niedziela, 31. maja 2009
Veni Sancte Spiritus!

Von piotr um 08:43h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 30. maja 2009
"...nad życie".
Po martwym maju czas na czerwiec...
Cytacik na dobry początek:
"Kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia."

"Uparcie i skrycie..."

Dobrego czuwania przed Zesłaniem...

Von piotr um 10:14h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 7. maja 2009
Wiedza to siła
Polecam:

Von piotr um 10:05h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 29. kwietnia 2009
Prawie zapomniałem, że z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca, dzisiaj w RMF Classic, przez cały dzień miała wybrzmiewać taneczna muzyka Mozarta.
Miała, bo wygląda na to, że trzeba czekać na p. Polus o 18.00.
W każdym razie, miłego szurania po parkietach...

Von piotr um 16:05h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 27. kwietnia 2009
Z Aradu do Masady
Po dwudziestukilku kilometrach przez pustynię, cytat z Siostry Miriam wydaje się być jak najbardziej na miejscu:
"(...)duże zmęczenie fizyczne wywołuje często uczucie intensywnej pobożności, wycisza nasze serce i umysł. Wyczerpanie (...) daje jakąś ufną śmiałość naszemu sercu, pokój, poczucie, że wszystko jest w porządku, że jest dobrze. Czyni nas gotowymi na przyjęcie Boga, bardziej otwartymi. Człowiek bardzo zmęczony nie fantazjuje, nie komplikuje spraw, oddaje się Bogu w swoim zmęczeniu i jeżeli chce, może się modlić całym sobą, każdą swoją kością."
Oczywiście, dotyczy to praktykujących jakieś życie wewnętrzne...

Von piotr um 09:53h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 21. kwietnia 2009
Wróciłem.
Pani z kontroli paszportowej zapytała, czy bardziej podoba mi się "tam", czy w Izraelu. Było wpół do drugiej w nocy, stałem w kolejce ok. 45 min., po czterogodzinnym locie i z perspektywą dotarcia na trzecią do domu, żeby o wpół do siódmej stanąć do Mszy. Z obojętną miną powiedziałem, że "nie sądzę, abym musiał udzielać odpowiedzi na pytania osobiste, szczególnie wobec i tak powoli przesuwającej się ogromnej kolejki osób oczekujących na odprawę". Było to ryzykowne kwestionowanie sposobu wykonywania obowiązków przez urzędnika państwowego, ale pani dostrzegła w moich oczach skondensowany ładunek zmęczenia i nerwu oraz chęć możliwie najszybszego znalezienia się daleko od niej i głośno pociągając nosem przybiła w moim paszporcie odpowiedni stempel. "Welcome to Israel" - zabrzmiało śpiewnie, lekko i poetycko niczym "Eine kleine" Mozarta.
"Welcome back" - poprawiłem ją w myślach.
Mógłbym przysiąc, że opuszczając terminal słyszałem dźwięki "In a Little While". Nawet bez słuchawek na uszach...

Von piotr um 14:55h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 31. marca 2009
Jeszcze jedna refleksja z ostatniej wycieczki...

Na szlaku można patrzeć uważnie pod nogi - kontrolując każdy ruch, wiedzieć po czym się stąpa. Niestety, za pewny krok płaci się zaniedbywaniem pejzażu. Widoki wokół zmieniają się tak szybko, że kto nie podnosi głowy, może ich nie zauważyć.
Z drugiej strony samo rozglądanie się na panoramy, scenerie i krajobrazy stwarza niebezpieczeństwo upadku. Piękno potrafi być groźne - zachwyca, by odwrócić uwagę od ścieżki i leżących na niej kamieni.
Trzeba znaleźć doskonały balans między tym, co pod nogami a tym, co na horyzoncie.
Zupełnie, jak w życiu...

Von piotr um 19:48h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

Ależ się zaniedbałem wpisowo. Nahal Mishmar w zeszłą niedzielę miał jedną wadę - sobotni dojazd. Jazda autostopem jest fajna do momentu, gdy zapada zmrok, a ty jesteś 25 km od miejsca przeznaczenia. Pierwsze 15 przeszedłem, następne 10 podjechałem i znowu były namioty, ognisko, milion gwiazd i poranna kawa dostarczona przez A.
A potem to już sama poezja - kilka godzin w Mishmar i jeszcze mały "wyskok" do Masady, tym razem inną trasą - trochę ekstremalnie, ale z całej czwórki, która wybrała "dożynki" zamiast ciepłych źródeł, kawy i lodów - nikt nie żałował.
Myślę o świątecznym wyjeździe do Polski powoli...

Von piotr um 09:48h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 27. marca 2009
Muszę chociaż jakieś zdjęcie z Nahal Zeelim zamieścić.
To może miejsce, z którego zaczęliśmy wędrówkę - klif z Doliną Akacji w dole (ledwie widoczną na tym zdjęciu) i oczywiście słynny namiot typu WC3333, o który wszyscy pytają.

Von piotr um 19:21h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 24. marca 2009
Zainteresowanych informuję, że zdjęcia z poprzedniego postu są autentycznie zrobione podczas wyprawy do Hyrkanii.
Ale dodaję również, że owa wyprawa to już przeszłość, bo w miniony weekend na widelec poszedł Nahal Zeelim - najpiękniejszy i najbardziej różnorodny szlak, jaki dotąd widziałem w Izraelu.
PS. Wypróbowałem namiot i sprawdził się znakomicie.

Von piotr um 16:44h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 20. marca 2009
I'm Mad About You

Słuchanie Stinga jest ostatnio bardzo lame, więc chyłkiem przemycam jeden kawałek. Właściwie zawsze myślałem (całkiem słusznie pewnie), że to piosenka miłosna.
Ostatnio skłaniam się ku bardziej teologicznej interpretacji. Proponuję najpierw posłuchać. Lubię tę wersję, gdzie Sting po włosku, ze śmiesznym akcentem wyśpieuje: „Io muoio per te”.


Dla równowagi wersja studyjna:


Jeszcze tekst:

Mad About You

A stone's throw from Jerusalem
I walked a lonely mile in the moonlight
And though a million stars were shining
My heart was lost on a distant planet
That whirls around the April moon
Whirling in an arc of sadness
I'm lost without you, I'm lost without you
Though all my kingdoms turn to sand and fall into the sea
I'm mad about you, I'm mad about you
And from the dark secluded valleys
I heard the ancient songs of sadness
But every step I thought of you
Every footstep only you
Every star a grain of sand
The leavings of a dried up ocean
Tell me, how much longer,
How much longer?

They say a city in the desert lies
The vanity of an ancient king
But the city lies in broken pieces
Where the wind howls and the vultures sing
These are the works of man
This is the sum of our ambition
It would make a prison of my life
If you became another's wife
With every prison blown to dust
My enemies walk free
I'm mad about you, I'm mad about you

And I have never in my life
Felt more alone than I do now
Although I claim dominions over all I see
It means nothing to me
There are no victories In all our histories
Without love

A stone's throw from Jerusalem
I walked a lonely mile in the moonlight
And though a million stars were shining
My heart was lost on a distant planet
That whirls around the April moon
Whirling in an arc of sadness
I'm lost without you, I'm lost without you

And though you hold the keys to ruin of everything I see
With every prison blown to dust my enemies walk free
Though all my kingdoms turn to sand and fall into the sea
I'm mad about you, I'm mad about you


I moja niedzielna wyprawa:

„They say a city in the desert lies
The vanity of an ancient king ”

Wyszliśmy z zamiarem „wędrowania”. Nie jest ważny cel – o wiele bardziej liczy się sam fakt drogi przez pustynię. To że na trasie była Hyrkania okazało się wspaniałym prezentem losu. No, może nie do końca zaskakującym, bo przed wyprawą przeczytaliśmy kilka artykułów o tym miejscu. Na niewielkim, aczkolwiek wyraźnie odcinającym się od reszty otoczenia wzgórzu założono w czasach hasmonejskich (142-37 BC) tę ciekawą fortecę. Swoją nazwą wskazuje na Jana Hirkana, jako budowniczego, ale nie ma co do tego ostatecznej pewności. Herod Wielki – po odpowiednich modyfikacjach – zamienił ją na więzienie dla swoich przeciwników. Tu odbywały się ich egzekucje i tutaj owi "wrogowie" byli grzebani. Po upadku Powstania Żydowskiego i zniszczeniu Jerozolimy miejsce opustoszało na ponad pięć wieków. Kolejne wcielenie kompleksu to klasztor bizantyjski – satelita Mar Saby. Znany jako Castellion, ożył po wypędzeniu z ruin licznych demonów przez samego Mnicha Sabasa. Jeszcze w dziewiątym stuleciu opowiadano o braciach, którzy gdy brakło im świeżych warzyw, wypuszczali z klasztoru osła. Ten, znając tylko jedną drogę kierował się do Ein Feszka – oazy nad Morzem Martwym. Mnich odpowiedzialny za ogród ładował na osła zieleninę i znów wyprowadzał za bramę. Zwierzę wiedziało, jak wrócić do Castellionu, gdzie już oczekiwano na przytroczone do grzbietu torby.

“But the city lies in broken pieces
Where the wind howls and the vultures sing “

Owiane piaskiem pustyni wzgórze łączy się z „resztą świata” fragmentem akweduktu, niczym wyschłą, poszarpaną pępowiną. Dziś miejsce jest opuszczone i zrujnowane. Spod ziemi łypią czarnymi, niewidzącymi oczami głębokie studnie i cysterny. Pod nogami grzechoczą starożytne mozaiki a może i kawałki kości. Jakieś resztki beduińskich ognisk, jakaś porzucona przez nielicznych turystów butelka i wszechobecne kamienie – szczątki murów, nadproża, narożniki, gruzy...

„I walked a lonely mile in the moonlight ”

Nie udało się znaleźć wystarczającej ilości osób, żeby pójść w nocy, podczas środowej pełni do Wadi Kelt, więc już w niedzielny poranek „kilka mil” przez Judean Desert. Początek nie był obiecujący – taksówkarz zawiózł nas w miejsce, o którym twierdził, że jest wskazanym przez nas punktem na mapie. Nie było czasu na dyskusje, wysiedliśmy i pieczołowicie sprawdziliśmy mariaż topografii z kartografią. Rezultat budził co najmniej wątpliwości. Żeby znaleźć początek naszego, czerwonego szlaku musieliśmy podejść jeszcze kawałek asfaltową drogą, bacznie obserwując gromadzące się na horyzoncie od Maale Adumim po Jerozolimę ciemne chmury. Przed wjazdem do osiedla Keidar miły strażnik wskazał nam drogę na przełaj, w kierunku rzeczonego szlaku. Mijaliśmy nieliczne osady Beduinów – blaszaki z kilkoma kurami i starym traktorem przy szopie. Stada owiec malowniczo przyciągały oko aparatów. Obszczekani przez biegnącą w naszym kierunku zgraję całkiem dużych psów, które zatrzymały się dopiero po zauważeniu demonstracyjnie podrzucanego w mojej dłoni sporego kamienia, zaczynaliśmy powoli poddawać się pogodzie. Początkowa wilgoć i mżawka zmieniła się w krople, które najwyraźniej nie były zainteresowane pozostaniem w zakrytym szarą warstwą chmur niebie. Najgorsze, że trasa wiodła nieco na oślep – wciąż ani śladu zaznaczonej na mapie ścieżki. Wreszcie – czerwony szlak pozwolił się odnaleźć. Mniej więcej w tym samym czasie przestało padać.

"And from the dark secluded valleys
I heard the ancient songs of sadness “

Krajobraz zaczął się zmieniać. Miejsce zielonych pagórków zajęły księżycowe góry – suche, blade, poprzecinane poziomymi warstwami ciemnej skały. Pięknie i strasznie zarazem – widok zapiera dech w piersiach, ale rozum otwiera usta, zadziwiony brakiem śladowych nawet fragmentów wilgoci. Odwieczny smutek wygnanych tu demonów w jakiś paradoksalny sposób połączony został z niewiarygodnym pięknem otoczenia. Trzeba bardzo uważć,żeby nie zgubić szlaku – złowieszczy chichot pustego wadi odbija się echem, gdy okazuje się, że musimy zawrócić spory kawałek pod górę – nasza droga, w przeciwieństwie do nas skręciła w lewo.

"Every star a grain of sand
The leavings of a dried up ocean
Tell me, how much longer”

Jak zwykle w takich miejscach zaczynam rzucać kamieniami. Próbuję przekonać innych, żartując, że to uczucie podobne do spowiedzi – ktoś nawet ciska kilka razy, ale chyba musze się pogodzić z faktem, że nie wszystkich to kręci w jednakowy sposób. Ja tymczasem rzucam. Kamień musi być odpowiedniej wielkości. Zbyt duży nie poleci zbyt daleko, za mały nie będzie widoczny i nie wyda odpowiedniego dźwięku spadając, nieregularny zamiast lecieć pięknie, będzie śmiesznie się kręcił w powietrzu. Kiedy kamień jest odpowiedni, dłoń odczuwa to od razu. Pasuje idealnie, palce zaciskają się na nim, nie jak na czymś obcym, ale w bardzo naturalny sposób. Ręka podnosi się sama do rzutu. Przedramię, nadgarstek, łokieć – zgrywa się z ramieniem w idealnej harmoni. Ciało napręża się i chwilę potem energia oddana kawałkowi skały pozwala mu lecieć idealnym łukiem, by huknąć o ziemię wśród cichego snu pustyni. Jest w tym geście jakaś wolność, jakaś tęsknota za wyrzuceniem z siebie czegoś ot tak, bez celu, bez przyczyny. Kamienie szybują w stronę doliny jeden za drugim, aż do momentu, gdy cała ręka zaczyna boleśnie odczuwać skondensowaną dawkę gwałtownych ruchów. Być może nie każdy jest w stanie zrozumieć, czy poczuć oczyszczający wymiar rzucania kamieni na pustyni. Pewnie nie wszyscy muszą w tak dosłowny sposób wyrzucić z siebie swoje „how much longer”. Ja wiem, że odkryłem ten gest nie bez powodu – jest w nim coś więcej niż psychologiczne: „pozwólcie dzieciom wyładować gniew i negatywne emocje rzucając zabawkami”.

“My heart was lost on a distant planet “

Krajobraz przypomina nieco księżyc, ale kolory ziemi i nieba tworzą kombinację rodem z Marsa raczej. Jednym słowem, spektakl z innej palnety. Zastanawiałem się z Giuseppe, jak to jest możliwe, że Pan Bóg stworzył pustynię. Wszystkie inne strefy klimatyczno-wegetacyjne mają swoje znaczenie dla człowieka, mają swoją wartość, swój sens. Poza walorami estetycznymi, pustynia nie jest kreacją szczególnie celową – to czysta sztuka. Pan stwarzając ją musiał niezły ubaw, albo żeby brzmiało bardziej poważnie: jeśli dzieło artystyczne w jakiś sposób wyraża twórcę, to ten, kto chce poznać Boga powinien zapoznać się z Jego najbardziej efektownym, finezyjnym i „niekomercyjnym” dziełem – pustynią. Ale o tym wspominałem już wielokrotnie. Wracam do Stinga.

„But every step I thought of you
Every footstep only you”

Nadal jednak, pozostanę przy Panu Bogu. Wyobraziłem Go sobie spacerującego pośród tej niesamowitej scenerii. Oto przechodzi obok ruin miasta – „próżność wielkiego króla”. Widzi, jak ludzkie ambicje zamieniają się w gruzy, po których hula wiatr. Z każdym krokiem coraz bardziej rozumie, jak zakochany jest w tym, dla którego stworzył to wszystko. Zostawił sobie pustynię, żeby spacerując rozmyślać.

„And I have never in my life
Felt more alone than I do now”

Minuta po minucie – mimo, iż czas dla Niego nie istnieje – pogrąża się w swojej samotności. Tęskni. Pożąda. Do granic bólu fizycznego – chociaż materia nie leży w Jego naturze.

„It would make a prison of my life
If you became another's wife”

Co zrobiłby, gdyby Jego ukochana wybrała kogoś innego. Zamknąłby się w tych ruinach? Pośród wycia szakali i bajecznego krajobrazu szukałby namiastki spokoju porzucając na zawsze resztę świata?

“I'm mad about you, I'm mad about you”

Już wie, że to miłość na granicy szaleństwa.

“I'm lost without you, I'm lost without you”

Już wie, że bez człowieka – jest stracony.


Pustynia jest w nas...

Von piotr um 22:25h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 14. marca 2009
No dobrze, mieszkam w Kingsajzie. Mam malusieńki pokoik z odrobinką łazienki na Starym Mieście. Siostry Elżbietanki przygotowały mnie (sto lat temu) do 1 Komunii i Siostry Elżbietanki przygarnęły mnie do końca czerwca w tzw. Starym Domu Polskim.
Jest pięknie, tylko wstawać muszę baaaaardzo wcześnie, bo codziennie Pasterka (Msza w środku nocy) o 6.30.
Stare Miasto ma swój urok, ale o nim jeszcze będzie okazja coś skrobnąć...

Von piotr um 21:08h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

?roda, 11. marca 2009
Jeszcze o ostatnim wyjeździe
Ciepły, marcowy wieczór nad Jeziorem Galilejskim. K. z gitarą śpiewają bluesa o czwartej nad ranem. Czerwone wino, miłe towarzystwo i milion gwiazd.
Patrzę na palmowce, eukaliptusy i inne „morwy syczuańskie” i zastanawiam się, czy czułbym się inaczej, gdyby to były lipy, dęby i wierzby płaczące.
Pytanie o Polskę wraca, jak refren piosenek Kaczmarskiego. Czy jest miejsce (i czas) na tęsknotę za krajem? Czy byłoby mi lepiej w Ojczyźnie?
Ze zdziwieniem stwierdzam, że coraz bardziej podoba mi się w Izraelu. Chociaż, gdy kiedyś nieostrożnie nazwałem go „najpiękniejszym krajem świata” odpowiedzią był śmiech Amerykanina, oburzenie Polaka, zaduma Rosjanina, potakiwanie Japończyka... Ten pierwszy uważał swoje za najlepsze (and nothing else matters), drugi był fałszywym patriotą (zgorszonym wszelką innością postrzegania świata), trzeci, jak zawsze się zadumał (w swojej pięknej duszy) a ostatni zapewne nie usłyszał dokładnie (zmieniając baterie w aparacie fotograficznym)... Wystarczy generalizowania.
Prosta wyprawa do Górnej Galilei dodała mi sił. Bazaltowy Wąwóz, Szlak Irysowy, śniegi Hermonu, źródła Jordanu w Dan, najwyższy wodospad Izraela i śmierdzące siarką gorące wody w Górnej Galilei (już raz wymieniałem) – niezbyt ciężko fizycznie (w wynajętym samochodzie), za to mocno relaksująco.
Dopełnieniem weekendu była niedzielna, spontaniczna podróż pociągiem (w Izraelu – atrakcja niczym lunapark). Bez mapy ruszyliśmy z A. na przełaj, rezerwatem przyrody w pobliżu Bet Szemesz. Pierwsze zdziwienie – żółwie. W stanie dzikim, starają się uciec (hehe) pod jakiś krzak, czy zaszyć się w trawie. Nic z tego – łowcy (B.?) już ruszyli. Byliśmy szybsi niż większość śmigłych gadów w skorupach. Ich rącze pląsy nie przeszkodziły nam w zrobieniu kilku fotek (choć zupa byłaby bardziej na miejscu).Druga atrakcja – przepaście. Wyrastały sobie nagle tam, gdzie według naszych obliczeń powinna być droga – urwiska niczym nożem krojone, kamieniołomy, „ich wysokości”. To przez nie czuliśmy się zagubieni, jak przysłowiowy „jezuita w Wielkim Tygodniu”.
Wreszcie żmija. Tłusta niczym moja ręka. Wyglądała trochę jak wędzony węgorz. Zamarłem na skale, po czym odskoczyłem w drugą stronę. Niby nic, ale mój stosunek do tych zwierząt niezmiennie nie pozwala przejść obojętnie wobec takiego spotkania. Znalazłszy wreszcie jakąś drogę, przeszliśmy kilka kilometrów pod górę, rozpalonym asfaltem, po czym dotarliśmy do jaskiń (celu naszej wyprawy) godzinę po zamknięciu. Stwierdziliśmy filozoficznie, że celem nie było zwiedzanie Parku Narodowego, ale po prostu niesiedzenie w domu, zjedliśmy kanapki i łapiąc stopa wróciliśmy do Jerozolimy.
Dlaczego o tym piszę? Ano, po prostu sezon wypraw, wycieczek i wędrówek zaczął się na dobre. Po tygodniu w bibliotece można w szoku tlenowym weekendu odnaleźć siebie na nowo.
Tymczasem, kolejny tydzień już się zaczął…
„Our religion is a religion of fear and terror to the enemies of God: the Jews, Christians and pagans. With God's willing, we are terrorists to the bone”.
Gdybym powtórzył lub skomentował to najczęściej cytowane dziś w mediach światowych zdanie, nie różniłbym się niczym od baranów, które na widok grzechu kapłana/biskupa podnoszą ryk przeciwko Kościołowi.
Prawdziwy Muzułmanin nie wypowiedziałby takich słów. Islam jest religią pokoju.

PS: Znowu nic o moim nowym miejscu zamieszkania nie napisałem...

Von piotr um 13:47h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 10. marca 2009
Najpierw prestiżowy AIA (Archaeological Institute of America) nadał Harrisonowi Fordowi honorowe członkostwo w swoim zarządzie ("za szczególne zasługi pobudzaniu zainteresowania społecznego pracami archeologicznymi"). Potem (albo jakoś w tym samym czasie) Neil Asher Silberman w The Washington Post obśmiał Indianę Jonesa, jako zupełnie fałszującego obraz szacownych archeologów. Wreszcie Aren N. Maeir na łamach BAR (Biblical Archaeology Review) bronił choćby niesłusznego zarzutu, iż archeolodzy nie noszą kapeluszy, zamieszczając serię fotek znanych przedstawicieli tego zawodu w ich nakryciach głowy.
Muszę sobie kupić fedorę.
Cóż... Nawet Ross z "Przyjaciół" miał słabość do kobiet, które widziały w nim Indianę Jonesa.
Tymczasem, wróciłem z dwudniowej wycieczki na północ (Szlak Irysów, Bazaltowy Kanion, najwyższy wodospad Izraela, śniegi Hermonu, źródła Jordanu w Dan i gorące wody Górnej Galilei) a potem z niedzielnego polowania na żółwie w okolicach Beit Shemesh.
Wykończony fizycznie przygotowuję się do jutrzejszej przeprowadzki.
Ale o tym innym razem...

Von piotr um 01:46h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 5. marca 2009
"Ego sum Ille qui est", "Ego sum Ille qui sum", "Ego sum qui Ego sum" - niepotrzebne skreślić.
Słuchałem sobie wczoraj rozważań biograficzno-pobożnych o św. Kazimierzu. Kaznodzieja, wzmiankując czytanie z Ewangelii podkreślił zdanie warunkowe: "Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję." Konstrukcja zdania jest nieskomplikowana, nawet dla kogoś, na moim poziomie znajomości Greki biblijnej. Apodosi (będę używał terminologii włoskiej - kto wie, o co chodzi, zrozumie, kto nie wie, temu wszystko jedno), która otwiera nasze zdanie warunkowe jest w trybie oznajmującym. Protasi (zazwyczaj będąca na początku) ma tryb przypuszczający congiuntivo. Taka konstrukcja wyraża pewną ewentualność (możliwość).

Zamiast koncentrować się na wątku "święci są przyjaciółmi Jezusa", który był jednym z kończących homilię, mnie zainteresowało owo zdanie warunkowe. Wiele się mówi o Miłości Boga, o tym, że jest Ona zupełnie inna od naszej. Miłość Boża nie oczekuje nic w zamian, kocha pomimo wszystko, bezgranicznie, bezwarunkowo - nawet grzesznika. A tutaj Jezus jawi się nam, jakoś dziwnie ludzki - będziesz moim przyjacielem, jeżeli..., jeśli zrobisz cośtam, będziesz moim kumplem, będę cię kochał, pod warunkiem, że... - takie wnioskowanie może zaprowadzić nas do pytania o Miłość Bożą - skoro Jezus w doskonały sposób ukazuje Ojca, jaka ta Miłość jest naprawdę: bezwarunkowa, czy na sposób ludzki relatywna, zależna od jakichś kryteriów, obwarowana wymaganiami, etc.

To pytanie sprawiło, że po raz kolejny sięgnąłem do zdania greckiego. Zamiast poszukać, co na ten temat mówią mądrzejsi ode mnie - sprawdzić kilkadziesiąt (z czego przynajmniej kilkanaście dobrych) komentarzy, do których mam dostęp w bibliotece, gdzie właśnie siedzę - postanowiłem sam poszukać odpowiedzi. Nie chodziło tu o jakąś pychę, z jaką często się spotykam wśród domorosłych biblistów ("co mnie obchodzi, co mówią inni - słowo Boże mi da odpowiedź"), a jedynie o zwykłe lenistwo - musiałbym iść do drugiej sali, sięgać po zakurzone tomy - czasem wysoko poza zasięgiem moich dwumetrowych ramion lub nisko przy samej podłodze, odnajdywać stosowny fragment J 15, 14 i czytać, pracowicie odcedzając zboże od plewy.

Tak więc lenistwo miało być w tym przypadku twórcze. Spojrzenie na greckie wypowiedzenie złożone podrzędnie rozwiewa wątpliwości. Po pierwsze fakt, że apodosi poprzedza protasi (zdanie nadrzędne stoi na początku, po nim okolicznikowe zdanie podrzędne warunku) już kieruje uwagę czytelnika na pierwszy element (jest kilka podobnych zdań w tej części dyskursu - zawsze skoncentrowanych na pierwszym elemencie). Tu - o dziwo - znajdujemy zaimek osobowy "wy", na pozór zupełnie zbędny. Ogniskowa wypowiedzi znajduje się właśnie w tym miejscu - WY jesteście przyjaciółmi moimi, jeśli...

Miłość Boża jest bezwarunkowa niczym "JA JESTEM" - zawsze, wszędzie, niezależnie, wiecznie. WY jesteście moimi przyjaciółmi, jeśli... To nawiązanie do: "Kto mówi: "Znam Go", a nie zachowuje Jego przykazañ, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy." Być przyjacielem Jezusa coś znaczy.

A więc kaznodzieja się nie mylił: "It's all about commandments"?

Bo Bóg jest, a my tylko bywamy...

Von piotr um 12:31h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment