... newer stories
poniedzia?ek, 10. maja 2010
Happy Birthday
piotr, 13:38h
Bono kończy 50 lat...
sobota, 17. kwietnia 2010
Sa piosenki, ktore dzisiaj musza brzmiec inaczej niz kiedys...
piotr, 14:00h
Bardzo podoba mi się tłumaczenie Woroszylskiego, wiec zamieszczam za okudzawa.ovh.org:
Wokół drogi smoleńskiej...
Wokół drogi smoleńskiej - wciąż las i las, i las,
wokół drogi smoleńskiej wciąż noc i noc, i noc,
tylko z góry, jak oczy twe - para błękitnych gwiazd,
w które patrzę i widzę mój los, mój los, mój los.
Wokół drogi smoleńskiej - zawieja dmie i dmie,
naszych zbędnych wędrówek zasypie, zatrze ślad...
Gdyby w pierścień się splotły twe dłonie gorące dwie,
może krótszy i lżejszy przede mną by leżał szlak.
Wokół drogi smoleńskiej - wciąż las i las, i las,
wokół drogi smoleńskiej - ten szum, i szum, i szum.
Tylko z góry, jak oczy twe chłodnych błękitnych gwiazd
już nie para spogląda lecz gwiazd obojętnych tłum...
pi?tek, 16. kwietnia 2010
Dlaczego nie ma nowych wpisow?
piotr, 22:44h
Bo nie ma czasu.........
poniedzia?ek, 12. kwietnia 2010
piotr, 22:56h
Zainspirowany tekstem Wojtka (dostepnym niestety tylko dla jego znajomych na FB):
Turysta odwiedzil rabina w jego domu. Zdziwiony skromnoscia wnetrza zapytal:
- Rabbi, gdzie sa twoje meble.
- A gdzie sa twoje? - odpowiedzial pytaniem na pytanie rabin.
- Alez ja tu jestem tylko przejazdem - odparl turysta.
- Ja tez - usmiechnal sie rabin.
Najwazniejsze jest zrozumiec wlasna przemijalnosc (tutaj) i nieprzemijalnosc (tam)..
Turysta odwiedzil rabina w jego domu. Zdziwiony skromnoscia wnetrza zapytal:
- Rabbi, gdzie sa twoje meble.
- A gdzie sa twoje? - odpowiedzial pytaniem na pytanie rabin.
- Alez ja tu jestem tylko przejazdem - odparl turysta.
- Ja tez - usmiechnal sie rabin.
Najwazniejsze jest zrozumiec wlasna przemijalnosc (tutaj) i nieprzemijalnosc (tam)..
niedziela, 11. kwietnia 2010
Zamiast slow...
piotr, 19:24h
poniedzia?ek, 29. marca 2010
Rekolekcje w Lubuskiem.
piotr, 15:05h
Troche cieplej, ale ciagle zima...
pi?tek, 19. marca 2010
piotr, 15:31h
Rekolekcje w Szczecinie.
Zimny kraj...
Zimny kraj...
?roda, 10. marca 2010
10 rzeczy, ktorych nie nalezy robic w kosciele...
piotr, 16:58h
wtorek, 2. marca 2010
En Gedi – miłość silniejsza od śmierci
piotr, 13:10h
W centralnej części zachodniego wybrzeża Morza Martwego, na wschodnim krańcu Pustyni Judzkiej (pomiędzy doliną Dawida od północy i doliną Arugot od południa), rozciąga się oaza En Gedi. Cztery potężne źródła wydzielają rocznie ok. 3 mln m sześc. słodkiej wody i zasilają skrawek ziemi wciśnięty pomiędzy suche, rozgrzane słońcem skały
Kombinacja wielu czynników – położenia geograficznego (pomiędzy słonym morzem a pustynią), warunków topograficznych (liczne klify, doliny wśród wysokich gór), łagodnej temperatury (średnia roczna 17,5 st. C), nasłonecznienia (przeważnie ponad 9 godzin dziennie, zaledwie ok. 30 pochmurnych dni w roku) – a przede wszystkim obfitość i jakość źródlanej wody uczyniła z tego miejsca niezwykły skarbiec flory i fauny, zwany czasem “Królewskim Ogrodem”.
W królewskim ogrodzie
Wśród roślin dominują głożyny, szydlice jujuby, akacje i liczne odmiany cordii. Lista gatunków zachwyca botaników bogactwem. Koncentracja roślin pustynnych, wodnych, śródziemnomorskich i tropikalnych tworzy idealne środowisko dla różnorodnych gatunków zwierząt. Można tu w jednym miejscu spotkać słynne górskie kozice, zmiennocieplne króliki skalne, kraba rzecznego, ponad 200 gatunków ptaków (z sępem egipskim na czele), lisy, hieny, a nawet wilki, lamparty oraz niezliczone mnóstwo gadów, płazów i owadów.
Literatura biblijna wymienia En Gedi kilkakrotnie. Księga Jozuego (15,52) zalicza tę oazę do osad należących do plemienia Judy, Pierwsza Księga Samuela (24,1-2) wspomina Dawida zamieszkującego niedostępne rejony pustyni w jej okolicach. Druga Księga Kronik (20,2) identyfikuje ogromne plantacje palm Haseson Tamar właśnie jako En Gedi. Fakt uprawiania tu palm daktylowych potwierdza rzymski historyk Pliniusz (Naturalis historia 5,15,73), a także Księga Syracha (24,14), w której upersonifikowana Mądrość mówi, że wyrosła “niczym palma w En Gedi”. Średniowieczna tradycja wspomina, że słynne krzewy balsamowca, rosnące w okolicach egipskiego Heliopolis, pochodzą z En Gedi, skąd przesadzić je miała sama Kleopatra. Świadectwo Pliniusza (12,111.112) podaje, że podczas I wojny żydowskiej żołnierze rzymscy musieli stoczyć zaciekły bój o każdy z cennych krzewów rosnących w En Gedi, co znalazło swój finał podczas zorganizowanej po wojnie procesji triumfalnej, w czasie której dumnie wnoszono do Rzymu owe krzewy. Także św. Hieronim wspomina znajdujące się w tej oazie winnice (Onomasticon 87,19 nn.), a o rozchodzącym się z ogrodu zapachu hurmy przeczytać można m.in. w Talmudzie (Sanhedrin 109,71).
Jak stado kóz
W Pieśni nad Pieśniami czytamy: Gronem henny jest dla mnie mój ukochany w winnicach Engaddi (1,14). Przyrównywanie ciała ukochanej osoby do elementów świata roślin i zwierząt czy przyrody nieożywionej – tak częste w poezji erotycznej starożytnego Bliskiego Wschodu – brzmieć może dla dzisiejszego czytelnika niezrozumiale lub nawet nieco komicznie. O ile całkiem zwyczajne wydawać się może porównywanie ust ukochanej osoby do słodkiego owocu czy pachnących kwiatów, o tyle stwierdzenie, że czyjeś “włosy są jak stado kóz” a piersi niczym “młode koziołki gazeli” nie brzmi ani poetycko, ani erotycznie. Spróbujmy jednak spojrzeć na tę symbolikę nieco uważniej.
Kobiety w starożytnym Rzymie przewiązywały piersi szarfą, co unieruchamiało je niczym współczesny biustonosz. Inaczej było na Bliskim Wschodzie – tutaj niczym nieskrępowane piersi kobiece falowały pod wierzchnim okryciem. Dwa małe koziołki gazeli, będące w ciągłym ruchu, baraszkują, przewracają się i turlają razem, jednak niezależnie od siebie. Trudno oderwać od nich wzrok – są miękkie i ciepłe, tak że chciałoby się je natychmiast dotknąć. Są identycznej wielkości, harmonijnie współgrają ze sobą i z otoczeniem. Witalność koziołków odsyła nas do piersi jako symbolu macierzyństwa. W ten sposób odkrywamy kolejne poziomy metafory biblijnej: wygląd (symetria oraz ruchliwość piersi i koziołków), charakter (ciepło, miękkość, magnetyzm) i symbolizm (energia nowego życia). Podobnie jest w przypadku włosów, przyrównywanych do stada kóz schodzących ze skał. Na pierwszym poziomie widzimy podobieństwo koloru, dalej zauważamy nieuporządkowanie i chaos pędzącego stada, podobnego do rozpuszczonych, poskręcanych w loki włosów. Wreszcie w warstwie symbolicznej dostrzegamy dzikość i nieokiełznanie natury, której symbolem jest koza, i dochodzimy do dionizyjskiego szału miłości, niczym podczas aktu seksualnego, gdy nikt i nic nie jest w stanie zapanować nad spoconymi, rozwichrzonymi włosami kobiety.
W winnicach En Gedi
Wróćmy jednak do oazy En Gedi. Rośnie tam henna, krzew, osiągający wysokość do 3 m. Na wiosnę pokrywa się białożółtymi kwiatami o zapachu podobnym do róży. Barwnik uzyskiwany z tych kwiatów jeszcze dziś służy kobietom na Bliskim Wschodzie do nadawania włosom, paznokciom i brwiom intensywnego, błyszczącego, różowopomarańczowego koloru. W starożytności kwiaty henny wykorzystywano do wyrobu perfum. Egipskie zwyczaje pogrzebowe nadały im ciekawe znaczenie symboliczne: starożytni Egipcjanie wierzyli, że umieszczone w grobach kwiaty henny są w stanie zapewnić zmarłemu życie po śmierci. Ukochany jest więc niczym “grono henny”, nie tylko piękny i cenny jak ta roślina, ale również ma w sobie pewien ładunek nieśmiertelności.
Druga część metafory jest jeszcze bardziej czytelna: oto znajdujemy się pośrodku pustyni, w miejscu, gdzie tętni życie, w winnicach En Gedi. Pustynia jest w Pieśni nad Pieśniami pełna symboliki śmierci, jest negacją życia i miłości: pokryta cierniami (2,2), pełna dzikich zwierząt (4,8) i niebezpieczeństw nocnych (3,8). Podróży nie dokonuje się tam samotnie, potrzebny jest towarzysz (4,8; 8,5). Wyrosła wśród nagich skał oaza En Gedi jest więc triumfem przyrody ożywionej nad nieożywioną, życia nad śmiercią. Winnica i ogród są natomiast często obrazem ciała kobiety (4,12-5,1; 6,11; 7,9.13), miejscem “uprawiania” miłości. Ukochany, przyrównywany do pięknego, cennego i dającego nieśmiertelność kwiatu, znajduje się w winnicy triumfującej nad pustynią (która niesie śmierć), czyli w ciele swojej wybranki.
“Gronem henny jest mi umiłowany mój w winnicach En Gedi” – hymn o miłości silniejszej od śmierci wybrzmiewa całą pełnią. Połączeni w miłosnym uścisku kochankowie zapominają o wszystkim. Nie istnieje dla nich czas, nie ma przeszłości ani przyszłości. Jest tylko nieskończone “teraz”, które wyrywa się zimnej i bezdusznej konieczności przemijania. Śmierć traci swą siłę. Mężczyzna i kobieta już na zawsze będą żyć w następnych pokoleniach, które zrodzą się dzięki ich miłosnym uniesieniom. Na krótką chwilę człowiek jest w stanie przekroczyć granice życia i śmierci, by dotknąć tajemnicy stworzenia. W ten sposób również można odczytywać Pieśń nad Pieśniami, jeden z najpiękniejszych poematów erotycznych w historii ludzkości.
P.S. Gdzie można znaleźć więcej podobnych artykułów? Tutaj. Gorąco polecam!
Kombinacja wielu czynników – położenia geograficznego (pomiędzy słonym morzem a pustynią), warunków topograficznych (liczne klify, doliny wśród wysokich gór), łagodnej temperatury (średnia roczna 17,5 st. C), nasłonecznienia (przeważnie ponad 9 godzin dziennie, zaledwie ok. 30 pochmurnych dni w roku) – a przede wszystkim obfitość i jakość źródlanej wody uczyniła z tego miejsca niezwykły skarbiec flory i fauny, zwany czasem “Królewskim Ogrodem”.
W królewskim ogrodzie
Wśród roślin dominują głożyny, szydlice jujuby, akacje i liczne odmiany cordii. Lista gatunków zachwyca botaników bogactwem. Koncentracja roślin pustynnych, wodnych, śródziemnomorskich i tropikalnych tworzy idealne środowisko dla różnorodnych gatunków zwierząt. Można tu w jednym miejscu spotkać słynne górskie kozice, zmiennocieplne króliki skalne, kraba rzecznego, ponad 200 gatunków ptaków (z sępem egipskim na czele), lisy, hieny, a nawet wilki, lamparty oraz niezliczone mnóstwo gadów, płazów i owadów.
Literatura biblijna wymienia En Gedi kilkakrotnie. Księga Jozuego (15,52) zalicza tę oazę do osad należących do plemienia Judy, Pierwsza Księga Samuela (24,1-2) wspomina Dawida zamieszkującego niedostępne rejony pustyni w jej okolicach. Druga Księga Kronik (20,2) identyfikuje ogromne plantacje palm Haseson Tamar właśnie jako En Gedi. Fakt uprawiania tu palm daktylowych potwierdza rzymski historyk Pliniusz (Naturalis historia 5,15,73), a także Księga Syracha (24,14), w której upersonifikowana Mądrość mówi, że wyrosła “niczym palma w En Gedi”. Średniowieczna tradycja wspomina, że słynne krzewy balsamowca, rosnące w okolicach egipskiego Heliopolis, pochodzą z En Gedi, skąd przesadzić je miała sama Kleopatra. Świadectwo Pliniusza (12,111.112) podaje, że podczas I wojny żydowskiej żołnierze rzymscy musieli stoczyć zaciekły bój o każdy z cennych krzewów rosnących w En Gedi, co znalazło swój finał podczas zorganizowanej po wojnie procesji triumfalnej, w czasie której dumnie wnoszono do Rzymu owe krzewy. Także św. Hieronim wspomina znajdujące się w tej oazie winnice (Onomasticon 87,19 nn.), a o rozchodzącym się z ogrodu zapachu hurmy przeczytać można m.in. w Talmudzie (Sanhedrin 109,71).
Jak stado kóz
W Pieśni nad Pieśniami czytamy: Gronem henny jest dla mnie mój ukochany w winnicach Engaddi (1,14). Przyrównywanie ciała ukochanej osoby do elementów świata roślin i zwierząt czy przyrody nieożywionej – tak częste w poezji erotycznej starożytnego Bliskiego Wschodu – brzmieć może dla dzisiejszego czytelnika niezrozumiale lub nawet nieco komicznie. O ile całkiem zwyczajne wydawać się może porównywanie ust ukochanej osoby do słodkiego owocu czy pachnących kwiatów, o tyle stwierdzenie, że czyjeś “włosy są jak stado kóz” a piersi niczym “młode koziołki gazeli” nie brzmi ani poetycko, ani erotycznie. Spróbujmy jednak spojrzeć na tę symbolikę nieco uważniej.
Kobiety w starożytnym Rzymie przewiązywały piersi szarfą, co unieruchamiało je niczym współczesny biustonosz. Inaczej było na Bliskim Wschodzie – tutaj niczym nieskrępowane piersi kobiece falowały pod wierzchnim okryciem. Dwa małe koziołki gazeli, będące w ciągłym ruchu, baraszkują, przewracają się i turlają razem, jednak niezależnie od siebie. Trudno oderwać od nich wzrok – są miękkie i ciepłe, tak że chciałoby się je natychmiast dotknąć. Są identycznej wielkości, harmonijnie współgrają ze sobą i z otoczeniem. Witalność koziołków odsyła nas do piersi jako symbolu macierzyństwa. W ten sposób odkrywamy kolejne poziomy metafory biblijnej: wygląd (symetria oraz ruchliwość piersi i koziołków), charakter (ciepło, miękkość, magnetyzm) i symbolizm (energia nowego życia). Podobnie jest w przypadku włosów, przyrównywanych do stada kóz schodzących ze skał. Na pierwszym poziomie widzimy podobieństwo koloru, dalej zauważamy nieuporządkowanie i chaos pędzącego stada, podobnego do rozpuszczonych, poskręcanych w loki włosów. Wreszcie w warstwie symbolicznej dostrzegamy dzikość i nieokiełznanie natury, której symbolem jest koza, i dochodzimy do dionizyjskiego szału miłości, niczym podczas aktu seksualnego, gdy nikt i nic nie jest w stanie zapanować nad spoconymi, rozwichrzonymi włosami kobiety.
W winnicach En Gedi
Wróćmy jednak do oazy En Gedi. Rośnie tam henna, krzew, osiągający wysokość do 3 m. Na wiosnę pokrywa się białożółtymi kwiatami o zapachu podobnym do róży. Barwnik uzyskiwany z tych kwiatów jeszcze dziś służy kobietom na Bliskim Wschodzie do nadawania włosom, paznokciom i brwiom intensywnego, błyszczącego, różowopomarańczowego koloru. W starożytności kwiaty henny wykorzystywano do wyrobu perfum. Egipskie zwyczaje pogrzebowe nadały im ciekawe znaczenie symboliczne: starożytni Egipcjanie wierzyli, że umieszczone w grobach kwiaty henny są w stanie zapewnić zmarłemu życie po śmierci. Ukochany jest więc niczym “grono henny”, nie tylko piękny i cenny jak ta roślina, ale również ma w sobie pewien ładunek nieśmiertelności.
Druga część metafory jest jeszcze bardziej czytelna: oto znajdujemy się pośrodku pustyni, w miejscu, gdzie tętni życie, w winnicach En Gedi. Pustynia jest w Pieśni nad Pieśniami pełna symboliki śmierci, jest negacją życia i miłości: pokryta cierniami (2,2), pełna dzikich zwierząt (4,8) i niebezpieczeństw nocnych (3,8). Podróży nie dokonuje się tam samotnie, potrzebny jest towarzysz (4,8; 8,5). Wyrosła wśród nagich skał oaza En Gedi jest więc triumfem przyrody ożywionej nad nieożywioną, życia nad śmiercią. Winnica i ogród są natomiast często obrazem ciała kobiety (4,12-5,1; 6,11; 7,9.13), miejscem “uprawiania” miłości. Ukochany, przyrównywany do pięknego, cennego i dającego nieśmiertelność kwiatu, znajduje się w winnicy triumfującej nad pustynią (która niesie śmierć), czyli w ciele swojej wybranki.
“Gronem henny jest mi umiłowany mój w winnicach En Gedi” – hymn o miłości silniejszej od śmierci wybrzmiewa całą pełnią. Połączeni w miłosnym uścisku kochankowie zapominają o wszystkim. Nie istnieje dla nich czas, nie ma przeszłości ani przyszłości. Jest tylko nieskończone “teraz”, które wyrywa się zimnej i bezdusznej konieczności przemijania. Śmierć traci swą siłę. Mężczyzna i kobieta już na zawsze będą żyć w następnych pokoleniach, które zrodzą się dzięki ich miłosnym uniesieniom. Na krótką chwilę człowiek jest w stanie przekroczyć granice życia i śmierci, by dotknąć tajemnicy stworzenia. W ten sposób również można odczytywać Pieśń nad Pieśniami, jeden z najpiękniejszych poematów erotycznych w historii ludzkości.
P.S. Gdzie można znaleźć więcej podobnych artykułów? Tutaj. Gorąco polecam!
poniedzia?ek, 1. marca 2010
Pół Polski w jednym mieście, czyli dwa dni w Kairze. Cz.3.
piotr, 23:21h
Zwiedzanie Kairu trzeba zacząć od "programu obowiązkowego". Po półgodzinnej ulicznej gonitwie w wypełnionym po brzegi busiku, z otwartymi oknami docieramy do Gizy. Mina i Maged - nasi przewodnicy - są nieco zdziwieni, nasza chęcią wejścia do wnętrza piramid. Nie wiedza nawet, gdzie kupuje się dodatkowe bilety. Najpierw jednak zdjęcia. Żeby wejść na kamień, z ktorego jest rzekomo "idealna perspektywa", trzeba dać 5 funtow policjantowi. Ten wprowadza nas za sznurek, ustawia na kamieniu i sam robi fotkę. Po chwili znowu wracamy do strefy "dozwolonej" - z drugiej strony sznurka.
Wrażenia ze spaceru wokół piramid nie są powalające. Jasne, ze robią wrażenie miliony wielotonowych bloków - budowle są rzeczywiście mitycznie monumentalne. Niestety są tez negatywy: tłumy ludzi, z wrzeszczącymi dzieciakami i utrudniający widoczność, unoszący sie w powietrzu kurz, czy piasek. Mina i Maged cytują Herodota, wyjaśniając, ze 100 tys. ludzi budowało Horyzont Hufu (bo tak nazywa się Wielka Piramida Cheopsa) przez 20 lat. Idea "nieśmiertelności" ziściła się Faraonowi w jakiś sposób w tym miejscu - pozostał trwały ślad, niezniszczalny symbol, ikona, rozpoznawalna przez wszystkich na świecie. Po wędrówce ze zgiętymi plecami do odkrytej przez Belzoniego komory grobowej uciekamy od tłumów za Wielkiego Kefrena (Piramida Chefrena), gdzie wreszcie znajdujemy chwile spokoju. Poza nielicznymi, którzy wybrali się zobaczyć trzecią, najmniejszą z piramid - Mykerinosa - spokój i cisza. Idealny moment i miejsce na krotki odpoczynek przy puszce Coli, schłodzonej przez małoletniego sprzedawce w wiaderku z woda. Na koniec Sfinks (mniejszy niż moje wyobrażenia o nim) i można wracać na obiad.
Popołudnie wykorzystujemy na piesza wędrówkę po ulicach Szubry. Znajdujemy fantastyczna kafejkę, instalujemy się przy mini stoliku, z pewna trudnością zamawiamy herbatę i kawę - kelner nie rozumie po angielsku nawet tych prostych slow i zdumieni odkryciem "nieskażonego" przez turystow, "prawdziwego" Kairu oddajemy się partyjce backgammona (zwanego tutaj dźwięcznie sziszbiszem), paląc oczywiście świetną shishe. Wieczór wypełnia nam włóczenie się po Khan el-Khalil, jak twierdzi Mina "największym bazarze świata". Poza obowiązkową koszulka z wielbłądem (dla A.) nie kupujemy nic i trochę zastanawiamy się, czy to nie zmartwi, bądź obrazi naszego przewodnika. Na szczęście pojawia się stara sprzedawczyni jaśminowych wianków. Wygląda malowniczo, jak na znanym podobno filmie (którego niestety nie widziałem) i ratuje nas z opresji. Jaśminy nanizane na nitkę pachną wiosennie, niestety skutecznie zagłusza je "zapach Kairu". Powoli przyzwyczajamy się do niego, podobnie jak do wszechobecnego hałasu, chaosu i... anarchii. "Europa stała się państwem policyjnym. Urzędnicy, przepisy, kontrole - każdy tylko czeka na twój błąd. Zle postawisz nogę spacerując - i już mandat. Tutaj można pooddychać prawdziwa wolnością, którą nowoczesne społeczeństwa utraciły" tłumaczy K. Rzeczywiście jest coś fascynującego w tym poczuciu bezkarności choćby w ruchu drogowym. Pięciopasmowe ulice, żadnych czerwonych świateł (poza kilkoma skrzyżowaniami w ekskluzywnych dzielnicach), setki tysięcy pojazdów, większość nadających się na wystawę o historii motoryzacji i żadnych korków. Owszem, chaos wydaje się dominować, ale z drugiej strony jest to płynny i gładki chaos. Momentalnie przychodzi mi na myśl teoria mieszania topologicznego - ta o zbiorach otwartych, które wraz z upływem czasu pokrywają się z innymi zbiorami otwartymi, lub ich częściami w przestrzeni fazowej układu. Jednym słowem: "w tym szalenstwie jest metoda". Teorie chaosu liznąłem już jakiś czas temu, a przyszła mi do głowy własnie teraz - na ulicy pełnej trąbiących nieustannie Daci, Fiatów 125P, Polonezów, Lad, Zaporożców i setek innych pojazdów, jakich ze świecą już szukać na naszych szerokościach geograficznych. Zafascynowany kierowcami włączającymi światła tylko zbliżając się do próbujących przebiec przez jezdnie pieszych, nawet nie zauważam, jak docieram do domu, gdzie przegryzając arabska pite z kozim serem trzeba ustalić jakiś plan na następny dzień.
C.d.n.
Wrażenia ze spaceru wokół piramid nie są powalające. Jasne, ze robią wrażenie miliony wielotonowych bloków - budowle są rzeczywiście mitycznie monumentalne. Niestety są tez negatywy: tłumy ludzi, z wrzeszczącymi dzieciakami i utrudniający widoczność, unoszący sie w powietrzu kurz, czy piasek. Mina i Maged cytują Herodota, wyjaśniając, ze 100 tys. ludzi budowało Horyzont Hufu (bo tak nazywa się Wielka Piramida Cheopsa) przez 20 lat. Idea "nieśmiertelności" ziściła się Faraonowi w jakiś sposób w tym miejscu - pozostał trwały ślad, niezniszczalny symbol, ikona, rozpoznawalna przez wszystkich na świecie. Po wędrówce ze zgiętymi plecami do odkrytej przez Belzoniego komory grobowej uciekamy od tłumów za Wielkiego Kefrena (Piramida Chefrena), gdzie wreszcie znajdujemy chwile spokoju. Poza nielicznymi, którzy wybrali się zobaczyć trzecią, najmniejszą z piramid - Mykerinosa - spokój i cisza. Idealny moment i miejsce na krotki odpoczynek przy puszce Coli, schłodzonej przez małoletniego sprzedawce w wiaderku z woda. Na koniec Sfinks (mniejszy niż moje wyobrażenia o nim) i można wracać na obiad.
Popołudnie wykorzystujemy na piesza wędrówkę po ulicach Szubry. Znajdujemy fantastyczna kafejkę, instalujemy się przy mini stoliku, z pewna trudnością zamawiamy herbatę i kawę - kelner nie rozumie po angielsku nawet tych prostych slow i zdumieni odkryciem "nieskażonego" przez turystow, "prawdziwego" Kairu oddajemy się partyjce backgammona (zwanego tutaj dźwięcznie sziszbiszem), paląc oczywiście świetną shishe. Wieczór wypełnia nam włóczenie się po Khan el-Khalil, jak twierdzi Mina "największym bazarze świata". Poza obowiązkową koszulka z wielbłądem (dla A.) nie kupujemy nic i trochę zastanawiamy się, czy to nie zmartwi, bądź obrazi naszego przewodnika. Na szczęście pojawia się stara sprzedawczyni jaśminowych wianków. Wygląda malowniczo, jak na znanym podobno filmie (którego niestety nie widziałem) i ratuje nas z opresji. Jaśminy nanizane na nitkę pachną wiosennie, niestety skutecznie zagłusza je "zapach Kairu". Powoli przyzwyczajamy się do niego, podobnie jak do wszechobecnego hałasu, chaosu i... anarchii. "Europa stała się państwem policyjnym. Urzędnicy, przepisy, kontrole - każdy tylko czeka na twój błąd. Zle postawisz nogę spacerując - i już mandat. Tutaj można pooddychać prawdziwa wolnością, którą nowoczesne społeczeństwa utraciły" tłumaczy K. Rzeczywiście jest coś fascynującego w tym poczuciu bezkarności choćby w ruchu drogowym. Pięciopasmowe ulice, żadnych czerwonych świateł (poza kilkoma skrzyżowaniami w ekskluzywnych dzielnicach), setki tysięcy pojazdów, większość nadających się na wystawę o historii motoryzacji i żadnych korków. Owszem, chaos wydaje się dominować, ale z drugiej strony jest to płynny i gładki chaos. Momentalnie przychodzi mi na myśl teoria mieszania topologicznego - ta o zbiorach otwartych, które wraz z upływem czasu pokrywają się z innymi zbiorami otwartymi, lub ich częściami w przestrzeni fazowej układu. Jednym słowem: "w tym szalenstwie jest metoda". Teorie chaosu liznąłem już jakiś czas temu, a przyszła mi do głowy własnie teraz - na ulicy pełnej trąbiących nieustannie Daci, Fiatów 125P, Polonezów, Lad, Zaporożców i setek innych pojazdów, jakich ze świecą już szukać na naszych szerokościach geograficznych. Zafascynowany kierowcami włączającymi światła tylko zbliżając się do próbujących przebiec przez jezdnie pieszych, nawet nie zauważam, jak docieram do domu, gdzie przegryzając arabska pite z kozim serem trzeba ustalić jakiś plan na następny dzień.
C.d.n.
poniedzia?ek, 1. marca 2010
Purim Sameah!
piotr, 00:32h
Albo, jak slusznie zauwaza B. - Sameach.
poniedzia?ek, 22. lutego 2010
Pół Polski w jednym mieście, czyli dwa dni w Kairze. Cz.2.
piotr, 17:20h
Al Qahira – Zwycieski – wita upalem (mimo wieczornej pory) i brudem. Smieci, smieci, smieci – na ulicy, chodniku, skwerze, miedzy zaparkowanymi samochodami, wszedzie. Uderza zapach (albo milion zapachow) – zmieszane wonie grilowanego miesa, spalin, ziol, owocow, spoconych tlumow, wiatru od strony pustyni, zgniłego Nilu tworzą unikalna egzotyczna, pachnaca tajemniczym Wschodem mieszanke. Stacja Metra wyglada jak tysiace podobnych w Europie, czy Ameryce – gdyby nie napisy i ogloszenia z głośników można by zapomnieć, ze jest sie w kraju na wskros arabskim (co podkresla nawet oficjalna nazwa: Arabic Republic of Egypt). Po przejechaniu 14 stacji (jakies pol godziny) jestesmy na Ramses Square. Dzielnica, zwana Shubra, (dwa i pol raza wieksza od Warszawy) po prostu powala swoim wygladem. To tak, jakby zmieszac ze soba Wieden, Berlin, Budapeszt i Nowy Jork, przyprawiajac wszystko ogromna dawka Jerozolimy, Ramallah i Jerycho. Wielopietrowe domy o zadziwiajaco pieknej architekturze, w zaskakujaco oplakanym czasem stanie mieszaja sie ze soba stylami i epokami. Jak dowiemy sie pozniej, cala dzielnica zostala wybudowana przez bogatych Europejczykow. Po „zegiptolizowaniu”, czy "egiptonalizacji" (7 czerwca 1955) wszystkich zagranicznych fabryk, firm i spolek, w nastepstwie Rewolucji Egipskiej – europejscy mieszkancy Shubry wyjechali, pozostawiajac imponujace architektonicznie dziedzictwo. Domy zostaly zamieszkale przez dotychczasowych pracownikow, pozostajacych dotad na sluzbie ich wlascicielom – kucharzy, lokajow, pokojowki, ogrodnikow, etc., ktorzy przyciagneli do miasta swoje rodziny z rolniczego, ubogiego Gornego Egiptu. 50 lat pozniej naszym oczom ukazuja sie niesamowite obrazy – w apartamentach na 5 pietrze koza, klatka schodowa niczym z „Alien 2”, nieremontowane nigdy, pokryte gruba warstwa kurzu fasady przpeieknych domow – secesja obok bauhausa, eklektyzm, neomauretanizm, neoklasycyzm w szalonym dance macabre przy akompaniamencie nieustannego ryku silnikow i tysiacu dzwiekow klaksonow na minute. Zafascynowani halasliwym patchworkiem bazaru z autostrada, deptakiem i city docieramy jakos na miejsce – do Katedry sw. Marka – jednego z najwiekszych kosciolow katolickich Afryki. Po wyczerpujacej podrozy mozna w koncu wziac prysznic i przy szklaneczce Jacka Daniels’a omowic plan jutrzejszego zwiedzania.
C.d.n.
C.d.n.
sobota, 20. lutego 2010
Pół Polski w jednym mieście, czyli dwa dni w Kairze.
piotr, 19:15h
Nie wystarczy przekroczyć granicy, żeby móc jechać do stolicy Egiptu. Wiza wbijana w paszport na przejściu granicznym Taba-Eilat jest wprawdzie ważna przez 15 dni, ale dotyczy tylko terytorium Półwyspu Synaj. Wszelkie próby skorumpowania urzędników Egipskiej Służby Granicznej okazały się nieskuteczne. Podobno da się ich przekupić nawet cukierkami – nie tym razem. Na szczęście w Eilacie jest Konsulat i na szczęście wystarczy zdjęcie, 110 Szekli Izraelskich i kilkanaście minut czekania, żeby cieszyć się wizą wielokrotnego wjazdu.
Sam dojazd do Kairu nie jest skomplikowany – najpierw należy odeprzeć ataki polecających swoje usługi kierowców minibusów (którzy czasem mogą mieć nawet dość korzystną cenę, szczególnie w przypadku, gdy jedzie się kilkuosobową grupą). Potem ok. kilometrowy spacer do dworca sutobusowego w Tabie. Wreszcie trzeba przekonać Pana w Kasie, żeby sprzedał bilet na jeden z trzech zapisanych w Rozkladzie Jazdy autobusów. Pan twierdzi, ze należy wziąć busika, albo czekać do późnego popołudnia. Ponieważ zachodzi podejrzenie, że Pan jest w zmowie z kierowcami busów, warto przekonać go o determinacji i z uporem powtarzać, że skoro w Rozkładzie jest autobus o 12:30, to chce się kupic bilety na właśnie ten autobus. Po kilkuminutowej przepychance słownej Pan sprzedaje bilety i można udac sie do jednego z pobliskich sklepików, po zakup „bezpiecznych” artykułów spożywczych na drogę. Liczne opowieści o „ Klątwie Faraona” zniechęcają do jedzenia czegokolwiek innego niż egipski chleb typu pita (do którego super pasować będą przywiezione z Polski kabanosy) i suche biszkopty z nadzieniem bananowym. Woda oprócz tradycyjnej zakrętki ma jeszcze „ plombę” z plastikowej folii – w ten sposób nabiera się pewności, że nie jest zwykłą „ kranówą”. Mija trochę czasu i pojawia się grupa koreańskich turystów. Zagadani odpowiadają, że musza czekać na ten późno-popołudniowy autobus. Po wysłuchaniu opowieści o metodach Pana z Kasy zmieniają swoje bilety na 12:30, co o dziwo nie kosztuje ich zbyt wiele wysilku. Moze dlatego, że już za kilka minut Pan z Kasy ogłosi, że autobusu o 12:30 jednak nie będzie, jest odwołany, zepsuty, albo z innych powodów nie pojedzie. W zamian proponuje minibusika, za niewielką dopłatą 35 Funtow Egipskich do każdego biletu. Po tradycyjnym targowaniu się, dopłata wynosi 5 Funtow i już można wsiadać do busika.
Jazda przez Synaj jest nudna ze względu na jednostajność krajobrazu i nużąca z powodu braku zagłówków i wstrząsy spowodowane jakością drogi, ale do zniesienia. Po przejechaniu miliona checkpointów, przerwie w zapomnianym przez Boga i ludzi barze na środku pustyni, przekroczeniu tunelu pod Kanałem Sueskim, czyli w sumie ok. 6 godzinach tej średnio-wygodnej, ale w końcu miłej podroży liczy się tylko treść wielkiego napisu przy wjeździe do miasta: „Welcome to Cairo”.
C.d.n.
Sam dojazd do Kairu nie jest skomplikowany – najpierw należy odeprzeć ataki polecających swoje usługi kierowców minibusów (którzy czasem mogą mieć nawet dość korzystną cenę, szczególnie w przypadku, gdy jedzie się kilkuosobową grupą). Potem ok. kilometrowy spacer do dworca sutobusowego w Tabie. Wreszcie trzeba przekonać Pana w Kasie, żeby sprzedał bilet na jeden z trzech zapisanych w Rozkladzie Jazdy autobusów. Pan twierdzi, ze należy wziąć busika, albo czekać do późnego popołudnia. Ponieważ zachodzi podejrzenie, że Pan jest w zmowie z kierowcami busów, warto przekonać go o determinacji i z uporem powtarzać, że skoro w Rozkładzie jest autobus o 12:30, to chce się kupic bilety na właśnie ten autobus. Po kilkuminutowej przepychance słownej Pan sprzedaje bilety i można udac sie do jednego z pobliskich sklepików, po zakup „bezpiecznych” artykułów spożywczych na drogę. Liczne opowieści o „ Klątwie Faraona” zniechęcają do jedzenia czegokolwiek innego niż egipski chleb typu pita (do którego super pasować będą przywiezione z Polski kabanosy) i suche biszkopty z nadzieniem bananowym. Woda oprócz tradycyjnej zakrętki ma jeszcze „ plombę” z plastikowej folii – w ten sposób nabiera się pewności, że nie jest zwykłą „ kranówą”. Mija trochę czasu i pojawia się grupa koreańskich turystów. Zagadani odpowiadają, że musza czekać na ten późno-popołudniowy autobus. Po wysłuchaniu opowieści o metodach Pana z Kasy zmieniają swoje bilety na 12:30, co o dziwo nie kosztuje ich zbyt wiele wysilku. Moze dlatego, że już za kilka minut Pan z Kasy ogłosi, że autobusu o 12:30 jednak nie będzie, jest odwołany, zepsuty, albo z innych powodów nie pojedzie. W zamian proponuje minibusika, za niewielką dopłatą 35 Funtow Egipskich do każdego biletu. Po tradycyjnym targowaniu się, dopłata wynosi 5 Funtow i już można wsiadać do busika.
Jazda przez Synaj jest nudna ze względu na jednostajność krajobrazu i nużąca z powodu braku zagłówków i wstrząsy spowodowane jakością drogi, ale do zniesienia. Po przejechaniu miliona checkpointów, przerwie w zapomnianym przez Boga i ludzi barze na środku pustyni, przekroczeniu tunelu pod Kanałem Sueskim, czyli w sumie ok. 6 godzinach tej średnio-wygodnej, ale w końcu miłej podroży liczy się tylko treść wielkiego napisu przy wjeździe do miasta: „Welcome to Cairo”.
C.d.n.
niedziela, 14. lutego 2010
Bez Cytatu.
piotr, 12:18h
R: "Napisz cos koniecznie, jak juz wrocisz znad tego Morza Czerwonego"
Wrocilem.
Najlatwiej byloby wrzucic cytacik z Wojtyly. Ten o "tonacej glebi": "Poki morze przyjmujesz w otwarte zrenice...", itd. Ale cytowanie "Piesni o Bogu ukrytym" przy opisie doswiadczen marynistyczno-plazowych powinno byc prawnie zabronione. Podobnie, jak cytowanie Twardowskiego podczas: Prymicji, Jubileuszu, Rocznicy, Akademii i innych kaplansko-towarzyskich okazji...
P.S> Od reinstalki polskie znaki mnie ignoruja.
Wrocilem.
Najlatwiej byloby wrzucic cytacik z Wojtyly. Ten o "tonacej glebi": "Poki morze przyjmujesz w otwarte zrenice...", itd. Ale cytowanie "Piesni o Bogu ukrytym" przy opisie doswiadczen marynistyczno-plazowych powinno byc prawnie zabronione. Podobnie, jak cytowanie Twardowskiego podczas: Prymicji, Jubileuszu, Rocznicy, Akademii i innych kaplansko-towarzyskich okazji...
P.S> Od reinstalki polskie znaki mnie ignoruja.
... older stories

