... newer stories
poniedzia?ek, 14. lutego 2005
piotr, 13:43h
Wróciłem...
Jeszcze jestem pod wrażeniem wschodu słońca widzianego z wysokości 10 km. Szkoda, że tak szybko zasnąłem...
Naładowałem w domu akumulatory...
Mama, Tato, jajeczniczka na boczku...
Wyniki egzaminów radośnie wołają:
"Pierwszy semestr zaliczony!"
Jeszcze jestem pod wrażeniem wschodu słońca widzianego z wysokości 10 km. Szkoda, że tak szybko zasnąłem...
Naładowałem w domu akumulatory...
Mama, Tato, jajeczniczka na boczku...
Wyniki egzaminów radośnie wołają:
"Pierwszy semestr zaliczony!"
niedziela, 6. lutego 2005
hebrew...
piotr, 23:05h
Ja - jutro o 8.30:


sobota, 5. lutego 2005
Tylko się nie przeuczyć...
piotr, 23:48h
Trochę mi minął syndrom zmęczenia materiału...
Dziś rano wszystko mi się plątało - nawet proste rzeczy mieszały się i przerażały.
Poszliśmy z Adamem na obchody Święta Seminarium Rzymskiego.
Aula Pawła VI - niestety Papież nieobecny, ale atmosfera podniosła.
Najpierw różaniec ze świadectwami.
Zapytano: "Czym jest dla Ciebie Eucharystia?"
Odpowiedziami były świadectwa: 21-letniej dziewczyny, rodziny z 4 dzieci, seminarzysty i kapłana.
Wszystko oplecione śpiewem.
Potem film o Seminarium.
Prosty montaż, ciekawy scenariusz. Z jednej strony dzień w Seminarium: nauka, praca, sport, biblioteka, chór, kuchnia... Z drugiej strony postać starszego kapłana, odwiedzającego (nie wiadomo dlaczego) ten budynek.
Na koniec starszy kapłan gubi jakąś kartkę. Podnosi ją kleryk i biegnie, aby oddać. Dogania księdza, podaje kartkę i okazuje się, że to stara, czarno-biała fotografia z dnia Święceń...
Wreszcie, o 18.00 - klerycy przerywają swoje zajęcia i wszyscy bohaterowie filmu spotykają się w kaplicy na modlitwie...
Miłe, głebokie, ciekawie zrobione...
Wzruszyłem się. Sam niedawno byłem klerykiem...
A dzisiaj piąta rocznica obłóczyn...
Artur mi przypomniał, gdy wrócił rano z Bazyliki św. Piotra (odprawia tam często Mszę św.).
Ale wracam do Seminarium Romanum...
Na koniec części modlitewnej przeczytano list od Papieża (z finalnym, poczwórnym okrzykiem kleryków: "Giovanni Paolo!") i rozpoczęło się Oratorium "Mane nobiscum Domine".
Autor (dyrygujący orkiestrą prałat Frisina) wytłumaczył najpierw całą ideę. Otóż 5 częsci - to 5 sytuacji, w których ze smutku budzi się radość, z łez żalu - łzy szczęścia...
1. "Syn Człowieczy musiał cierpieć, ale ZMARTWYCHWSTAŁ!"
2. Maria Magdalena stoi przy pustym grobie - RABBUNI!.
3. Tomasz mówi: "Nie uwierzę", a potem PAN MÓJ I BÓG MÓJ!
4. Smutni uczniowie w drodze do Emaus i ich "ROZPOZNALI GO!".
Wreszcie ciekawa 5 sytuacja - to moment w życiu każdego człowieka, kiedy przygniatają go ciemności, brak ufności, gdy niebo wydaje się byc zakryte ciemną chmurą niewiary w przyszłość i EUCHARYTIA - największy z wszystkich cudów - OBECNOŚĆ DAJĄCA NADZIEJĘ!
Wszystko w wykonaniu chóru i orkiestry diecezji Rzym i chóru kleryków pod dyrekcją kompozytora (wspomnianego juz prałata Frisiny).
Owacje na stojąco, jakieś śpiewy na bis, rewelacja...
Do tego mieliśmy bardzo dobre miejsca, bo od Viktora (śpiewał w chórze) i Olega (też Seminarium Romanum) dostaliśmy wejściówki do 2 sektora.
Trochę zeszły emocje, trochę odpocząłem, a jutro... niedziela.

Sutannę noszę (od pięciu lat), jeszcze taki kapelusz sobie kupię...
Dziś rano wszystko mi się plątało - nawet proste rzeczy mieszały się i przerażały.
Poszliśmy z Adamem na obchody Święta Seminarium Rzymskiego.
Aula Pawła VI - niestety Papież nieobecny, ale atmosfera podniosła.
Najpierw różaniec ze świadectwami.
Zapytano: "Czym jest dla Ciebie Eucharystia?"
Odpowiedziami były świadectwa: 21-letniej dziewczyny, rodziny z 4 dzieci, seminarzysty i kapłana.
Wszystko oplecione śpiewem.
Potem film o Seminarium.
Prosty montaż, ciekawy scenariusz. Z jednej strony dzień w Seminarium: nauka, praca, sport, biblioteka, chór, kuchnia... Z drugiej strony postać starszego kapłana, odwiedzającego (nie wiadomo dlaczego) ten budynek.
Na koniec starszy kapłan gubi jakąś kartkę. Podnosi ją kleryk i biegnie, aby oddać. Dogania księdza, podaje kartkę i okazuje się, że to stara, czarno-biała fotografia z dnia Święceń...
Wreszcie, o 18.00 - klerycy przerywają swoje zajęcia i wszyscy bohaterowie filmu spotykają się w kaplicy na modlitwie...
Miłe, głebokie, ciekawie zrobione...
Wzruszyłem się. Sam niedawno byłem klerykiem...
A dzisiaj piąta rocznica obłóczyn...
Artur mi przypomniał, gdy wrócił rano z Bazyliki św. Piotra (odprawia tam często Mszę św.).
Ale wracam do Seminarium Romanum...
Na koniec części modlitewnej przeczytano list od Papieża (z finalnym, poczwórnym okrzykiem kleryków: "Giovanni Paolo!") i rozpoczęło się Oratorium "Mane nobiscum Domine".
Autor (dyrygujący orkiestrą prałat Frisina) wytłumaczył najpierw całą ideę. Otóż 5 częsci - to 5 sytuacji, w których ze smutku budzi się radość, z łez żalu - łzy szczęścia...
1. "Syn Człowieczy musiał cierpieć, ale ZMARTWYCHWSTAŁ!"
2. Maria Magdalena stoi przy pustym grobie - RABBUNI!.
3. Tomasz mówi: "Nie uwierzę", a potem PAN MÓJ I BÓG MÓJ!
4. Smutni uczniowie w drodze do Emaus i ich "ROZPOZNALI GO!".
Wreszcie ciekawa 5 sytuacja - to moment w życiu każdego człowieka, kiedy przygniatają go ciemności, brak ufności, gdy niebo wydaje się byc zakryte ciemną chmurą niewiary w przyszłość i EUCHARYTIA - największy z wszystkich cudów - OBECNOŚĆ DAJĄCA NADZIEJĘ!
Wszystko w wykonaniu chóru i orkiestry diecezji Rzym i chóru kleryków pod dyrekcją kompozytora (wspomnianego juz prałata Frisiny).
Owacje na stojąco, jakieś śpiewy na bis, rewelacja...
Do tego mieliśmy bardzo dobre miejsca, bo od Viktora (śpiewał w chórze) i Olega (też Seminarium Romanum) dostaliśmy wejściówki do 2 sektora.
Trochę zeszły emocje, trochę odpocząłem, a jutro... niedziela.

Sutannę noszę (od pięciu lat), jeszcze taki kapelusz sobie kupię...
sobota, 5. lutego 2005
piotr, 01:33h
Właściwie w myślach mam już tylko:
"Zdać, jechać do domu, odpocząć."
Poniedziałek 9.00
Polecam się!
"Zdać, jechać do domu, odpocząć."
Poniedziałek 9.00
Polecam się!
poniedzia?ek, 31. stycznia 2005
piotr, 21:47h
Dziś:
Ja - po grece,
Artur - po metodologii prawa.
Dziękujemy tym, którzy wsparli nas modlitwą.
To jeszcze nie koniec...
Nie ustawajcie! :)

Co tu robi ten krokodyl?
Ja - po grece,
Artur - po metodologii prawa.
Dziękujemy tym, którzy wsparli nas modlitwą.
To jeszcze nie koniec...
Nie ustawajcie! :)

Co tu robi ten krokodyl?
niedziela, 30. stycznia 2005
piotr, 03:30h
Dobrze, że dziś zrobiliśmy wieczór wzajemnego odpytywania z form. Odkryłem, że dwóch (!!!) końcówek nauczyłem się źle.
Czy przez niedzielę uda się wykorzenić z umysłu dwie formy?
I zasadzić dwie nowe, tak żeby do poniedziałku wykiełkowały i się przyjęły?
Ottativo Aoristo Attivo 2 sing, Participio Perfetto Medio Genetivus Femminile Singolare - najpiękniejsza muzyka...
Nieźle mi już odwala.
Nagrałem sobie na płytę verbi difficili w wersji mp3. Robię coś, a one grają (to znaczy brzmią). Artur ledwie to znosi, ale skuteczność jest porażająca. Tylko problem: jak się to pisze czasem...
There is no perfect way...

P.S. Cały dzień dzisiaj "Pokonamy falę!!!". Dzięki, Szymon!
Czy przez niedzielę uda się wykorzenić z umysłu dwie formy?
I zasadzić dwie nowe, tak żeby do poniedziałku wykiełkowały i się przyjęły?
Ottativo Aoristo Attivo 2 sing, Participio Perfetto Medio Genetivus Femminile Singolare - najpiękniejsza muzyka...
Nieźle mi już odwala.
Nagrałem sobie na płytę verbi difficili w wersji mp3. Robię coś, a one grają (to znaczy brzmią). Artur ledwie to znosi, ale skuteczność jest porażająca. Tylko problem: jak się to pisze czasem...
There is no perfect way...

P.S. Cały dzień dzisiaj "Pokonamy falę!!!". Dzięki, Szymon!
pi?tek, 28. stycznia 2005
piotr, 22:12h
Dziwne są skale ocen na różnych uczelniach.
1-10, 1-30, 1-100.
W każdym razie Artur dziś zdał na 30.
To dużo, czy mało?
Dla ułatwienia dodam, że jego Uczelnia stosuje drugą skalę z wymienionych powyżej...
1-10, 1-30, 1-100.
W każdym razie Artur dziś zdał na 30.
To dużo, czy mało?
Dla ułatwienia dodam, że jego Uczelnia stosuje drugą skalę z wymienionych powyżej...
?roda, 26. stycznia 2005
Droga do szkoły (2)
piotr, 22:13h
Właściwie, nie prędko znów tą drogą pójdę, bo to 13.02. trwa sesja. Dziś na zajęciach z greckiego było tylko 6! osób. Wśród nich ja (jestem dumny, chociaż mogłem w tym czasie się pouczyć).
W każdym razie idąc przekraczam Tybr. Wczoraj pytałem Adama, jaki kolor ma, jego zdaniem, ta rzeka. Powiedział, że trzeba by chyba jakiejś kobiety zapytać, one podobno "lepiej widzą kolory niż faceci". I zaczęliśmy wymyślać, co powiedziałaby kobieta: sinokoperkowy, ochra z domieszką khaki, podpalane ecru, kawa z mlekiem+błękit paryski, umiarkowanie łososiowy zmieszany ze sjeną paloną... Nam te nazwy niestety niewiele mówiły. Zgodziliśmy się jednak, że Tybr jest "raczej brudny". Dziś na moście zapytałem Rajmunda. Ze swoim stoickim spokojem stwierdził, że nie wie, ale "z całą pewnością ma w sobie coś brudnozielonkawego".
To ciekawe, że Włosiaki twierdzą, że Tybr jest czystą rzeką wbrew temu, jak wygląda. I mówią to z całą powagą. Nie chce mi się wierzyć.
Jeszcze ciekawsza jest szybkość z jaką zmienia się poziom wody. Całe szczęście, że ktoś wymyślił głębokie koryto z piaskowca i nie ma wylewów (przynajmniej w samym mieście). Jednego dnia woda płynie zwyczajnie, drugiego podwyższa się o (nie przesadzam) kilka metrów. Potem, gdy opadnie, zostaje tylko szlam na brukowanej alejce wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca), który to szlam "denerwuje rowerzystów" (m.in. Adama). Zostają też śmieci na... drzewach. Dokładnie, papiery, worki, kolorowe reklamówki - wszystko wisi na drzewkach rosnących wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca). Wygląda to jak jakaś koszmarna dekoracja z postmodernistycznej sztuki teatru współczesnego o wojnie wysypisk - ohyda.
Co jakiś czas (gdy wody jest niewiele) przyjeżdżają trzej panowie z motopompą i po dużym ciśnieniem zmywają z brukowanej alejki i drzew wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca) szlam i śmieciory. Kiedyś, z Adamem przyglądaliśmy się ich pracy - nawet ciekawe, szczególnie jak się pompa zapcha.
Poza tym po Tybrze pływają statki z turystami, kajakarze a dlej jest wyspa z kościołem i szpitalem, ale jeszcze jej nie zwiedziłem...
To tyle o rzece...
Artur zdał dziś kolejny egzamin i właśnie pojechał, bo mecz grają (chyba wspominałem, że jest w reprezentacji swojej Uczelni). Mam nadzieję, że Miastek znów strzeli 2 bramki, a Artur znów będzie jak Roberto Carlos, bo takie są ostatnio ich wyniki...
W każdym razie idąc przekraczam Tybr. Wczoraj pytałem Adama, jaki kolor ma, jego zdaniem, ta rzeka. Powiedział, że trzeba by chyba jakiejś kobiety zapytać, one podobno "lepiej widzą kolory niż faceci". I zaczęliśmy wymyślać, co powiedziałaby kobieta: sinokoperkowy, ochra z domieszką khaki, podpalane ecru, kawa z mlekiem+błękit paryski, umiarkowanie łososiowy zmieszany ze sjeną paloną... Nam te nazwy niestety niewiele mówiły. Zgodziliśmy się jednak, że Tybr jest "raczej brudny". Dziś na moście zapytałem Rajmunda. Ze swoim stoickim spokojem stwierdził, że nie wie, ale "z całą pewnością ma w sobie coś brudnozielonkawego".
To ciekawe, że Włosiaki twierdzą, że Tybr jest czystą rzeką wbrew temu, jak wygląda. I mówią to z całą powagą. Nie chce mi się wierzyć.
Jeszcze ciekawsza jest szybkość z jaką zmienia się poziom wody. Całe szczęście, że ktoś wymyślił głębokie koryto z piaskowca i nie ma wylewów (przynajmniej w samym mieście). Jednego dnia woda płynie zwyczajnie, drugiego podwyższa się o (nie przesadzam) kilka metrów. Potem, gdy opadnie, zostaje tylko szlam na brukowanej alejce wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca), który to szlam "denerwuje rowerzystów" (m.in. Adama). Zostają też śmieci na... drzewach. Dokładnie, papiery, worki, kolorowe reklamówki - wszystko wisi na drzewkach rosnących wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca). Wygląda to jak jakaś koszmarna dekoracja z postmodernistycznej sztuki teatru współczesnego o wojnie wysypisk - ohyda.
Co jakiś czas (gdy wody jest niewiele) przyjeżdżają trzej panowie z motopompą i po dużym ciśnieniem zmywają z brukowanej alejki i drzew wzdłuż rzeki (na dole, w korycie z piaskowca) szlam i śmieciory. Kiedyś, z Adamem przyglądaliśmy się ich pracy - nawet ciekawe, szczególnie jak się pompa zapcha.
Poza tym po Tybrze pływają statki z turystami, kajakarze a dlej jest wyspa z kościołem i szpitalem, ale jeszcze jej nie zwiedziłem...
To tyle o rzece...
Artur zdał dziś kolejny egzamin i właśnie pojechał, bo mecz grają (chyba wspominałem, że jest w reprezentacji swojej Uczelni). Mam nadzieję, że Miastek znów strzeli 2 bramki, a Artur znów będzie jak Roberto Carlos, bo takie są ostatnio ich wyniki...
poniedzia?ek, 24. stycznia 2005
Droga do szkoły (1)
piotr, 23:59h
Postanowiłem opisać swoją drogę do Szacownego Biblicum, zwanego przez nas pieszczotliwie PIB (od pierwszych liter nazwy).Muszę podzielić to na części, bo wrażeń jest wiele.
Zaczyna się od mostu na Tybrze. Sam most niczym specjalnem się nie wyróżnia. Jest piękny, kamienny, jak większość rzymskich budowli umożliwiających przekraczanie rzeki. Na środku siedzi Holender, jak nazywamy zbierającego datki gościa. Ma długą, jasną brodę, takież włosy, dość dużego, sympatycznego psa i sobie siedzi. Miejsce wybrał niezłe - wielu amerykańskich turystów idąc z jednego z licznych w tej okolicy hoteli przechodzi przez ten właśnie most. A jak już przechodzą, to niektórzy kilka drobniaków wrzucą... Holender rozpoznaje nas z daleka, pozdrawia, ostatnio nawet po polsku, bo chyba rozpoznał nasz język i ze śmiesznym akcentem mówi nam: "Dzień dobry". Gdy wracamy (3 godziny później), na miejscu Holendra siedzi już inny mężczyzna, o marokańskich rysach. Ten nie jest tak sympatyczny i do tego często kręci się koło niego Szef - Turek w garniturze z kilkoma jeszcze podobnymi kolesiami, co świadczyć może o istnieniu zorganizowanego procederu żebrania.
Holender jest pod tym względem bardziej samotnym rollingstone'm, który ma pewnie ciekawą historię życia. Ostatnio nie ma go na starym miejscu. Może chłody styczniowe go wygoniły (rano jest ok. 10 stopni)...
Mam nadzieję, że nic mu się nie stało...
Zaraz za mostem jest dość ruchliwe skrzyżowanie. Gdy stoimy na czerwonym mamy okazję otrzymać egzemplarz bezpłatnego dziennika City, który po lekcjach (albo w ich trakcie) studiujemy. Gazety rozdaje Zośka, jak nazwaliśmy miłą panią, właściwie dziewczynę, pewnie studentkę, która w uroczej, żółto-niebieskiej kamizelce podchodzi do stojących aut i pieszych i zawsze z uśmiechem proponuje darmowy egzemplarz. I znów niestety muszę napisać "ostatnio nie ma jej na starym miejscu". Od pewnego czasu Zośki po prostu nie ma. Adam stwierdził, że pewnie analiza rozdawnych egzemplarzy wykazała, że to miejsce nie jest najlepsze do rozpowszechniania City. Cóż, rynek, badania, analizy rządzą, a my przez to odcięci jesteśmy od naszej gazetki...
Dalej jest "Alejka psich kup", ale o niej i o Tybrze innym razem...

Zaczyna się od mostu na Tybrze. Sam most niczym specjalnem się nie wyróżnia. Jest piękny, kamienny, jak większość rzymskich budowli umożliwiających przekraczanie rzeki. Na środku siedzi Holender, jak nazywamy zbierającego datki gościa. Ma długą, jasną brodę, takież włosy, dość dużego, sympatycznego psa i sobie siedzi. Miejsce wybrał niezłe - wielu amerykańskich turystów idąc z jednego z licznych w tej okolicy hoteli przechodzi przez ten właśnie most. A jak już przechodzą, to niektórzy kilka drobniaków wrzucą... Holender rozpoznaje nas z daleka, pozdrawia, ostatnio nawet po polsku, bo chyba rozpoznał nasz język i ze śmiesznym akcentem mówi nam: "Dzień dobry". Gdy wracamy (3 godziny później), na miejscu Holendra siedzi już inny mężczyzna, o marokańskich rysach. Ten nie jest tak sympatyczny i do tego często kręci się koło niego Szef - Turek w garniturze z kilkoma jeszcze podobnymi kolesiami, co świadczyć może o istnieniu zorganizowanego procederu żebrania.
Holender jest pod tym względem bardziej samotnym rollingstone'm, który ma pewnie ciekawą historię życia. Ostatnio nie ma go na starym miejscu. Może chłody styczniowe go wygoniły (rano jest ok. 10 stopni)...
Mam nadzieję, że nic mu się nie stało...
Zaraz za mostem jest dość ruchliwe skrzyżowanie. Gdy stoimy na czerwonym mamy okazję otrzymać egzemplarz bezpłatnego dziennika City, który po lekcjach (albo w ich trakcie) studiujemy. Gazety rozdaje Zośka, jak nazwaliśmy miłą panią, właściwie dziewczynę, pewnie studentkę, która w uroczej, żółto-niebieskiej kamizelce podchodzi do stojących aut i pieszych i zawsze z uśmiechem proponuje darmowy egzemplarz. I znów niestety muszę napisać "ostatnio nie ma jej na starym miejscu". Od pewnego czasu Zośki po prostu nie ma. Adam stwierdził, że pewnie analiza rozdawnych egzemplarzy wykazała, że to miejsce nie jest najlepsze do rozpowszechniania City. Cóż, rynek, badania, analizy rządzą, a my przez to odcięci jesteśmy od naszej gazetki...
Dalej jest "Alejka psich kup", ale o niej i o Tybrze innym razem...

pi?tek, 21. stycznia 2005
piotr, 23:49h
Wracając ze szkoły odwiedziłem dziś z Adamem kościół św. Agnieszki. Wspomnieliśmy o tym wcześniej Siostrze Róży (Suor Rosa), a ona opowiedziała nam prawidłową wersję historii fasady tej świątyni i fontanny z obeliskiem naprzeciw (pośrodku Piazza Navona). Hostoria może i prawdziwa historycznie, za to pozbawiona jakiegokolwiek "smaczku". Mi bardziej odpowiada wersja, którą przewodnicy karmią głodnych ciekawostek turystów (o odwróconych tyłem czy zasłaniających oczy figurach).
Jeszcze się przyglądaliśmy rzeczonej fontannie, gdu nagle przywitał nas Padre Donald, czyli słynny Don McMahon. Nie syczał na nas, jak to trole mają w zwyczaju, tylko grzecznie odradził wizytę u św. Agnieszki w tym momencie. Nie dość, że jest Msza, to jeszcze roboty restauracyjne - jak to ujął.
Rzeczywiście. Huk wiertarek spod sklepienia mieszał się ze śpiewem 8 księży i tyluż wiernych. Nie chcąc przeszkadzać udaliśmy się do bocznej kaplicy, gdzie miała znajdować się czaszka świętej Agnese (jak nazywają Agnieszkę Włosiaki).
Czaszka była, ale dokładnie, jak opisał ją chwilę wcześniej Padre Donald - mając może 15-20 cm średnicy wyglądała jak czaszka pięciolatka.
Agnese może i młoda była w chwili śmierci, ale chyba nie aż tak młoda...
Potem, przy wyjściu zobaczyliśmy plakat zapraszający na koncert wieczorny z okazji dnia świętej A. (m.in. Koncert a-moll Bacha - cokolwiek to znaczy).
Adam szukał później chętnych do wyjścia na koncert, ja niestety wybrałem biurko i karteczki ze słówkami, ale z tego, co wiem chętni się znaleźli. Niestety nie dysponuję wiedzą na temat kocertu (pewnie właśnie się kończy), ale jutro przy śniadaniu nie omieszkam wypytać Adama.
Uwielbiam jego sposób opowiadania wydarzeń muzycznych. Robi to w tak plastyczny sposób, że czuję się jakbym w nich uczestniczył. Sformułowania, gesty, ilośc emocji - to trzeba przeżyć, żeby tak opisywać.
Tymczasem u mnie ciągle "Christmas Jazz" - dostałem tą płytę od Szymona, chociaż powoli czas myśleć o rozebraniu choinki...

Jeszcze się przyglądaliśmy rzeczonej fontannie, gdu nagle przywitał nas Padre Donald, czyli słynny Don McMahon. Nie syczał na nas, jak to trole mają w zwyczaju, tylko grzecznie odradził wizytę u św. Agnieszki w tym momencie. Nie dość, że jest Msza, to jeszcze roboty restauracyjne - jak to ujął.
Rzeczywiście. Huk wiertarek spod sklepienia mieszał się ze śpiewem 8 księży i tyluż wiernych. Nie chcąc przeszkadzać udaliśmy się do bocznej kaplicy, gdzie miała znajdować się czaszka świętej Agnese (jak nazywają Agnieszkę Włosiaki).
Czaszka była, ale dokładnie, jak opisał ją chwilę wcześniej Padre Donald - mając może 15-20 cm średnicy wyglądała jak czaszka pięciolatka.
Agnese może i młoda była w chwili śmierci, ale chyba nie aż tak młoda...
Potem, przy wyjściu zobaczyliśmy plakat zapraszający na koncert wieczorny z okazji dnia świętej A. (m.in. Koncert a-moll Bacha - cokolwiek to znaczy).
Adam szukał później chętnych do wyjścia na koncert, ja niestety wybrałem biurko i karteczki ze słówkami, ale z tego, co wiem chętni się znaleźli. Niestety nie dysponuję wiedzą na temat kocertu (pewnie właśnie się kończy), ale jutro przy śniadaniu nie omieszkam wypytać Adama.
Uwielbiam jego sposób opowiadania wydarzeń muzycznych. Robi to w tak plastyczny sposób, że czuję się jakbym w nich uczestniczył. Sformułowania, gesty, ilośc emocji - to trzeba przeżyć, żeby tak opisywać.
Tymczasem u mnie ciągle "Christmas Jazz" - dostałem tą płytę od Szymona, chociaż powoli czas myśleć o rozebraniu choinki...

czwartek, 20. stycznia 2005
piotr, 01:47h
Nazbierało mi się trochę intencji modlitewnych...
- za Ciocię Walerię - prawdziwo górolke (co by jom Pan Jezusik przyjonć racył, bo sie ji zmarło),
- za tatę M., co walczy z nowotworami i jeszcze mu auto ukradli,
- za tatę O., któremu guz nerw wzrokowy uciska,
- za E., która wyszła ze szpitala i walczy z tym, co w niej siedzi (daj kopa demonom przeszłości),
- za M., co z maturą drugi raz się zmierzy (chociaz oprócz niej problemów ma sporo innych),
- za L., o którym wiem, że w szpitalu (żeby mu zamiast wyrostka czegoś innego nie wycięli),
- za R., M. i P., o powrót, (gdziekolwiek teraz są),
- za żonę K. - o szczęśliwy poród (bliźniaki, cesarka),
- za A., co za Oceanem z tęsknoty za mężem usycha,
- za wszystkich w sesję zaangażowanych,
- i tych, których nie wymieniam (z różnych względów).
- za Ciocię Walerię - prawdziwo górolke (co by jom Pan Jezusik przyjonć racył, bo sie ji zmarło),
- za tatę M., co walczy z nowotworami i jeszcze mu auto ukradli,
- za tatę O., któremu guz nerw wzrokowy uciska,
- za E., która wyszła ze szpitala i walczy z tym, co w niej siedzi (daj kopa demonom przeszłości),
- za M., co z maturą drugi raz się zmierzy (chociaz oprócz niej problemów ma sporo innych),
- za L., o którym wiem, że w szpitalu (żeby mu zamiast wyrostka czegoś innego nie wycięli),
- za R., M. i P., o powrót, (gdziekolwiek teraz są),
- za żonę K. - o szczęśliwy poród (bliźniaki, cesarka),
- za A., co za Oceanem z tęsknoty za mężem usycha,
- za wszystkich w sesję zaangażowanych,
- i tych, których nie wymieniam (z różnych względów).
?roda, 19. stycznia 2005
piotr, 01:42h
W Fontannie di Trevi nie było wczoraj wody - niecodzienny widok. Turyści mimo wszystko stawali tyłem i wrzucali monety, które zamiast z pluskiem lądować w wodzie, odbijały się brzęcząc. Komedia. Dzisiaj woda jest (dno czystsze niż zazwyczaj), a turystów oczywiście mnóstwo.
Nawet deszcz ich nie odstrasza.
Artur zdał dziś swój pierwszy egzamin (pierwszy z siedmiu zaplanowanych na tą sesję). Gratulacje!
A ja obejrzałem fragment "Hydrozagadki" - to naprawdę niesamowity film. Poza tym jesteśmy z Adamem pod wpływem Monty Pythona. Wystarczyło kilka odcinków i już zauważamy absurd tam, gdzie pozornie go nie ma: w sklepie, na ulicy, w windzie. Wszystko ma w sobie ładunek komizmu absurdalnego.
Złośliwi mówią, że to symptom zbliżających się egzaminów i kto wie, może mają rację...
Może rozmowa typu: wywiad z obserwatorem podwodnych gołębi, albo sport ekstremalny - granie w Makao pod Fontanną di Trevi to przesada?
A jutro Imieniny Mariuszów...
Nawet deszcz ich nie odstrasza.
Artur zdał dziś swój pierwszy egzamin (pierwszy z siedmiu zaplanowanych na tą sesję). Gratulacje!
A ja obejrzałem fragment "Hydrozagadki" - to naprawdę niesamowity film. Poza tym jesteśmy z Adamem pod wpływem Monty Pythona. Wystarczyło kilka odcinków i już zauważamy absurd tam, gdzie pozornie go nie ma: w sklepie, na ulicy, w windzie. Wszystko ma w sobie ładunek komizmu absurdalnego.
Złośliwi mówią, że to symptom zbliżających się egzaminów i kto wie, może mają rację...
Może rozmowa typu: wywiad z obserwatorem podwodnych gołębi, albo sport ekstremalny - granie w Makao pod Fontanną di Trevi to przesada?
A jutro Imieniny Mariuszów...
poniedzia?ek, 17. stycznia 2005
piotr, 02:05h
Wieczór na Watykanie...
Brzmi jak sen, ale rzeczywiście byliśmy z tradycyjną wizytą kolędową u Papieża. Siostry upiekły pączki i rogaliki, wszyscy odświętnie ubrani - w sutannach, podniosły nastrój.
Po przejściu wszystkich straży czekaliśmy w małym korytarzu. Wtedy załapaliśmy się z Arturem na rozcinanie jakichś kartonów z książkami. Trzeba było rozłożyć je na stołach - wychodząc każdy miał zabrać na pamiątkę. Dzięki temu weszliśmy na salę, gdy nikogo jeszcze nie było. Rzut oka na choinkę, znajome biurko, przy którym mam zdjęcie z ostatniej wizyty i jakieś tajemnicze pomieszczenie w rodzaju małego magazynku (wózek po książkach tam zawoziłem). Krótka rozmowa z biskupem Dziwiszem, potem ze Szwajcarem - Szefem Gwardzistów (ma nawet żonę Polkę).
Przyszedł Papa, pośpiewaliśmy kolędy, Rektor przedstawiał krótko każdego: skąd jest i coś tam od siebie dodawał typu: "dobrze zapowiadający się" lub "bardzo zdolny". O mnie nie wiem, co powiedział, bo taki byłem wzruszony, że nie bardzo słuchałem Rektora. Poprosiłem o błogosławieństwo na czas zdawania egzaminów i dostałem krzyżyk na czole. Na koniec wspólne zdjęcie i tu ciekawa rzecz, stałem bezpośrednio za fotelem Papieża, gdy nagle Ksiądz Prałat poprosił, żeby nacisnąć przycisk i podwyższyć nieco fotel. Ręka mi drżała z przejęcia, ale ustawiłem Ojca świętego na odpowiedniej wysokości. Potem wszyscy wychodzili, ja długo kręciłem się obok, chcąc przedłużyć to spotkanie. "Dobranoc", "Szczęść Boże", "To my już pójdziemy","Szczecin pozdrawia", "Wszystkiego Dobrego" - zagadywaliśmy z Arturem, przedłużając. Papa jadąc na swym fotelu odpowiadał, machał, a my, gdybyśmy mogli, poszlibyśmy za nim. Niestety zamknęliśmy tylko drzwi, w których zniknął i... zabraliśmy z choinki po ozdobnej bombce. Nie, oczywiście, nie ukradliśmy tych bombek, tylko wzięliśmy je zachęceni przez biskupa Dziwisza, który powiedział, że są ręcznie malowane (w Szczecinie zresztą) i że możemy sobie zabrać na pamiątkę po jednej.
Ja swoją dałem Siostrom zakonnym, bo z takim pożądaniem na nią patrzyły i chyba mi trochę zazdrościły (była śliczna niebiesko-złota).
Za to Arturowa wisi w moim pokoju (bo choinkę mamy u mnie).
Jak się uda, Rektor zabierze nas, żeby pomóc rozbierać choinki w apartamentach papieskich (bombki byłyby prezentem dla Instytutu).
Jako pamiątkę po tym spotkaniu dostałem też album "Das Wort Gottes von Lagiewniki" (będzie niezłym prezentem dla znajomego z Niemiec) i Watykańskie znaczki pocztowe z kopertami pierwszego dnia obiegu (cokolwiek to znaczy).
Miło było, ale czas wracać do rzeczywistości szkolnej...
I hate mondays, buuuuuu.
Brzmi jak sen, ale rzeczywiście byliśmy z tradycyjną wizytą kolędową u Papieża. Siostry upiekły pączki i rogaliki, wszyscy odświętnie ubrani - w sutannach, podniosły nastrój.
Po przejściu wszystkich straży czekaliśmy w małym korytarzu. Wtedy załapaliśmy się z Arturem na rozcinanie jakichś kartonów z książkami. Trzeba było rozłożyć je na stołach - wychodząc każdy miał zabrać na pamiątkę. Dzięki temu weszliśmy na salę, gdy nikogo jeszcze nie było. Rzut oka na choinkę, znajome biurko, przy którym mam zdjęcie z ostatniej wizyty i jakieś tajemnicze pomieszczenie w rodzaju małego magazynku (wózek po książkach tam zawoziłem). Krótka rozmowa z biskupem Dziwiszem, potem ze Szwajcarem - Szefem Gwardzistów (ma nawet żonę Polkę).
Przyszedł Papa, pośpiewaliśmy kolędy, Rektor przedstawiał krótko każdego: skąd jest i coś tam od siebie dodawał typu: "dobrze zapowiadający się" lub "bardzo zdolny". O mnie nie wiem, co powiedział, bo taki byłem wzruszony, że nie bardzo słuchałem Rektora. Poprosiłem o błogosławieństwo na czas zdawania egzaminów i dostałem krzyżyk na czole. Na koniec wspólne zdjęcie i tu ciekawa rzecz, stałem bezpośrednio za fotelem Papieża, gdy nagle Ksiądz Prałat poprosił, żeby nacisnąć przycisk i podwyższyć nieco fotel. Ręka mi drżała z przejęcia, ale ustawiłem Ojca świętego na odpowiedniej wysokości. Potem wszyscy wychodzili, ja długo kręciłem się obok, chcąc przedłużyć to spotkanie. "Dobranoc", "Szczęść Boże", "To my już pójdziemy","Szczecin pozdrawia", "Wszystkiego Dobrego" - zagadywaliśmy z Arturem, przedłużając. Papa jadąc na swym fotelu odpowiadał, machał, a my, gdybyśmy mogli, poszlibyśmy za nim. Niestety zamknęliśmy tylko drzwi, w których zniknął i... zabraliśmy z choinki po ozdobnej bombce. Nie, oczywiście, nie ukradliśmy tych bombek, tylko wzięliśmy je zachęceni przez biskupa Dziwisza, który powiedział, że są ręcznie malowane (w Szczecinie zresztą) i że możemy sobie zabrać na pamiątkę po jednej.
Ja swoją dałem Siostrom zakonnym, bo z takim pożądaniem na nią patrzyły i chyba mi trochę zazdrościły (była śliczna niebiesko-złota).
Za to Arturowa wisi w moim pokoju (bo choinkę mamy u mnie).
Jak się uda, Rektor zabierze nas, żeby pomóc rozbierać choinki w apartamentach papieskich (bombki byłyby prezentem dla Instytutu).
Jako pamiątkę po tym spotkaniu dostałem też album "Das Wort Gottes von Lagiewniki" (będzie niezłym prezentem dla znajomego z Niemiec) i Watykańskie znaczki pocztowe z kopertami pierwszego dnia obiegu (cokolwiek to znaczy).
Miło było, ale czas wracać do rzeczywistości szkolnej...
I hate mondays, buuuuuu.
sobota, 15. stycznia 2005
piotr, 14:09h
Usłyszane wczoraj (Lista Trójki):
Pływały dwie kury w rosole.
Jedna była za słona,
a druga... firanka.
Pływały dwie kury w rosole.
Jedna była za słona,
a druga... firanka.
... older stories