... newer stories
poniedzia?ek, 24. pa?dziernika 2005
piotr, 22:43h
Zjarało mnie w tej Galilei. Zobaczyłem dopiero, jak ściągnąłem zegarek.
Oczywiście, wczoraj wieczorem zmęczony siadłem do komputera i krótko, ale wyczerpująco opisałem naszą wycieczkę. Niestety, przerwa w dostawie prądu pozbawiła mój blog jednego posta, a mnie pozbawiła chęci (i możliwości) pisania.
Nie będę więc powtarzał, że wrażenia duchowe i naukowe cudowne, że tych pierwszych więcej, że jaszczurka wielka jak smok spadła na mnie z palmy (no, prawie na mnie), że Yuki w nocy chrapał, a Libor twierdzi, że ja gadałem przez sen po polsku (a po jakiemu miałem niby gadać?).
Nie będę od nowa opowiadał o porannym pływaniu w Jeziorze Galilejskim i Mszy Św. na Górze Błogosławieństw i o ruinach wioski z PIERWSZEGO wieku znalezionych w Cafarnaum i o hiszpańskim filmie, który leciał w naszym busiku i o naszym kierowcy (Arabie), który miał Ramadan, więc cały dzień chodził poszcząc i dopiero o 17.00 zatrzymał się, żeby coś zjeść.
Nie napiszę o Tyberiadzie, Kościele Prymatu, Górze
Tabor i o tym, że zdjęcia są fajowe (Giovanniego aparatem).
Dziś miało być o Alexiusie z RPA, ale mój koreański kumpel się przeziębił i nie mam dostępu do jego archiwum fotograficznego, a Alexius bez zdjęcia to w ogóle nie ma o czym mówić, bo byłoby niezrozumiałe...
To Alexius jutro...
Oczywiście, wczoraj wieczorem zmęczony siadłem do komputera i krótko, ale wyczerpująco opisałem naszą wycieczkę. Niestety, przerwa w dostawie prądu pozbawiła mój blog jednego posta, a mnie pozbawiła chęci (i możliwości) pisania.
Nie będę więc powtarzał, że wrażenia duchowe i naukowe cudowne, że tych pierwszych więcej, że jaszczurka wielka jak smok spadła na mnie z palmy (no, prawie na mnie), że Yuki w nocy chrapał, a Libor twierdzi, że ja gadałem przez sen po polsku (a po jakiemu miałem niby gadać?).
Nie będę od nowa opowiadał o porannym pływaniu w Jeziorze Galilejskim i Mszy Św. na Górze Błogosławieństw i o ruinach wioski z PIERWSZEGO wieku znalezionych w Cafarnaum i o hiszpańskim filmie, który leciał w naszym busiku i o naszym kierowcy (Arabie), który miał Ramadan, więc cały dzień chodził poszcząc i dopiero o 17.00 zatrzymał się, żeby coś zjeść.
Nie napiszę o Tyberiadzie, Kościele Prymatu, Górze
Tabor i o tym, że zdjęcia są fajowe (Giovanniego aparatem).
Dziś miało być o Alexiusie z RPA, ale mój koreański kumpel się przeziębił i nie mam dostępu do jego archiwum fotograficznego, a Alexius bez zdjęcia to w ogóle nie ma o czym mówić, bo byłoby niezrozumiałe...
To Alexius jutro...
sobota, 22. pa?dziernika 2005
piotr, 08:17h
Wyjeżdżamy do Galilei.
Powrót w niedzielę, ale może będzie tam net...
Powrót w niedzielę, ale może będzie tam net...
sobota, 22. pa?dziernika 2005
piotr, 00:07h
Zaczynamy od Giovanniego. Pochodzi z Korei. Jak każdy w jego kraju, odsłużył 2 lata służby wojskowej. Potem pracował w firmie komputerowej. Jak został księdzem? Pan Bóg ma swoje sposoby...
Giovanni studiuje w bibliotece. Mówi, że w pokoju ma za dużo pokus - położyć się na chwilkę, posurfować po necie - bierze więc swojego laptopa i zaszywa się w najgłębszym kącie biblioteki. Pisze coś o św. Jakubie, bo interesuje się nim od czasów Seminarium.
Wprowadza mnie w tajniki mentalności koreańskiej. To ciekawy kraj - inny niż wszystkie.
Giovanni jest jedynym z trójki koreańczyków z naszego roku, który przyjechał do Jerozolimy.
Sympatyczny, misiowaty, potrafi pisać śmiesznymi znaczkami. Umie już myśleć po włosku, jednak angielski ciągle sobie tłumaczy w głowie na swój koreański.
Podziwiam go za pilność. Kuje grekę, aż furczy. Nie jest to dla niego łatwe, bo filozofia jego ojczystego języka jest totalnie inna.

Zdjęcie: Ja - aparatem Giovanniego. W tle Grota nr 4.
Giovanni studiuje w bibliotece. Mówi, że w pokoju ma za dużo pokus - położyć się na chwilkę, posurfować po necie - bierze więc swojego laptopa i zaszywa się w najgłębszym kącie biblioteki. Pisze coś o św. Jakubie, bo interesuje się nim od czasów Seminarium.
Wprowadza mnie w tajniki mentalności koreańskiej. To ciekawy kraj - inny niż wszystkie.
Giovanni jest jedynym z trójki koreańczyków z naszego roku, który przyjechał do Jerozolimy.
Sympatyczny, misiowaty, potrafi pisać śmiesznymi znaczkami. Umie już myśleć po włosku, jednak angielski ciągle sobie tłumaczy w głowie na swój koreański.
Podziwiam go za pilność. Kuje grekę, aż furczy. Nie jest to dla niego łatwe, bo filozofia jego ojczystego języka jest totalnie inna.

Zdjęcie: Ja - aparatem Giovanniego. W tle Grota nr 4.
pi?tek, 21. pa?dziernika 2005
Pfann Connery...
piotr, 01:37h

Czyż nie wygląda jak ojciec Indiany Jonesa?

P.S. Zdjęcia dzięki uprzejmości Giovanniego (nikt nie potrafi wymówić jego koreańskiego imienia, więc nazywamy go imieniem z chrztu).
?roda, 19. pa?dziernika 2005
piotr, 23:01h
Krótko, bo padam z nóg...
Profesor Pfann wygląda jak Sean Connery i wie o Qumran wszystko. Jego syn robi taki komputerowy program ze zbiorem tekstów, statystykami, wykresami i trójwymiarową rekonstrukcją całego kompleksu w okresach 1-3. Impressive.
My, najpierw przeżyliśmy wschód słońca na skałach w pobliżu Qumran, pomodliliśmy się tekstami esseńczyków i zwiedziliśmy groty 1 (zabrałem sobie kamyczek - wyrwałem ze skały), potem 2 (nie weszliśmy do środka, bo wejście jest dość wysoko i trzeba by się wspinać za długo), wreszcie 3 i 11 (znalazłem kawałek ceramiki i mimo, że jest własnością rządu Izraela, zamierzam zabrać go do domu). Groty 4-9 to już na miejscu i tylko z daleka.
W końcu samo Qumran - dłuuuuugo i wyczerpująco.
Profesor nie tylko, że wiedział wszystko, ale jeszcze chciał nam to wszystko powiedzieć.
Po kilku godzinach, wykończeni pojechaliśmy nad wodę (kąpiąc się obiłem sobie czaszkę o dno - mam limo) i do rezerwatu przyrody (jakieś źródła, czy coś - zmęczenie zmniejszało percepcję wrażeń).
Ach, jeszcze jakieś wykopaliska (wytwórnia skór bodajże).
W drodze powrotnej z powodu deszczu samochód jadący z przeciwka wpadł w poślizg i sunął bokiem po naszy pasie. Na szczęście nasz arabski kierowca coś zrobił i nie mieliśmy zderzenia. Za wiele nie wiem, bo spałem (jak większość pasażerów busika), Bonawetura zaczął krzyczeć, resztę znam z jego i kierowcy opowieści.
Jutro cały dzień rycia 4 i 5 rozdziału 1 Kor. No i może w końcu zacznę opisywać postaci, które będę się przez ten blog przewijać w najbliższych jerozolimskich miesiącach.

P. S. Z tym rządem Izraela to taki żart. Ten kawałek dzbanka ma wielkość kilku centymetrów i nie przedstawia żadnej wartości (oprócz sentymentalnej).
Profesor Pfann wygląda jak Sean Connery i wie o Qumran wszystko. Jego syn robi taki komputerowy program ze zbiorem tekstów, statystykami, wykresami i trójwymiarową rekonstrukcją całego kompleksu w okresach 1-3. Impressive.
My, najpierw przeżyliśmy wschód słońca na skałach w pobliżu Qumran, pomodliliśmy się tekstami esseńczyków i zwiedziliśmy groty 1 (zabrałem sobie kamyczek - wyrwałem ze skały), potem 2 (nie weszliśmy do środka, bo wejście jest dość wysoko i trzeba by się wspinać za długo), wreszcie 3 i 11 (znalazłem kawałek ceramiki i mimo, że jest własnością rządu Izraela, zamierzam zabrać go do domu). Groty 4-9 to już na miejscu i tylko z daleka.
W końcu samo Qumran - dłuuuuugo i wyczerpująco.
Profesor nie tylko, że wiedział wszystko, ale jeszcze chciał nam to wszystko powiedzieć.
Po kilku godzinach, wykończeni pojechaliśmy nad wodę (kąpiąc się obiłem sobie czaszkę o dno - mam limo) i do rezerwatu przyrody (jakieś źródła, czy coś - zmęczenie zmniejszało percepcję wrażeń).
Ach, jeszcze jakieś wykopaliska (wytwórnia skór bodajże).
W drodze powrotnej z powodu deszczu samochód jadący z przeciwka wpadł w poślizg i sunął bokiem po naszy pasie. Na szczęście nasz arabski kierowca coś zrobił i nie mieliśmy zderzenia. Za wiele nie wiem, bo spałem (jak większość pasażerów busika), Bonawetura zaczął krzyczeć, resztę znam z jego i kierowcy opowieści.
Jutro cały dzień rycia 4 i 5 rozdziału 1 Kor. No i może w końcu zacznę opisywać postaci, które będę się przez ten blog przewijać w najbliższych jerozolimskich miesiącach.

P. S. Z tym rządem Izraela to taki żart. Ten kawałek dzbanka ma wielkość kilku centymetrów i nie przedstawia żadnej wartości (oprócz sentymentalnej).
wtorek, 18. pa?dziernika 2005
Ciąg dalszy niedzielnej wycieczki.
piotr, 20:35h
Morze Martwe jest NAPRAWDĘ martwe.
"Dobra, kto chce coś zjeść - siadamy przy tych stolikach. Kto chce najpierw się wykąpać - tą drogą, cały czas prosto".
No to wiadomo - cały czas prosto.
Pragnienie nowego doświadczenia wygrało z głodem.
Plaża kamienista, ludzi niedużo, z nieba przestał się lać żar. Jeszcze tylko wysłuchać ostrzeżeń o piciu wody lub dostaniu się jej do oczu, przebieramy się i wchodzimy do morza.
Woda cieplejsza niż powietrze i jakaś taka gęsta - jak oliwa. Oczywiście, nie da się w niej utonąć - wypycha ciało ku powierzchni - bardzo relaksujące uczucie. Śmiejemy się w głos, kiedy Manoch namawia, żeby dotknąć mokrym palcem języka, a ci, którzy to robią (m.in. ja) zaczynają warczeć i pluć. Na brzuchu w ogóle się nie da pływać - nogi idą ku górze i kręgosłup się wygina, a trzeba uważać, żeby nie zamoczyć oczu. Za to na plecach można zasnąć. Ponieważ na zajęciach z historii NT posługujemy się językiem włoskim, najczęściej powtarzane słowo to: "incredibile" - niewiarygodne.
Jakaś para na brzegu wysmarowała się błotem, kupionym wcześniej w kiosku, gdzie broszurki są nawet po rosyjsku - wygląda to komicznie - cali czarni. Udając ekspertów, tłumaczymy kolegom z Indii leczniczo-kosmetyczne właściwości błota z Morza Martwego.
Jeszcze tylko prysznic i można wciągnąć dwie ogromne kanapki arabskiego chleba z "czymśtam", przygotowane przed wyjazdem przez naszego kucharza. "Jakie smaczne, incredibile".
Teraz do Qumran (akcent na ostatnią sylabę). Tu mam krótką prezentację na temat esseńczyków. Nieco się obawiałem, bo mimo, iż się długo przygotowywałem, zawsze można spotkać pytanie typu: "Jaka jest relacja między tekstem Reguły Damasceńskiej z Cairo Geniza a tym z grot 4, 5 i 6?", albo "Którego typu pesharim jest więcej: continuo czy tematico?". Na szczęście po 20 minutach mówienia stwierdziłem, że stopień uwagi znacznie się obniżył - zmęczenie dnia dało o sobie znać. Mówiłem, więc przez kolejne 20 minut, po czym bez żadnych pytań wsiedliśmy do busika, "bo już późno się zrobiło".
Wczoraj i dziś najwięcej czasu zajęło "studiowanie typowe" - przy biurku. Chociaż nie, dzisiaj o 5.45 rano poszliśmy pod Western Wall (tzw. Ścianę Płaczu) zobaczyć, jak ortodoksyjni Żydzi świętują Sukkot (akcent znów na ostatnią sylabę).
Było "interesting", jak to Libor określił...
Jutro 4.25 (!) wyjazd do Qumran (wiadomo, gdzie akcent). Mamy spędzić dzień, jak wspólnota tam zamieszkująca: modlitwa o wschodzie słońca (teksty wydrukowane na podstawie znalezionych manuskryptów), posiłki, praca (w naszym przypadku zwiedzanie wykopalisk) , nauka i rytualna kąpiel (tu chyba przesadziłem). Profesor zrobił dziś wstępne spotkanie - 2 i pół godziny bez przerwy (na szczęście z użyciem środków audiowizualnych).
Muszę wcześniej się położyć, bo wstać trzeba, jak to Michel skwitował: "Oh no, in the middle of the night".
To wszystko się dzieje naprawdę, incredibile...
"Dobra, kto chce coś zjeść - siadamy przy tych stolikach. Kto chce najpierw się wykąpać - tą drogą, cały czas prosto".
No to wiadomo - cały czas prosto.
Pragnienie nowego doświadczenia wygrało z głodem.
Plaża kamienista, ludzi niedużo, z nieba przestał się lać żar. Jeszcze tylko wysłuchać ostrzeżeń o piciu wody lub dostaniu się jej do oczu, przebieramy się i wchodzimy do morza.
Woda cieplejsza niż powietrze i jakaś taka gęsta - jak oliwa. Oczywiście, nie da się w niej utonąć - wypycha ciało ku powierzchni - bardzo relaksujące uczucie. Śmiejemy się w głos, kiedy Manoch namawia, żeby dotknąć mokrym palcem języka, a ci, którzy to robią (m.in. ja) zaczynają warczeć i pluć. Na brzuchu w ogóle się nie da pływać - nogi idą ku górze i kręgosłup się wygina, a trzeba uważać, żeby nie zamoczyć oczu. Za to na plecach można zasnąć. Ponieważ na zajęciach z historii NT posługujemy się językiem włoskim, najczęściej powtarzane słowo to: "incredibile" - niewiarygodne.
Jakaś para na brzegu wysmarowała się błotem, kupionym wcześniej w kiosku, gdzie broszurki są nawet po rosyjsku - wygląda to komicznie - cali czarni. Udając ekspertów, tłumaczymy kolegom z Indii leczniczo-kosmetyczne właściwości błota z Morza Martwego.
Jeszcze tylko prysznic i można wciągnąć dwie ogromne kanapki arabskiego chleba z "czymśtam", przygotowane przed wyjazdem przez naszego kucharza. "Jakie smaczne, incredibile".
Teraz do Qumran (akcent na ostatnią sylabę). Tu mam krótką prezentację na temat esseńczyków. Nieco się obawiałem, bo mimo, iż się długo przygotowywałem, zawsze można spotkać pytanie typu: "Jaka jest relacja między tekstem Reguły Damasceńskiej z Cairo Geniza a tym z grot 4, 5 i 6?", albo "Którego typu pesharim jest więcej: continuo czy tematico?". Na szczęście po 20 minutach mówienia stwierdziłem, że stopień uwagi znacznie się obniżył - zmęczenie dnia dało o sobie znać. Mówiłem, więc przez kolejne 20 minut, po czym bez żadnych pytań wsiedliśmy do busika, "bo już późno się zrobiło".
Wczoraj i dziś najwięcej czasu zajęło "studiowanie typowe" - przy biurku. Chociaż nie, dzisiaj o 5.45 rano poszliśmy pod Western Wall (tzw. Ścianę Płaczu) zobaczyć, jak ortodoksyjni Żydzi świętują Sukkot (akcent znów na ostatnią sylabę).
Było "interesting", jak to Libor określił...
Jutro 4.25 (!) wyjazd do Qumran (wiadomo, gdzie akcent). Mamy spędzić dzień, jak wspólnota tam zamieszkująca: modlitwa o wschodzie słońca (teksty wydrukowane na podstawie znalezionych manuskryptów), posiłki, praca (w naszym przypadku zwiedzanie wykopalisk) , nauka i rytualna kąpiel (tu chyba przesadziłem). Profesor zrobił dziś wstępne spotkanie - 2 i pół godziny bez przerwy (na szczęście z użyciem środków audiowizualnych).
Muszę wcześniej się położyć, bo wstać trzeba, jak to Michel skwitował: "Oh no, in the middle of the night".
To wszystko się dzieje naprawdę, incredibile...
To była długa niedziela...
piotr, 02:14h
Po górach nie łatwo się chodzi, po pustyni też, ale kiedy góry połączą się z pustynią - to już prawdziwy trud.
Chodzimy po En Gedi. W zamierzeniu ma to być rezerwat przyrody. W broszurce zdjęcia wilka, tygrysa, jakichś ptaków i węża. To ostatnie nieco mnie niepokoi, ale co tam.
Na początku wygląda to jak miły spacerek. W cieniu kolczastych drzew, wśród rodzin z dziećmi (Święta śą przecież) idziemy żartując na tematy przyrodnicze ("Ta skała wygląda jak wielkie, skamieniałe lody", "Chcąc złapać tygrysa, trzeba mu nasypać soli na ogon", etc.). Z czasem ludzi jest coraz mniej, powietrza w płucach też. Żar z nieba, pył i droga ciągle pod górę. Pot skleja się z koszulką, o dolnej połowie ciała nie wspominając (po co brałem jeansy? Hmmm, w sumie wszyscy mają jeansy). W rytmicznym marszu gubimy kilku kolegów - zrezygnowali i zawrócili.
Biblijnie jest.
Tobias stwierdza filozoficznie: "Wyobraź sobie wieczorem, po takim dniu, jak słodkie musiało być wino..."
Wyobrażam sobie cokolwiek zimnego do picia i wtedy dochodzimy do żródła. Woda jest fantastyczna. Zanurzamy się w niej cali. Wodospadzik niewielki, ale w tym momencie wydaje nam się Niagarą. Woda jest chłodna, czysta i orzeźwia niesamowicie. Już po kilku minutach siły zostają zregenerowane.
Nie można chyba lepiej wytłumaczyć, co w języku biblijnym znaczy woda, jak ważne są na pustyni studnie, źródełka, oazy.
To się nazywa lekcja poglądowa...
Wracając, idziemy na skróty ("Czy te druty kolczaste coś oznaczają?", "Jak jest po hebrajsku pole minowe?"). Jeszcze tylko zwiedzanie jakiejś starożytnej synagogi z 3-5 wieku ("Fajnie, ale gdzie jest busik?") i jedziemy dalej - tym razem nad brzeg Morza Martwego, które przez cały dzień przewija się nam przed oczami na wschodzie...
Chodzimy po En Gedi. W zamierzeniu ma to być rezerwat przyrody. W broszurce zdjęcia wilka, tygrysa, jakichś ptaków i węża. To ostatnie nieco mnie niepokoi, ale co tam.
Na początku wygląda to jak miły spacerek. W cieniu kolczastych drzew, wśród rodzin z dziećmi (Święta śą przecież) idziemy żartując na tematy przyrodnicze ("Ta skała wygląda jak wielkie, skamieniałe lody", "Chcąc złapać tygrysa, trzeba mu nasypać soli na ogon", etc.). Z czasem ludzi jest coraz mniej, powietrza w płucach też. Żar z nieba, pył i droga ciągle pod górę. Pot skleja się z koszulką, o dolnej połowie ciała nie wspominając (po co brałem jeansy? Hmmm, w sumie wszyscy mają jeansy). W rytmicznym marszu gubimy kilku kolegów - zrezygnowali i zawrócili.
Biblijnie jest.
Tobias stwierdza filozoficznie: "Wyobraź sobie wieczorem, po takim dniu, jak słodkie musiało być wino..."
Wyobrażam sobie cokolwiek zimnego do picia i wtedy dochodzimy do żródła. Woda jest fantastyczna. Zanurzamy się w niej cali. Wodospadzik niewielki, ale w tym momencie wydaje nam się Niagarą. Woda jest chłodna, czysta i orzeźwia niesamowicie. Już po kilku minutach siły zostają zregenerowane.
Nie można chyba lepiej wytłumaczyć, co w języku biblijnym znaczy woda, jak ważne są na pustyni studnie, źródełka, oazy.
To się nazywa lekcja poglądowa...
Wracając, idziemy na skróty ("Czy te druty kolczaste coś oznaczają?", "Jak jest po hebrajsku pole minowe?"). Jeszcze tylko zwiedzanie jakiejś starożytnej synagogi z 3-5 wieku ("Fajnie, ale gdzie jest busik?") i jedziemy dalej - tym razem nad brzeg Morza Martwego, które przez cały dzień przewija się nam przed oczami na wschodzie...
poniedzia?ek, 17. pa?dziernika 2005
Śmierć nad niewolę...
piotr, 00:35h
Zwiedzaliśmy dziś Masadę. Nie będę się rozwodził, tylko krótko streszczę dla tych, którzy "cośtam słyszeli".
Masadà (z akcentem na koniec) to po hebrajsku forteca. W tej fortecy, która jest de facto górskim blokiem szerokim na 650 m, długim na 300 i wysokim na 450 m wysokości względnej(nad poziom Morza Martwego, które jest jakieś 300 m PONIŻEJ poziomu morza) schroniła się ostatnia grupa powstańców żydowskich. Wszystko, co wiemy na ten temat pochodzi od Józefa Flawiusza, więc w tym przypadku trzeba podejść z rezerwą.
W każdym razie, po wybuchu powstania (66), grupka buntowników przejęła fortecę, w której dotąd stacjonował mały garnizon Rzymian. Po upadku Jerozolimy (70) dołączyli do nich inni. Twierdza pozostawała ich schronieniem (i solą w oku niepokonanej armi Rzymskiej). W końcu (w roku 73, może nawet 74) Flavius Silva wraz z 8000 żołnierzy z Legionu X rozbił 8 obozów. Rzymianie oblegali twierdzę przez okres kilku miesięcy. Na nic zdało się czekanie na śmierć obrońców z pragnienia lub głodu. System kanałów zbierających deszczówkę do potężnych cystern (wszedłem do dwóch - ogromne były) i uprawa roślin na poletkach nawożonych odchodami ludzi i gołębi zapewniały środki do życia. Zdesperowany rzymski wódz postanowił zbudować rampę od zachodniej strony. Usypano ją z kamieni, piasku i kawałków drewna, po czym wieża oblężnicza wjechała po niej z potężnym taranem i zrobiła wyrwę w murach. Rzymianie wycofali się, by powrócić o poranku. Tymczasem powstańcy nie mieli juz nadziei. Eleazar Ben Yair wygłosił dwie mowy, w których zachęcał by wybrać śmierć zamiast niewoli. Najpierw kobiety i dzieci ("bo lepsza jest dla nich śmierć niż hańba"), potem mężczyźni, losując kolejność.
Rzymianie wkraczając o świcie zastali ciszę, która unosi się nad Masadą do dziś (chyba, że przybywa hałaśliwa grupa turystów).
Co jest prawdą w tej historii?
Józef Flawiusz tak to przekazuje. Twierdzi, że dwie kobiety i pięcioro dzieci przeżyły ukryte w cysternach,by opowiedzieć Rzymianom o wszystkich wydarzeniach.
Nawet dwie mowy Eleazara cytuje. To fragment pierwszej:
"Let our wives die before they are abused, and our children before they have tasted of slavery; and after we have slain them, let us bestow that glorious benefit upon one another mutually, and preserve ourselves in freedom, as an excellent funeral monument for us. But first let us destroy our money and the fortress by fire; for I am well assured that this will be a great grief to the Romans, that they shall not be able to seize upon our bodies, and shall fall of our wealth also; and let us spare nothing but our provisions; for they will be a testimonial when we are dead that we were not subdued for want of necessaries, but that, according to our original resolution, we have preferred death before slavery."
Drugą (jak też całą opowieść) można znależć TUTAJ, w rozdziale 8.

Zdjęcie pochodzi ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela (http://www.mfa.gov.il). Lepiej to zaznaczyć, bo z nimi nie warto zadzierać.
P.S. Pamiętam zadanie z matematyki:
"960 osób stoi tworząc okrąg. Przypuśćmy, że jesteś jedną z nich. Zaczynasz liczyć od siebie, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Odliczasz zawsze tę samą liczbę (np. 4). Osoba wskazana przez liczbę (każda "co czwarta") odpada. Jaką liczbę wybrać, żeby odpaść na końcu?"
Wtedy, w szkole średniej, wydawało mi się ciekawe. Dziś myślę, że nieco makabryczne. Pamiętam, że na końcu, małym drukiem napisane było, że inspiracją zadania były wydarzenia w Masadzie.
P.S.2. Było 37°C w cieniu. Jutro o dalszych etapach dzisiejszej wycieczki...
Masadà (z akcentem na koniec) to po hebrajsku forteca. W tej fortecy, która jest de facto górskim blokiem szerokim na 650 m, długim na 300 i wysokim na 450 m wysokości względnej(nad poziom Morza Martwego, które jest jakieś 300 m PONIŻEJ poziomu morza) schroniła się ostatnia grupa powstańców żydowskich. Wszystko, co wiemy na ten temat pochodzi od Józefa Flawiusza, więc w tym przypadku trzeba podejść z rezerwą.
W każdym razie, po wybuchu powstania (66), grupka buntowników przejęła fortecę, w której dotąd stacjonował mały garnizon Rzymian. Po upadku Jerozolimy (70) dołączyli do nich inni. Twierdza pozostawała ich schronieniem (i solą w oku niepokonanej armi Rzymskiej). W końcu (w roku 73, może nawet 74) Flavius Silva wraz z 8000 żołnierzy z Legionu X rozbił 8 obozów. Rzymianie oblegali twierdzę przez okres kilku miesięcy. Na nic zdało się czekanie na śmierć obrońców z pragnienia lub głodu. System kanałów zbierających deszczówkę do potężnych cystern (wszedłem do dwóch - ogromne były) i uprawa roślin na poletkach nawożonych odchodami ludzi i gołębi zapewniały środki do życia. Zdesperowany rzymski wódz postanowił zbudować rampę od zachodniej strony. Usypano ją z kamieni, piasku i kawałków drewna, po czym wieża oblężnicza wjechała po niej z potężnym taranem i zrobiła wyrwę w murach. Rzymianie wycofali się, by powrócić o poranku. Tymczasem powstańcy nie mieli juz nadziei. Eleazar Ben Yair wygłosił dwie mowy, w których zachęcał by wybrać śmierć zamiast niewoli. Najpierw kobiety i dzieci ("bo lepsza jest dla nich śmierć niż hańba"), potem mężczyźni, losując kolejność.
Rzymianie wkraczając o świcie zastali ciszę, która unosi się nad Masadą do dziś (chyba, że przybywa hałaśliwa grupa turystów).
Co jest prawdą w tej historii?
Józef Flawiusz tak to przekazuje. Twierdzi, że dwie kobiety i pięcioro dzieci przeżyły ukryte w cysternach,by opowiedzieć Rzymianom o wszystkich wydarzeniach.
Nawet dwie mowy Eleazara cytuje. To fragment pierwszej:
"Let our wives die before they are abused, and our children before they have tasted of slavery; and after we have slain them, let us bestow that glorious benefit upon one another mutually, and preserve ourselves in freedom, as an excellent funeral monument for us. But first let us destroy our money and the fortress by fire; for I am well assured that this will be a great grief to the Romans, that they shall not be able to seize upon our bodies, and shall fall of our wealth also; and let us spare nothing but our provisions; for they will be a testimonial when we are dead that we were not subdued for want of necessaries, but that, according to our original resolution, we have preferred death before slavery."
Drugą (jak też całą opowieść) można znależć TUTAJ, w rozdziale 8.

Zdjęcie pochodzi ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela (http://www.mfa.gov.il). Lepiej to zaznaczyć, bo z nimi nie warto zadzierać.
P.S. Pamiętam zadanie z matematyki:
"960 osób stoi tworząc okrąg. Przypuśćmy, że jesteś jedną z nich. Zaczynasz liczyć od siebie, w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Odliczasz zawsze tę samą liczbę (np. 4). Osoba wskazana przez liczbę (każda "co czwarta") odpada. Jaką liczbę wybrać, żeby odpaść na końcu?"
Wtedy, w szkole średniej, wydawało mi się ciekawe. Dziś myślę, że nieco makabryczne. Pamiętam, że na końcu, małym drukiem napisane było, że inspiracją zadania były wydarzenia w Masadzie.
P.S.2. Było 37°C w cieniu. Jutro o dalszych etapach dzisiejszej wycieczki...
niedziela, 16. pa?dziernika 2005
Właściwie to już po Szabacie...
piotr, 01:40h
W Szabat pewnych rzeczy po prostu nie wolno robić. Winda w hotelu jeździ automatycznie - zatrzymuje się na każdym piętrze, żeby nie naciskać przycisku, światła nie wolno zapalać, więc jest skonfigurowane automatycznie - samo się zapala i gaśnie...
Pino opowiadał, że zatrzymał go jakiś Żyd na Starym Mieście i spytał czy mógłby mu pomóc. Pino uczynny jest, więc się zgodził. Żyd zabrał go do swojego domu i poprosił o otwarcie lodówki (w Szabat mu nie wolno).
Ciekawa religia...
Chłodny wieczór - Kardynał Martini twierdzi, że będzie padać jutro (pewnie Wiadomości TV Israel obejrzał).
A niech pada - nas i tak nie będzie - może włosów mi przybędzie od błota z Morza Martwego...
Pino opowiadał, że zatrzymał go jakiś Żyd na Starym Mieście i spytał czy mógłby mu pomóc. Pino uczynny jest, więc się zgodził. Żyd zabrał go do swojego domu i poprosił o otwarcie lodówki (w Szabat mu nie wolno).
Ciekawa religia...
Chłodny wieczór - Kardynał Martini twierdzi, że będzie padać jutro (pewnie Wiadomości TV Israel obejrzał).
A niech pada - nas i tak nie będzie - może włosów mi przybędzie od błota z Morza Martwego...
sobota, 15. pa?dziernika 2005
piotr, 00:40h
Pracowity dzień. Greka, oczywiście. Najpierw przygotowanie, potem zajęcia. Okazało się, że emerytowany profesor (Belg z pochodzenia) nie jest taki straszny, jak go malują. Ciekawe, jaki będzie na egzaminie.
W połowie lekcji syrena oznajmiła całemu miastu, że rozpoczął się Szabat.
Po kolacji przysiadłem w bibliotece nad wspólnotą Esseńczyków - jutro cały dzień z nimi spędzę. Muszę przygotować przentację na niedzielę. Jedziemy nad Morze Martwe, do Masady, Qumran...
Zapowiada się pracowita sobota i ciekawa niedziela...
W połowie lekcji syrena oznajmiła całemu miastu, że rozpoczął się Szabat.
Po kolacji przysiadłem w bibliotece nad wspólnotą Esseńczyków - jutro cały dzień z nimi spędzę. Muszę przygotować przentację na niedzielę. Jedziemy nad Morze Martwe, do Masady, Qumran...
Zapowiada się pracowita sobota i ciekawa niedziela...
pi?tek, 14. pa?dziernika 2005
piotr, 01:48h
Dziś był Jom Kippur, ale jestem zbyt zmęczony nauką, żeby się rozwodzić na ten temat. Powiem tylko, że można było chodzić środkiem ulicy. Dzieci jeżdżą na rollkach i grają w piłkę, ulice w Żydowskiej części są nieużywane przez kierowców - w Jom Kippur nie wolno jeździć samochodem.
O kurczakach, Kol nidre, poście i innych sprawach związanych z Szabatem Szabatów można poczytać w necie (z pewnością).
Aha, jest jeszcze obraz Maurycego Gottlieba - polskiego Żyda - "Jom Kippur w Synagodze", ale pamiętam, że jakoś słabo do mnie przemawiał, więc nie szukam nawet...
O kurczakach, Kol nidre, poście i innych sprawach związanych z Szabatem Szabatów można poczytać w necie (z pewnością).
Aha, jest jeszcze obraz Maurycego Gottlieba - polskiego Żyda - "Jom Kippur w Synagodze", ale pamiętam, że jakoś słabo do mnie przemawiał, więc nie szukam nawet...
Miejsca, których nie ma...
piotr, 02:35h
Izrael to ziemia miejsc, których nie ma...
Tak mi kiedyś jeden profesor powiedział i coś w tym jest.
Arabowie pokazują: "To tutaj", Żydzi zaprzeczają: "Nie, to tam." A Chrześcijanie mówią, że "to jeszcze gdzie indziej".
To w uproszczeniu. Dzisiaj staliśmy w pewnym miejscu i wierzący Żyd wyciągnął modlitewnik, dotknął ściany i zaczął recytować modlitwę (jutro Jom Kippur, więc religijność wzrasta - zupełnie jak u Arabów w Ramadan i u nas w Wielkim Poście). Modlił się więc, ów Żyd w miejscu, gdzie miał być grób Dawida. A nasz profesor 30 sekund wcześniej rozpoczął naukowy wykład udowadniający, że w tym miejscu NA PEWNO nie znajduje się grób Dawida.
Tak jest zresztą z większością świętych miejsc. Mury Starego miasta mają kilka warstw (najstarsza jest nawet z czasów Heroda i wcześniej), ale poprzesuwane to wszystko, poprzenoszone, nieaktualne - "Tu była dolina, tu był mur, tamto było tam".
I mógłbym w tym momencie ten dyskurs zakończyć, ale muszę dodać, że ważnym jest, by zrozumieć - nie czcimy miejsc. One nie są święte. Czcimy zawsze Boga Jedynego, co się tłumaczy oddajemy cześć Jemu Samemu.
Miejsca są święte Jego Świętością.
Żydzi oddają Mu cześć wiedząc, że prowadził ich jako Lud Wybrany. I to miasto jest wielkim Znakiem tego wybraństwa, jest jakby Świadkiem Przymierza i zarazem jego uczestnikiem. Każdy kamień mówi im: "Adonaj elohenu, Adonaj ehad".
Dla Muzułmanów Jerozolima będzie na zawsze związana z osoba Proroka. To jemu Allah udzielił objawienia ostatecznego, a w tym miejscu to potwierdził zabierając go do nieba (podobno).
Wreszcie chrześcijanie widzą tu Ślady Boga Wcielonego. "Boskość" przechadzała się ulicami tego miasta, Mądrość tu nocowała, a w końcu Miłość tutaj umarła, żeby żyć.
I nie ważne jest, czy droga krzyżowa zaczyna się tam, gdzie chcą chrześcijanie ją zaczynać, czy tam, gdzie archeologia z historią by ją rozpoczęły. Tak samo nie ważne, czy dwaj architekci Salomona spoczywają przy Bramie Jaffy (bo ich Mądry Król ściąć kazał za pozostawienie Syjonu na zewnątrz miasta), czy to tylko bajki dla dzieci. Nie ważne gdzie stał czyj pałac, ile metrów niżej jest prawdziwa ulica, w którą stronę przesunęło się miasto, mury, domy, pagórki.
Ważne, żeby w tym wszystkim JEGO spotkać.
"Niech będzie błogosławiony Pan z Syjonu, który mieszka w Jeruzalem! Alleluja."
Ps 135, 21
Tak mi kiedyś jeden profesor powiedział i coś w tym jest.
Arabowie pokazują: "To tutaj", Żydzi zaprzeczają: "Nie, to tam." A Chrześcijanie mówią, że "to jeszcze gdzie indziej".
To w uproszczeniu. Dzisiaj staliśmy w pewnym miejscu i wierzący Żyd wyciągnął modlitewnik, dotknął ściany i zaczął recytować modlitwę (jutro Jom Kippur, więc religijność wzrasta - zupełnie jak u Arabów w Ramadan i u nas w Wielkim Poście). Modlił się więc, ów Żyd w miejscu, gdzie miał być grób Dawida. A nasz profesor 30 sekund wcześniej rozpoczął naukowy wykład udowadniający, że w tym miejscu NA PEWNO nie znajduje się grób Dawida.
Tak jest zresztą z większością świętych miejsc. Mury Starego miasta mają kilka warstw (najstarsza jest nawet z czasów Heroda i wcześniej), ale poprzesuwane to wszystko, poprzenoszone, nieaktualne - "Tu była dolina, tu był mur, tamto było tam".
I mógłbym w tym momencie ten dyskurs zakończyć, ale muszę dodać, że ważnym jest, by zrozumieć - nie czcimy miejsc. One nie są święte. Czcimy zawsze Boga Jedynego, co się tłumaczy oddajemy cześć Jemu Samemu.
Miejsca są święte Jego Świętością.
Żydzi oddają Mu cześć wiedząc, że prowadził ich jako Lud Wybrany. I to miasto jest wielkim Znakiem tego wybraństwa, jest jakby Świadkiem Przymierza i zarazem jego uczestnikiem. Każdy kamień mówi im: "Adonaj elohenu, Adonaj ehad".
Dla Muzułmanów Jerozolima będzie na zawsze związana z osoba Proroka. To jemu Allah udzielił objawienia ostatecznego, a w tym miejscu to potwierdził zabierając go do nieba (podobno).
Wreszcie chrześcijanie widzą tu Ślady Boga Wcielonego. "Boskość" przechadzała się ulicami tego miasta, Mądrość tu nocowała, a w końcu Miłość tutaj umarła, żeby żyć.
I nie ważne jest, czy droga krzyżowa zaczyna się tam, gdzie chcą chrześcijanie ją zaczynać, czy tam, gdzie archeologia z historią by ją rozpoczęły. Tak samo nie ważne, czy dwaj architekci Salomona spoczywają przy Bramie Jaffy (bo ich Mądry Król ściąć kazał za pozostawienie Syjonu na zewnątrz miasta), czy to tylko bajki dla dzieci. Nie ważne gdzie stał czyj pałac, ile metrów niżej jest prawdziwa ulica, w którą stronę przesunęło się miasto, mury, domy, pagórki.
Ważne, żeby w tym wszystkim JEGO spotkać.
"Niech będzie błogosławiony Pan z Syjonu, który mieszka w Jeruzalem! Alleluja."
Ps 135, 21
?roda, 12. pa?dziernika 2005
piotr, 01:42h
Wczoraj cieszyłem się świetną lokalizacją domu, w którym mieszkam, dzisiaj zauważam pewne wady. Otóż trwa Ramadan i muzułmanie robią po zachodzie słońca imprezy. Właśnie przez zamknięte okno wdzierają się do mojego pokoju dźwięki kolejnej piosenki - makabrycznie głośnej, arabskiej i trochę denerwującej swoją niezwykłą dla Europejczyjków harmonią.
Cóż... Przeżyłem rok hałasu ulicy w centrum Rzymu - przeżyję i Ramadan...
Dziś rano wyruszyłem na wędrówkę po Świętym Mieście i po odwiedzeniu wielu miejsc (za dużo by opowiadać) w pewnym momencie znalazłem się na poziomie dachów (!) Nie wiem jak to się stało - po prostu szedłem i szedłem i schody jakieś były, potem dziwne przejścia, schodki, wąskie zułki i nagle jestem NAD ULICAMI. Pusto, gorąco, a ja nie umiem wrócić. Krążę, szukam jakiegoś wyjścia i nic. Już miałem zcząć się niepokoić, gdy spotkałem trzech Żydów. W czarnych chałatach, kapeluszach i z pejsami wyglądali na tym dachu jak nierzeczywiste zjawisko. Zapytałem grzecznie o jakieś przejście, zejście czy wyjście, a oni równie grzecznie wskazli mi małe drzwiczki. Wchodzę, a tu jesziwa, czyli taka szkoła rabiniczna. Żydzi siedzą i czytają. Nawet nie miałem czasu się poprzyglądać, tylko szybko znalazłem schodki, potem drugie, trzy zaułki i znowu schody i wyszedłem w części muzułmańskiej. Tu spotkałem Kawasaki. To ksiądz z Tokyo. Nie pamiętam nigdy jego imienia i wmyślach nazywam go Honsiu albo Kawasaki. Wracał sobie z jakichś lekcji. Opowiedziałem mu przygodę z dachami, a on mnie pyta, czy chcę zobaczyć prawdziwy dach. Też mi pytanie! Poszliśmy do jego szkoły - instytut jakiś zakonny, czy coś i mogłem wejść na prawdziwy dach. Z tej wysokości widać było pięknie Meczet na górze Moria (Dome of The Rock) i w ogóle widać było dużo.
Potem powiedziałem Kawasakiemu, że do Meczetu wejść można od 7 do 9 rano. A on mi na to, że spróbujemy przez checkpoint przy Ścianie Płaczu. Dotarliśmy tam w miarę sprawnie i moje przewidywania się potwierdziły - zamknięte.
Ale nie ma tego złego... Honsiu opowiedział mi dużo ciekawostek o tej częśći miasta. Potem patrząc z wysokości murów wspomniał o Sadzawce Siloe, do której podobno można dojść za dnia i we dwóch, albo trzech, bo Muzułmanie od czasu ostatniej intifady nie lubią obcych. Mówię mu: "No to idziemy!" On się wahał, ale tylko przez pół sekundy i weszliśmy do części, gdzie żyje muzułmańska biedota. Widok nieciekawy - zero turystów, domy w opłakanym stanie, ludzie patrzą złowrogo spod oka. Ale co tam? Idziemy twardo ciągle w dół zboczem stromego pagórka. Dzielnica byłaby pełna turystów, a turyści to kasa, ale Arabowie więcej niż kasę cenią swoje przekonania. I klepią biedę, ale to chyba godne podziwu - idea ponad materię, poglądy ponad wygodne życie. Szkoda tylko, że ta idea i te poglądy pachną przemocą, fanatyzmem i nienawiścią. To nie do końca ich wina, ale to temat na dłuższy dyskurs. Tymczasem na dole Sadzawka Siloe (hmmm), potem wspinamy się inną ścieżką do ruin starożytnego Miasta Dawida. Kawasaki cały czas mi objaśnia, tłumaczy, pokazuje. Widzę drogę, którą prawdopodobnie Jezus wjeżdżał na osiołku do Jerozolimy i Wzgórze Oliwne. W końcu bezpiecznie wracamy do murów Starego Miasta i (błądząc niepotrzebnie wśród uliczek) wracamy na obiad. Zmęczony, ale szczęśliwy po obiedzie siadłem do nauki. I tak do tej pory (z przerwą na Eucharystię, kolację i brewiarz). Czas iść spać. Jutro o 6.45 z Liborem (Słowakiem) idziemy do Meczetu Al Aqsa i do Dome of the Rock, skąd Mahomet został wzięty do nieba (podobno).
To tyle...
P.S.1. Na piątek mam tylko 2 pierwsze rozdziału Listu do Koryntian.
P.S.2. Co miało znaczyć to "hmmm" przy Sadzawce Siloe?
P.S.3. Po raz drugi żałuję, że nie mam aparatu (pierwszy raz żałowałem w New Yorku).
Cóż... Przeżyłem rok hałasu ulicy w centrum Rzymu - przeżyję i Ramadan...
Dziś rano wyruszyłem na wędrówkę po Świętym Mieście i po odwiedzeniu wielu miejsc (za dużo by opowiadać) w pewnym momencie znalazłem się na poziomie dachów (!) Nie wiem jak to się stało - po prostu szedłem i szedłem i schody jakieś były, potem dziwne przejścia, schodki, wąskie zułki i nagle jestem NAD ULICAMI. Pusto, gorąco, a ja nie umiem wrócić. Krążę, szukam jakiegoś wyjścia i nic. Już miałem zcząć się niepokoić, gdy spotkałem trzech Żydów. W czarnych chałatach, kapeluszach i z pejsami wyglądali na tym dachu jak nierzeczywiste zjawisko. Zapytałem grzecznie o jakieś przejście, zejście czy wyjście, a oni równie grzecznie wskazli mi małe drzwiczki. Wchodzę, a tu jesziwa, czyli taka szkoła rabiniczna. Żydzi siedzą i czytają. Nawet nie miałem czasu się poprzyglądać, tylko szybko znalazłem schodki, potem drugie, trzy zaułki i znowu schody i wyszedłem w części muzułmańskiej. Tu spotkałem Kawasaki. To ksiądz z Tokyo. Nie pamiętam nigdy jego imienia i wmyślach nazywam go Honsiu albo Kawasaki. Wracał sobie z jakichś lekcji. Opowiedziałem mu przygodę z dachami, a on mnie pyta, czy chcę zobaczyć prawdziwy dach. Też mi pytanie! Poszliśmy do jego szkoły - instytut jakiś zakonny, czy coś i mogłem wejść na prawdziwy dach. Z tej wysokości widać było pięknie Meczet na górze Moria (Dome of The Rock) i w ogóle widać było dużo.
Potem powiedziałem Kawasakiemu, że do Meczetu wejść można od 7 do 9 rano. A on mi na to, że spróbujemy przez checkpoint przy Ścianie Płaczu. Dotarliśmy tam w miarę sprawnie i moje przewidywania się potwierdziły - zamknięte.
Ale nie ma tego złego... Honsiu opowiedział mi dużo ciekawostek o tej częśći miasta. Potem patrząc z wysokości murów wspomniał o Sadzawce Siloe, do której podobno można dojść za dnia i we dwóch, albo trzech, bo Muzułmanie od czasu ostatniej intifady nie lubią obcych. Mówię mu: "No to idziemy!" On się wahał, ale tylko przez pół sekundy i weszliśmy do części, gdzie żyje muzułmańska biedota. Widok nieciekawy - zero turystów, domy w opłakanym stanie, ludzie patrzą złowrogo spod oka. Ale co tam? Idziemy twardo ciągle w dół zboczem stromego pagórka. Dzielnica byłaby pełna turystów, a turyści to kasa, ale Arabowie więcej niż kasę cenią swoje przekonania. I klepią biedę, ale to chyba godne podziwu - idea ponad materię, poglądy ponad wygodne życie. Szkoda tylko, że ta idea i te poglądy pachną przemocą, fanatyzmem i nienawiścią. To nie do końca ich wina, ale to temat na dłuższy dyskurs. Tymczasem na dole Sadzawka Siloe (hmmm), potem wspinamy się inną ścieżką do ruin starożytnego Miasta Dawida. Kawasaki cały czas mi objaśnia, tłumaczy, pokazuje. Widzę drogę, którą prawdopodobnie Jezus wjeżdżał na osiołku do Jerozolimy i Wzgórze Oliwne. W końcu bezpiecznie wracamy do murów Starego Miasta i (błądząc niepotrzebnie wśród uliczek) wracamy na obiad. Zmęczony, ale szczęśliwy po obiedzie siadłem do nauki. I tak do tej pory (z przerwą na Eucharystię, kolację i brewiarz). Czas iść spać. Jutro o 6.45 z Liborem (Słowakiem) idziemy do Meczetu Al Aqsa i do Dome of the Rock, skąd Mahomet został wzięty do nieba (podobno).
To tyle...
P.S.1. Na piątek mam tylko 2 pierwsze rozdziału Listu do Koryntian.
P.S.2. Co miało znaczyć to "hmmm" przy Sadzawce Siloe?
P.S.3. Po raz drugi żałuję, że nie mam aparatu (pierwszy raz żałowałem w New Yorku).
wtorek, 11. pa?dziernika 2005
Już stoją nasze stopy w bramach twoich, o Jeruzalem...
piotr, 01:39h
Z mojego okna widzę mur Starego Miasta. Z podświetloną w nocy ścianą kontrastują wielkie palmy.
Kilka minut i jestem wśród wąskich uliczek - w lepszym miejscu nie można mieszkać.
Zaraz po śniadaniu ruszyłem do Bazyliki Grobu Pańskiego. Pomodliłem się w jakiś przedziwny sposób - jakoś całym sobą, byciem tam, patrzeniem - nie trzeba słów.
Poprosiłem Franciszkanina o spowiedź po polsku i wyszedłem z Bazyliki inny...
Wieczorem zapakowałem Biblię do plecaczka i poszedłem na poszukiwanie Zachodniej Ściany. Kontrola, bramka z wykrywaczem metalu, obowiązkowe nakrycie głowy i jestem na miejscu.
Chwilę modliłem się stojąc twarzą do muru, potem usiadłem na krzesłku i otworzyłem Psalm 122.
Było po 21.00. O tej porze nie ma tu turystów. Są tylko pielgrzymi modlący się i recytujący po hebrajsku fragmenty Księgi.
Wracając zabłądziłem wśród uliczek i znalazłem się w części arabskiej. Pusto, ciemno i tylko grupy wyrostków. Momentami miałem stracha, ale dotarłem do Bramy Damasceńskiej i wzdłuż muru szedłem prosto do domu.
Za dużo wrażeń jak na pierwszy dzień...
Zajęcia zaczynają się w piątek. Do tego czasu mam przeczytać 1 Kor po grecku. Trzeba przysiąść od jutra.

Ps 122:
Uradowałem się, gdy mi powiedziano: «Pójdziemy do domu Pańskiego!»
Już stoją nasze nogi w twych bramach, o Jeruzalem,
Jeruzalem, wzniesione jako miasto gęsto i ściśle zabudowane.
Tam wstępują pokolenia, pokolenia Pańskie, według prawa Izraela, aby wielbić imię Pańskie.
Tam ustawiono trony sędziowskie, trony domu Dawida.
Proście o pokój dla Jeruzalem, niech zażywają pokoju ci, którzy ciebie miłują!
Niech pokój będzie w twoich murach, a bezpieczeństwo w twych pałacach!
Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół będę mówił: «Pokój w tobie!»
Przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, będę się modlił o dobro dla ciebie.
Kilka minut i jestem wśród wąskich uliczek - w lepszym miejscu nie można mieszkać.
Zaraz po śniadaniu ruszyłem do Bazyliki Grobu Pańskiego. Pomodliłem się w jakiś przedziwny sposób - jakoś całym sobą, byciem tam, patrzeniem - nie trzeba słów.
Poprosiłem Franciszkanina o spowiedź po polsku i wyszedłem z Bazyliki inny...
Wieczorem zapakowałem Biblię do plecaczka i poszedłem na poszukiwanie Zachodniej Ściany. Kontrola, bramka z wykrywaczem metalu, obowiązkowe nakrycie głowy i jestem na miejscu.
Chwilę modliłem się stojąc twarzą do muru, potem usiadłem na krzesłku i otworzyłem Psalm 122.
Było po 21.00. O tej porze nie ma tu turystów. Są tylko pielgrzymi modlący się i recytujący po hebrajsku fragmenty Księgi.
Wracając zabłądziłem wśród uliczek i znalazłem się w części arabskiej. Pusto, ciemno i tylko grupy wyrostków. Momentami miałem stracha, ale dotarłem do Bramy Damasceńskiej i wzdłuż muru szedłem prosto do domu.
Za dużo wrażeń jak na pierwszy dzień...
Zajęcia zaczynają się w piątek. Do tego czasu mam przeczytać 1 Kor po grecku. Trzeba przysiąść od jutra.

Ps 122:
Uradowałem się, gdy mi powiedziano: «Pójdziemy do domu Pańskiego!»
Już stoją nasze nogi w twych bramach, o Jeruzalem,
Jeruzalem, wzniesione jako miasto gęsto i ściśle zabudowane.
Tam wstępują pokolenia, pokolenia Pańskie, według prawa Izraela, aby wielbić imię Pańskie.
Tam ustawiono trony sędziowskie, trony domu Dawida.
Proście o pokój dla Jeruzalem, niech zażywają pokoju ci, którzy ciebie miłują!
Niech pokój będzie w twoich murach, a bezpieczeństwo w twych pałacach!
Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół będę mówił: «Pokój w tobie!»
Przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, będę się modlił o dobro dla ciebie.
poniedzia?ek, 10. pa?dziernika 2005
Szalom
piotr, 00:25h
Najpierw było nieco nerwowo w Berlinie. Pani kazała wypakować 2 kg z torby. Po długich namysłach wypadła biała koszula, stalowe spodnie (na kant) i drewniany wieszak na spodnie. Potem 2 kg z podręcznego. Tu zastanawiania było więcej. Wypadł brewiarz tom 1 - będzie potrzebny dopiero na Adwent i Biblia angielskojęzyczna.
Wylądowałem w Budapeszcie punktualnie. Złapałem busika do centrum i próbowałem znależć jakąć informację turystyczną. I tu niespodzianka - na każdym kroku darmowe plany miasta, informacje, kantory wymiany walut. Dostałem przewodnik po polsku, bilet na autobus pod tytułem "2 godzinne zwiedzanie z komentarzem" i ruszyłem oglądać Peszt i Budę (bo w tej kolejności jechaliśmy).
Miasto cudowne, co tu kryć. Posilić się mogłem w Burger Kingu, ale mimo nieznajomości języka wybrałem bardziej egzotyczne miejsce typu "coś lokalnego" - wbrew obawom w Menù nie było niczego ostrego.
Nieco gorzej poszło mi w Metrze. Nie wziąłem całodziennego biletu, bo musiałem tylko 4 razy przejechać. Niestety po węgiersku potrafię tylko powiedzieć "Wesołych Świąt Wielkanocnych" i to ze słowiańskim akcentem, a informacje były tylko w magyar. Wybrałem bilet na 30 min. Okazało się, że był tylko na 3 stacje - ja przejechałem 4. Pani kontrolerka była bezlitosna - 10 $ kary. Od razu przypomniał mi się film "Kontrolerzy" - to przecież w budapesztańskim Metro się działo!
W związku z nieplanowanym wydatkiem postanowiłem nie płynąć statkiem po Dunaju (pięknym, choć nie modrym) i zacząłem rozglądać się uważniej. Wstąpiłem do kościoła - nie wiedząc czy jest rzymskokatolicki i zastałem końcówkę nabożeństwa różańcowego a potem zostałem na Mszy. Nic nie zrozumiałem, ale cieszyłem się jak dzieciak.
Jeszcze tylko lody na jakimś Bardzo Znanym Placu i powrót na lotnisko.
Lot do Tel Aviv to 3 i pół godziny spania - przespałem nawet posiłek - taki zmęczony byłem.
Szukając busika do Jerozolimy spotkałem Assafa - studenta wracającego z Dublinu. Pomógł mi bardzo - całą drogę mi tłumaczył jak wymieniać pieniądze, żeby nie dać się oszukać, jak korzystać z komunikacji, gdzie zjeść dobrze i tanio, jak dzwonić do Polski i Italii. Zostawił mi numer telefonu - "Gdybyś potrzebował roweru - pożyczę ci."
Tak dotarłem na miejsce - Papieski Instytut Biblijny w Jerozolimie - mój dom na najbliższe 5 miesięcy - mieści się w pięknej okolicy. Do szóstej miałem godzinę, wiedząc, że brama będzie zamknięta zamówiłem kawę i rogalika na pobliskiej stacji benzynowej i oddałem się miłej konwersacji ze sprzedawcą. Czemu wszyscy tu mówią po angielsku? Bonawentura twierdzi, że to amerykańska kolonia. Powoli się przejaśniało. Zadzwoniłem do bramy, któś mi otworzył, pokazał pokój, wziąłem prysznic (spotkałem na korytarzu Libora), zamknąłem okiennice i zasnąłem...
O pierwszych wrażeniach następnym razem napiszę...

Wylądowałem w Budapeszcie punktualnie. Złapałem busika do centrum i próbowałem znależć jakąć informację turystyczną. I tu niespodzianka - na każdym kroku darmowe plany miasta, informacje, kantory wymiany walut. Dostałem przewodnik po polsku, bilet na autobus pod tytułem "2 godzinne zwiedzanie z komentarzem" i ruszyłem oglądać Peszt i Budę (bo w tej kolejności jechaliśmy).
Miasto cudowne, co tu kryć. Posilić się mogłem w Burger Kingu, ale mimo nieznajomości języka wybrałem bardziej egzotyczne miejsce typu "coś lokalnego" - wbrew obawom w Menù nie było niczego ostrego.
Nieco gorzej poszło mi w Metrze. Nie wziąłem całodziennego biletu, bo musiałem tylko 4 razy przejechać. Niestety po węgiersku potrafię tylko powiedzieć "Wesołych Świąt Wielkanocnych" i to ze słowiańskim akcentem, a informacje były tylko w magyar. Wybrałem bilet na 30 min. Okazało się, że był tylko na 3 stacje - ja przejechałem 4. Pani kontrolerka była bezlitosna - 10 $ kary. Od razu przypomniał mi się film "Kontrolerzy" - to przecież w budapesztańskim Metro się działo!
W związku z nieplanowanym wydatkiem postanowiłem nie płynąć statkiem po Dunaju (pięknym, choć nie modrym) i zacząłem rozglądać się uważniej. Wstąpiłem do kościoła - nie wiedząc czy jest rzymskokatolicki i zastałem końcówkę nabożeństwa różańcowego a potem zostałem na Mszy. Nic nie zrozumiałem, ale cieszyłem się jak dzieciak.
Jeszcze tylko lody na jakimś Bardzo Znanym Placu i powrót na lotnisko.
Lot do Tel Aviv to 3 i pół godziny spania - przespałem nawet posiłek - taki zmęczony byłem.
Szukając busika do Jerozolimy spotkałem Assafa - studenta wracającego z Dublinu. Pomógł mi bardzo - całą drogę mi tłumaczył jak wymieniać pieniądze, żeby nie dać się oszukać, jak korzystać z komunikacji, gdzie zjeść dobrze i tanio, jak dzwonić do Polski i Italii. Zostawił mi numer telefonu - "Gdybyś potrzebował roweru - pożyczę ci."
Tak dotarłem na miejsce - Papieski Instytut Biblijny w Jerozolimie - mój dom na najbliższe 5 miesięcy - mieści się w pięknej okolicy. Do szóstej miałem godzinę, wiedząc, że brama będzie zamknięta zamówiłem kawę i rogalika na pobliskiej stacji benzynowej i oddałem się miłej konwersacji ze sprzedawcą. Czemu wszyscy tu mówią po angielsku? Bonawentura twierdzi, że to amerykańska kolonia. Powoli się przejaśniało. Zadzwoniłem do bramy, któś mi otworzył, pokazał pokój, wziąłem prysznic (spotkałem na korytarzu Libora), zamknąłem okiennice i zasnąłem...
O pierwszych wrażeniach następnym razem napiszę...

czwartek, 6. pa?dziernika 2005
piotr, 00:35h
Roman wrócił z Kirgistanu.
Opowiada o dzieciakach:
"Przez cały dzień bawią się w jeżdżenie na koniu. Wskakują na wszystko, co się da i udają, że jeżdżą kono. Wskakują praktycznie na wszystko, na przykład na krzesła, to znaczy na krzesła akurat nie, bo oni mieszkają w jurtach, a tam nie ma krzeseł, ale na wszystko oprócz krzeseł..."
Opowiada o dzieciakach:
"Przez cały dzień bawią się w jeżdżenie na koniu. Wskakują na wszystko, co się da i udają, że jeżdżą kono. Wskakują praktycznie na wszystko, na przykład na krzesła, to znaczy na krzesła akurat nie, bo oni mieszkają w jurtach, a tam nie ma krzeseł, ale na wszystko oprócz krzeseł..."
... older stories

