mnie i Giuseppe) dwaj studenci z Rumunii - Ilie i Vasile. Jakiś czas temu wspomniałem im, że chciałbym zobaczyć (i usłyszeć) ich liturgię. Nagle przyszła informacja, że jedziemy z nimi i prawosławnym ojcem do wspólnoty sióstr w Jerycho.
OK. Wynajęta malutka Mazda, świt blady (7 rano), zjazd 1000 i trochę metrów w dół i jesteśmy.
Liturgia Cerkwii Rumuńskiej jest piękna. Mieliśmy wydrukowane 40 stron z tekstem i włoskim tłumaczeniem, siedzieliśmy z naszymi kolegami, którzy tworzyli dwuosobowy chór i - co najważniejsze - nie było ikonostasu, więc wszystko było widać, jak na dłoni.
Po liturgii (mniej więcej dwugodzinnej) zostaliśmy zaproszeni na śniadanie. Obejrzeliśmy dom sióstr, gdzie po zakończeniu budowy zmieści się setka pielgrzymów i wraz z Ojcem Serafimem (to nie literówka) i Matką Makriną zasiedliśmy do stołu. Dla Giuseppe był to praktycznie obiad. Z typowo włoskim zdziwieniem zastanawiał się, jak można jeść na śniadanie coś więcej niż ciasteczko i kawę. Tymczasem ja czułem się bardzo domowo. Jajka, wędliny, sery, pomidory, etc. - po prostu typical romanian breakfast, który trochę zbliża się do naszego, polskiego.
Po jedzeniu ruszyliśmy na zwiedzanie. Ciekawe, że każdy prąd tradycji chrześcijańskiej podkreśla odmienne miejsca w Ziemi Świętej. Z prawosławnym popem dotarliśmy do klasztoru Koptów, gdzie mieści się grób Zacheusza, następnie zaglądnęliśmy na dziedziniec greków, gdzie przycupnął pień sykomory (mającej wg naukowców ponad 2000 lat), wreszcie wjechaliśmy kolejką linową do klasztoru na Górze Kuszenia, co akurat robią też katolicy i protestanci.
Siostra (zwana z rumuńska "Majką", co oznacza bodajże "matkę przełożoną") jest dość znaną postacią w okolicy. Momentalnie dostała gratis bilety na kolejkę, zniżkę na napoje, a gdy kupowaliśmy daktyle, miły pan (z mafii sprzedawców) przyniósł każdemu z nas wielki kubek świeżowyciśniętego soku z owoców (cytrusowych chyba). Gdziekolwiek się pojawialiśmy, wszędzie trafiali się jacyś znajomi majki, pozdrawiali, grzecznie pytali, jak leci, itd.
Czas na lunch. Znowu bardziej moje klimaty niż Giuseppe. Zupa środkowoeuropejska niczym się nie różni od tych, jakie jemy w naszym polskim kraju. Na drugie za to coś włoskiego - polenta. Do tego sery (mniam) - owczy i kozi - i warzywa. Coś na trawienie (palinka chyba) i mocna kawa.
Jedziemy na lody. Ze względu na sposób prowadzenia samochodu, Siostra dostaje przydomek Schumajka. Ojciec Serafim (wyjaśnię w końcu, że imię jego jest takie ze względu na końcówkę hebrajskiej liczby mnogiej "im", a nie jest żadną błędnformą polskiego "Serafina" - zresztą akcent pada na ostatnią sylabę) zapomniał już, że w kolejce linowej (Rekord Guinessa - najdłuższa kolejka linowa położona w depresji) krzyczał ze strachu i rozbawia nas dowcipami mnicha z brodą - to znaczy - i on i jego żarty ją mają. Jest fantastycznie - nawet korek na wjeździe do Jerozolimy nie za duży.
A że Giuseppe opisał wszystko w sposób bardziej oficjalny (i zapewne skoncentrował się bardziej na wymiarze ekumenicznym, a nie gastronomiczno-rozrywkowym), więc zamieszczam poniżej jego wersję wydarzeń.
Jest po włosku, ale dzisiejsze narzędzia sieciowe pozwalają na tłumaczenia wszystkiego, z wszystkiego, na wszystko (poczytałem sobie kiedyś swoje wpisy w czeskiej wersji językowej, zaśmiewając się do łez).
text giuseppe (doc, 34 KB) <---- TUTAJ jest plik z textem autorstwa Giuseppe.
Będzie więc o ekumenicznym dniu w Jerycho.
Zaprosili nas (mnie i Giuseppe) dwaj studenci z Rumunii - Ilie i Vasile. Jakiś czas temu wspomniałem im, że chciałbym zobaczyć (i usłyszeć) ich liturgię. Nagle przyszła informacja, że jedziemy z nimi i prawosławnym ojcem do wspólnoty sióstr w Jerycho.
OK. Wynajęta malutka Mazda, świt blady (7 rano), zjazd 1000 i trochę metrów w dół i jesteśmy.
Liturgia Cerkwii Rumuńskiej jest piękna. Mieliśmy wydrukowane 40 stron z tekstem i włoskim tłumaczeniem, siedzieliśmy z naszymi kolegami, którzy tworzyli dwuosobowy chór i - co najważniejsze - nie było ikonostasu, więc wszystko było widać, jak na dłoni.
Po liturgii (mniej więcej dwugodzinnej) zostaliśmy zaproszeni na śniadanie. Obejrzeliśmy dom sióstr, gdzie po zakończeniu budowy zmieści się setka pielgrzymów i wraz z Ojcem Serafimem (to nie literówka) i Matką Makriną zasiedliśmy do stołu. Dla Giuseppe był to praktycznie obiad. Z typowo włoskim zdziwieniem zastanawiał się, jak można jeść na śniadanie coś więcej niż ciasteczko i kawę. Tymczasem ja czułem się bardzo domowo. Jajka, wędliny, sery, pomidory, etc. - po prostu typical romanian breakfast, który trochę zbliża się do naszego, polskiego.
Po jedzeniu ruszyliśmy na zwiedzanie. Ciekawe, że każdy prąd tradycji chrześcijańskiej podkreśla odmienne miejsca w Ziemi Świętej. Z prawosławnym popem dotarliśmy do klasztoru Koptów, gdzie mieści się grób Zacheusza, następnie zaglądnęliśmy na dziedziniec greków, gdzie przycupnął pień sykomory (mającej wg naukowców ponad 2000 lat), wreszcie wjechaliśmy kolejką linową do klasztoru na Górze Kuszenia, co akurat robią też katolicy i protestanci.
Siostra (zwana z rumuńska "Majką", co oznacza bodajże "matkę przełożoną") jest dość znaną postacią w okolicy. Momentalnie dostała gratis bilety na kolejkę, zniżkę na napoje, a gdy kupowaliśmy daktyle, miły pan (z mafii sprzedawców) przyniósł każdemu z nas wielki kubek świeżowyciśniętego soku z owoców (cytrusowych chyba). Gdziekolwiek się pojawialiśmy, wszędzie trafiali się jacyś znajomi majki, pozdrawiali, grzecznie pytali, jak leci, itd.
Czas na lunch. Znowu bardziej moje klimaty niż Giuseppe. Zupa środkowoeuropejska niczym się nie różni od tych, jakie jemy w naszym polskim kraju. Na drugie za to coś włoskiego - polenta. Do tego sery (mniam) - owczy i kozi - i warzywa. Coś na trawienie (palinka chyba) i mocna kawa.
Jedziemy na lody. Ze względu na sposób prowadzenia samochodu, Siostra dostaje przydomek Schumajka. Ojciec Serafim (wyjaśnię w końcu, że imię jego jest takie ze względu na końcówkę hebrajskiej liczby mnogiej "im", a nie jest żadną błędnformą polskiego "Serafina" - zresztą akcent pada na ostatnią sylabę) zapomniał już, że w kolejce linowej (Rekord Guinessa - najdłuższa kolejka linowa położona w depresji) krzyczał ze strachu i rozbawia nas dowcipami mnicha z brodą - to znaczy - i on i jego żarty ją mają. Jest fantastycznie - nawet korek na wjeździe do Jerozolimy nie za duży.
A że Giuseppe opisał wszystko w sposób bardziej oficjalny (i zapewne skoncentrował się bardziej na wymiarze ekumenicznym, a nie gastronomiczno-rozrywkowym), więc zamieszczam poniżej jego wersję wydarzeń.
Jest po włosku, ale dzisiejsze narzędzia sieciowe pozwalają na tłumaczenia wszystkiego, z wszystkiego, na wszystko (poczytałem sobie kiedyś swoje wpisy w czeskiej wersji językowej, zaśmiewając się do łez).
text giuseppe (doc, 34 KB) <---- TUTAJ jest plik z textem autorstwa Giuseppe.
poniedzia?ek, 26. stycznia 2009
piotr, 00:01h
No dobrze, ten film jest głupi, prosty i płaski.
Ale śmieszny!
Akcent Izraelczyków i Palestyńczyków, zdrowy dystans do konfliktu prezentowany przez tych, którzy mieszkają za Oceanem, absurd, tak duży, że czasem aż nie-do-wytrzymania, Mariah Carey i John McEnroe grający siebie samych i jeszcze raz AKCENT, akcent, akcent!
Dlaczego wspominam Zohana właśnie dzisiaj?
Bo jedząc wieczorem hummus, przymniałem sobie scenę z gaszeniem pożaru tą właśnie półpłynną papką.
I wyszło szydło z worka! Przy obiedzie dyskusje na temat największych arcydzieł kina niemego, powrotu wątków egzystencjalnych do filmu skandynawskiego i antycypacji społeczeństwa ponowoczesnego w twórczości Kurosawy, a wieczorem: "My Name Is Earl", "Jak Poznałem Waszą Matkę" i bzdety typu "You Don't Mess With The Zohan".
W temacie jedzenia w Izraelu, jeszcze się wypowiem kiedyś, a tymczasem zerknijmy na trailer tych bzdur o Zohanie:
Ale śmieszny!
Akcent Izraelczyków i Palestyńczyków, zdrowy dystans do konfliktu prezentowany przez tych, którzy mieszkają za Oceanem, absurd, tak duży, że czasem aż nie-do-wytrzymania, Mariah Carey i John McEnroe grający siebie samych i jeszcze raz AKCENT, akcent, akcent!
Dlaczego wspominam Zohana właśnie dzisiaj?
Bo jedząc wieczorem hummus, przymniałem sobie scenę z gaszeniem pożaru tą właśnie półpłynną papką.
I wyszło szydło z worka! Przy obiedzie dyskusje na temat największych arcydzieł kina niemego, powrotu wątków egzystencjalnych do filmu skandynawskiego i antycypacji społeczeństwa ponowoczesnego w twórczości Kurosawy, a wieczorem: "My Name Is Earl", "Jak Poznałem Waszą Matkę" i bzdety typu "You Don't Mess With The Zohan".
W temacie jedzenia w Izraelu, jeszcze się wypowiem kiedyś, a tymczasem zerknijmy na trailer tych bzdur o Zohanie:
czwartek, 22. stycznia 2009
piotr, 00:29h
Kupiłem sobie Parasol Roku, chciałem go wypróbować, a tu, jak na złość nie pada...
Nawet Japończycy są zachwyceni:
Nawet Japończycy są zachwyceni:
... older stories

