... newer stories
wtorek, 8. listopada 2005
I poszedł Abram...
piotr, 23:06h
Znowu piszę w bibliotece... Zaczynam się przyzwyczajać do ciepełka tego miejsca.
Dziś krótko. Anegdota na temat żydowskich kapeluszy, jarmułek i innych czapek:
– Skąd wiemy, że już Abraham nosił kippa?
– Jest przecież napisane: „I poszedł Abram…”. Czy możesz sobie wyobrazić, że wyszedł bez nakrycia głowy?

Dziś krótko. Anegdota na temat żydowskich kapeluszy, jarmułek i innych czapek:
– Skąd wiemy, że już Abraham nosił kippa?
– Jest przecież napisane: „I poszedł Abram…”. Czy możesz sobie wyobrazić, że wyszedł bez nakrycia głowy?

poniedzia?ek, 7. listopada 2005
Www = Wymęczone wieczorne wynurzenia...
piotr, 23:48h
Siedzę w bibliotece i czytam artykuł o prozie z księgi Joba – o leksykalnych dowodach na późne pochodzenie tej księgi. Przykładów mnóstwo, więc raczej zgodzę się z autorem. Hehe.
Chyba wystarczy na dzisiaj tej nauki. Dobrze jest kłaść się spać z poczuciem wyciśnięcia z doby wszystkiego, co najlepsze – innymi słowy: z pewnością dobrego wykorzystania czasu. Jutro rano zajęcia z tradycji i zwyczajów żydowskich – taki nieobowiązkowy wykładzik, na który się zapisałem, po obiedzie analiza 5 rozdziału Sędziów. Giovanni stwierdził dziś przy kolacji, że gdyby dorwał gościa, który to napisał, to by go zabił. Śmiać mi się chciało, bo przypomniałem sobie skomplikowaną kwestię autorstwa tekstów biblijnych (Bóg-Autor, Człowiek-Pisarz). Zabić Boga niejeden już próbował. Ok, chodziło o skomplikowanie maksymalne, jakiego dopuszczono się tworząc tą pieśń Dobory (ktokolwiek ją popełnił).
Pomijając spowodowany frustracją żart młodego kapłana z Korei Pd. należy z całym przekonaniem stwierdzić, że rzeczywiście, poezji hebrajskiej nie da się zanalizować zwyczajnymi metodami. (Cóż za zdanie!) Co drugi wyraz ma zmienioną formę i zmodyfikowane znaczenie – w stosunku do tych w prozie.
Stwierdziliśmy z Michelem, że trzeba przestać myśleć logicznie, a zacząć artystycznie – nie sens, nie gramatyka, lecz piękno jest najważniejsze. Giovanni jakoś nie wydawał się być zbytnio przekonanym.
A w samym środku wiadomości sportowych Bonaventura poprosił o przełączenie na jakiś francuski kanał, żeby obejrzeć sytuację w Paryżu. No to przełączyłem, ale podobno w lidze hiszpańskiej jakieś ładne bramki padły. Udając się do biblioteki, udawałem przed samym sobą, że to ważne, ale tak naprawdę, co ja tam wiem o lidze hiszpańskiej…
Idę do siebie. Wkleję ten tekst do bloga i kładę się spać.
Żal opuszczać cieplutką bibliotekę…
Chyba wystarczy na dzisiaj tej nauki. Dobrze jest kłaść się spać z poczuciem wyciśnięcia z doby wszystkiego, co najlepsze – innymi słowy: z pewnością dobrego wykorzystania czasu. Jutro rano zajęcia z tradycji i zwyczajów żydowskich – taki nieobowiązkowy wykładzik, na który się zapisałem, po obiedzie analiza 5 rozdziału Sędziów. Giovanni stwierdził dziś przy kolacji, że gdyby dorwał gościa, który to napisał, to by go zabił. Śmiać mi się chciało, bo przypomniałem sobie skomplikowaną kwestię autorstwa tekstów biblijnych (Bóg-Autor, Człowiek-Pisarz). Zabić Boga niejeden już próbował. Ok, chodziło o skomplikowanie maksymalne, jakiego dopuszczono się tworząc tą pieśń Dobory (ktokolwiek ją popełnił).
Pomijając spowodowany frustracją żart młodego kapłana z Korei Pd. należy z całym przekonaniem stwierdzić, że rzeczywiście, poezji hebrajskiej nie da się zanalizować zwyczajnymi metodami. (Cóż za zdanie!) Co drugi wyraz ma zmienioną formę i zmodyfikowane znaczenie – w stosunku do tych w prozie.
Stwierdziliśmy z Michelem, że trzeba przestać myśleć logicznie, a zacząć artystycznie – nie sens, nie gramatyka, lecz piękno jest najważniejsze. Giovanni jakoś nie wydawał się być zbytnio przekonanym.
A w samym środku wiadomości sportowych Bonaventura poprosił o przełączenie na jakiś francuski kanał, żeby obejrzeć sytuację w Paryżu. No to przełączyłem, ale podobno w lidze hiszpańskiej jakieś ładne bramki padły. Udając się do biblioteki, udawałem przed samym sobą, że to ważne, ale tak naprawdę, co ja tam wiem o lidze hiszpańskiej…
Idę do siebie. Wkleję ten tekst do bloga i kładę się spać.
Żal opuszczać cieplutką bibliotekę…
niedziela, 6. listopada 2005
...et Lux Perpetua lucebat eis
piotr, 23:21h
Zmarł ojciec Augustyn Jankowski...
Bibliści też umierają...
Bibliści też umierają...
niedziela, 6. listopada 2005
piotr, 00:29h
Dzisiaj temperatura spadła do 16-18 st. Był to dla mnie ogromny szok termiczny. Mój pokój jest zimny, więc spędziłem cały dzień w bibliotece. Przy okazji stwierdziłem, że jak się chce, to można się uczyć nawet 9 godzin. Libor, o którym dzisiaj mowa, uznałby to za porażkę - bez 10 godzin nauki dzień jest stracony. Troche przesadzam, ale Libor jest prawdziwym cyborgiem. Już w poprzednim semestrze wiedziałem, że jest dobry, że uczy się dużo. Teraz poznałem jego tryb życia. Rano - biega 1 godzinę. Nie robi drzemki w ciągu dnia. Je dość skromnie, można powiedzieć dietetycznie: przede wszystkim warzywa, owoce, unika tłuszczów zwierzęcych. Nie lubi piwa. Kąpie się w zimnej wodzie. Po południu ma przerwę - skacze na skakance (poważnie) i robi ćwiczenia na drążku. Jest porządny aż do bólu. Daleko zajdzie ten mój kumpel ze Słowacji - kiedyś będziemy go prosić o dedykacje na książkach.
Z tego typu ludźmi jest tak: z jednej strony im zazdrościmy, że potrafią być sumienni, systematyczni, poukładani, z drugiej wiemy, że nie każdy taki może być. Staramy się, ale bez przesady...
Dzisiaj byłem jak Libor - ułożony wczoraj plan zrealizowałem.
Pewien, nie opisany dziś przeze mnie Mr Porządnicki, którego imienia nie wymienię, ale on wie, o kogo chodzi (prawda Artur?) byłby ze mnie dumny.
Z jednym małym wyjątkiem: miałem się położyć o 23.00 a już prawie wpół do północy...

Zdjęcie Libora jeszcze z grot wokół Qumran (wiem, wiem, już mówiłem, ale powtórzę: akcent na ostatnią sylabę), gdzie można znaleźć różne ciekawe zabawki, np. kości wielbłąda, czy innej antylopy...
Z tego typu ludźmi jest tak: z jednej strony im zazdrościmy, że potrafią być sumienni, systematyczni, poukładani, z drugiej wiemy, że nie każdy taki może być. Staramy się, ale bez przesady...
Dzisiaj byłem jak Libor - ułożony wczoraj plan zrealizowałem.
Pewien, nie opisany dziś przeze mnie Mr Porządnicki, którego imienia nie wymienię, ale on wie, o kogo chodzi (prawda Artur?) byłby ze mnie dumny.
Z jednym małym wyjątkiem: miałem się położyć o 23.00 a już prawie wpół do północy...

Zdjęcie Libora jeszcze z grot wokół Qumran (wiem, wiem, już mówiłem, ale powtórzę: akcent na ostatnią sylabę), gdzie można znaleźć różne ciekawe zabawki, np. kości wielbłąda, czy innej antylopy...
pi?tek, 4. listopada 2005
Lekko prowokacyjnie...
piotr, 23:35h
W Seminarium, potem w Rzymie, nawet w diecezji Charlotte byłem raczej uważany za liberała, czasem może heretyka.
Tutaj patrzą na mnie, jak na polskiego, betonowego konserwatystę.
Od razu Nosowska mi się przypomniała:
"Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia.
Zbyt ładna dla brzydkich, a dla ładnych za brzydka.
Za gruba dla chudych, a dla grubych za chuda.
Za łatwa dla trudnych, a dla łatwych za trudna.
Zbyt czysta dla brudnych, a dla czystych za brudna.
Zbyt szczecińska dla Warszawy, a dla Szczecina zbyt warszawska."
W Trójce Lista i mój kawałek: "Wake me up, when September ends". Już November i padało dziś w Jeruzalem i pranie mi zmokło...
A wracając do tematu, odpowiedź jest tylko pozornie prosta: Bądź sobą.
Bo przecież, żeby być sobą, trzeba najpierw być kimś...
Tutaj patrzą na mnie, jak na polskiego, betonowego konserwatystę.
Od razu Nosowska mi się przypomniała:
"Za mądra dla głupich, a dla mądrych zbyt głupia.
Zbyt ładna dla brzydkich, a dla ładnych za brzydka.
Za gruba dla chudych, a dla grubych za chuda.
Za łatwa dla trudnych, a dla łatwych za trudna.
Zbyt czysta dla brudnych, a dla czystych za brudna.
Zbyt szczecińska dla Warszawy, a dla Szczecina zbyt warszawska."
W Trójce Lista i mój kawałek: "Wake me up, when September ends". Już November i padało dziś w Jeruzalem i pranie mi zmokło...
A wracając do tematu, odpowiedź jest tylko pozornie prosta: Bądź sobą.
Bo przecież, żeby być sobą, trzeba najpierw być kimś...
pi?tek, 4. listopada 2005
piotr, 01:12h
Tak zapisali moje imię i nazwisko w legitymacji studenckiej:


?roda, 2. listopada 2005
Chapters in the Archeology of Jerusalem in the Old Testament Times
piotr, 18:57h
Właśnie wróciłem z najdłuższego wykładu w moim życiu. O 14.30 profesor powiedział tylko, jak się nazywa i zaczął uczyć...
Uczył tak i uczył i uczył i uczył, aż po półtorej godziny powiedział: "Teraz potrzebuję chwilę, żeby..." W tym momencie w ułamku sekundy przez moją głowę prztoczyła się myśl o kawie: "...żeby zrobić przerwę, żeby zrobić przerwę, żeby zrobić przerwę, please". Niestety, ułamek sekundy, jak sama nazwa wskazuje nie trwa zbyt długo i rozczarowanie musiało przyjść: "...żeby poznać wasze nazwiska"- dokończył profesor. Zajęło mu to 1,5 min., po czym znowu powrócił do nauczania. Uczył, uczył, uczył i uczył przez dłuuuuugi czas jeszcze.
Fakt, było to interesujące, ale wytrzymać tyle czasu jest ciężko, nawet gdyby zamiast tego profesora był tam Umberto Eco z Moniką Olejnik, Jerzym Stuhrem, kard. Lustigerem, ekipą z kabaretu "Potem", Januszem Korwinem-Mikke i Davidem Cooprfieldem.
Wykład zakończył się punktualnie o 17.00, a ja wychodząc pomyślałem, że chyba muszę zdobyć adres do Guinessa (tego od Księgi)...
P.S. Właściwie, nikt nie wie, ile trwa ułamek sekundy, ale należy się zgodzić z ogólną opinią na ten temat: Niezbyt długo.
Uczył tak i uczył i uczył i uczył, aż po półtorej godziny powiedział: "Teraz potrzebuję chwilę, żeby..." W tym momencie w ułamku sekundy przez moją głowę prztoczyła się myśl o kawie: "...żeby zrobić przerwę, żeby zrobić przerwę, żeby zrobić przerwę, please". Niestety, ułamek sekundy, jak sama nazwa wskazuje nie trwa zbyt długo i rozczarowanie musiało przyjść: "...żeby poznać wasze nazwiska"- dokończył profesor. Zajęło mu to 1,5 min., po czym znowu powrócił do nauczania. Uczył, uczył, uczył i uczył przez dłuuuuugi czas jeszcze.
Fakt, było to interesujące, ale wytrzymać tyle czasu jest ciężko, nawet gdyby zamiast tego profesora był tam Umberto Eco z Moniką Olejnik, Jerzym Stuhrem, kard. Lustigerem, ekipą z kabaretu "Potem", Januszem Korwinem-Mikke i Davidem Cooprfieldem.
Wykład zakończył się punktualnie o 17.00, a ja wychodząc pomyślałem, że chyba muszę zdobyć adres do Guinessa (tego od Księgi)...
P.S. Właściwie, nikt nie wie, ile trwa ułamek sekundy, ale należy się zgodzić z ogólną opinią na ten temat: Niezbyt długo.
wtorek, 1. listopada 2005
Jesus - the pilot of my life...
piotr, 22:10h
Rano - wykłady, po obiedzie wykłady - to ma być Uroczystość?
Wróciłem przed siódmą - ledwie zdążyłem na Mszę. Namówiłem chłopaków, żeby ornaty wszyscy założyli (akurat białych było 6), więc świątecznie się zrobiło, chciaż niektóre z tych szat pamiętaja chyba pierwszych Jezuitów w Jerozolimie...
I dopiero po kolacji mogę włączyć Eve Cassidy i powspominać tych, którzy odeszli...
Wiem, że zmarłych wspomina się w liturgii jutro, ale ten dzień tak mi się z cmentarzem kojarzy...
Pamiętam, jak byliśmy mali, to cieszyliśmy się, jeśli 1 listopada było zimno, bo to oznaczało, że prawdopodobnie odeślą nas do domu wcześniej, nie będziemy musieli czekać do końca Mszy...
Jeszcze nie pozwalali się bawić zniczami, a podpalanie różnych papierków i drewienek, to taka fajna zabawa...
Grób Nieznanego Żołnierza, opuszczone, zapomniane, "niczyje" groby - wszędzie mnóstwo świec...
Z późniejszych czasów pamiętam spotkania rodzinne - okazja, żeby zobaczyć bliskich...
Jeszcze później, moim towarzyszem został (na sześć lat)Cmentarz w Sz. - "Największy w Europie, zaraz po paryskim" - jak mówią mieszkańcy.
Namarzłem się czasem...
Jednego roku, jako kleryk zawieszałem głośniki w alejce - zastała nas północ prawie, ale ile w tym nastroju było - chorał gregoriański, ciemne drzewa...
No i oczywiście cmentarz w K. - mój pierwszy rok kapłaństwa. Zrobiliśmy z Waldkiem spotkanie modlitewne z pochodniami, wędrówką wokół i Apelem Jasnogórskim na koniec.
Marzył mi się koncert na cmentarzu pod hasłem "Z Tobą ciemność nie będzie ciemna...", ale to już chyba kiedyśtam...
Pewnie, że lubimy "klimacik", nastrój, tradycję, ale ważne, żeby nie przeoczyć szansy, jaką daje nam Bóg pozwalając dotknąć śmierci. Obserwujemy przemijanie, odchodzą najbliżsi - czy można nie pomyśleć przy tej okazji: "Ja też odejdę"?
Czy można nie zatrzymać się na chwilę i zapytać: "Dokąd idę"?
Dokąd pójdę? - Tam, dokąd idę.
Trzeba co jakiś czas weryfikować kierunek, sprawdzać kompas, mapę i pytać się siebie: "Czy leci ze mną pilot?"
A dzisiaj Eva śpiewa: "And I miss you most of all, when autumn leaves start to fall".
W Jerozolimie nie spadają liście, jest raczej późne lato, chociaż chmury niosą pewną nadzieję, że się zajesieni troszkę...
Wróciłem przed siódmą - ledwie zdążyłem na Mszę. Namówiłem chłopaków, żeby ornaty wszyscy założyli (akurat białych było 6), więc świątecznie się zrobiło, chciaż niektóre z tych szat pamiętaja chyba pierwszych Jezuitów w Jerozolimie...
I dopiero po kolacji mogę włączyć Eve Cassidy i powspominać tych, którzy odeszli...
Wiem, że zmarłych wspomina się w liturgii jutro, ale ten dzień tak mi się z cmentarzem kojarzy...
Pamiętam, jak byliśmy mali, to cieszyliśmy się, jeśli 1 listopada było zimno, bo to oznaczało, że prawdopodobnie odeślą nas do domu wcześniej, nie będziemy musieli czekać do końca Mszy...
Jeszcze nie pozwalali się bawić zniczami, a podpalanie różnych papierków i drewienek, to taka fajna zabawa...
Grób Nieznanego Żołnierza, opuszczone, zapomniane, "niczyje" groby - wszędzie mnóstwo świec...
Z późniejszych czasów pamiętam spotkania rodzinne - okazja, żeby zobaczyć bliskich...
Jeszcze później, moim towarzyszem został (na sześć lat)Cmentarz w Sz. - "Największy w Europie, zaraz po paryskim" - jak mówią mieszkańcy.
Namarzłem się czasem...
Jednego roku, jako kleryk zawieszałem głośniki w alejce - zastała nas północ prawie, ale ile w tym nastroju było - chorał gregoriański, ciemne drzewa...
No i oczywiście cmentarz w K. - mój pierwszy rok kapłaństwa. Zrobiliśmy z Waldkiem spotkanie modlitewne z pochodniami, wędrówką wokół i Apelem Jasnogórskim na koniec.
Marzył mi się koncert na cmentarzu pod hasłem "Z Tobą ciemność nie będzie ciemna...", ale to już chyba kiedyśtam...
Pewnie, że lubimy "klimacik", nastrój, tradycję, ale ważne, żeby nie przeoczyć szansy, jaką daje nam Bóg pozwalając dotknąć śmierci. Obserwujemy przemijanie, odchodzą najbliżsi - czy można nie pomyśleć przy tej okazji: "Ja też odejdę"?
Czy można nie zatrzymać się na chwilę i zapytać: "Dokąd idę"?
Dokąd pójdę? - Tam, dokąd idę.
Trzeba co jakiś czas weryfikować kierunek, sprawdzać kompas, mapę i pytać się siebie: "Czy leci ze mną pilot?"
A dzisiaj Eva śpiewa: "And I miss you most of all, when autumn leaves start to fall".
W Jerozolimie nie spadają liście, jest raczej późne lato, chociaż chmury niosą pewną nadzieję, że się zajesieni troszkę...
poniedzia?ek, 31. pa?dziernika 2005
¡Buenos días! ¿Cómo estás?
piotr, 23:05h
Pedro pochodzi z Hiszpanii. Z samego Madrytu...
Spędził 12 lat na misjach w Chinach, więc świetnie włada mandaryńskim.
Należy do wspólnoty neokatechumenalnej.
Nie mieszka z nami, tylko gdzieś w pobliżu Betanii.
Dojeżdża na wykłady, a gdy wyjeżdżamy w teren, zabieramy go spod domu. Mamy wtedy niepowtarzalną okazję przyjrzeć się z bliska słynnemu murowi (muszę mu kiedyś osobną notkę poświęcić).
Podczas naszych wycieczek, Pedro robi zdjęcia samych tylko obiektów i miejsc, dokumentując niejako materiał dydaktyczny. Mam nadzieję dostać od niego te zdjęcia na płytce - będzie to niezły treściowo zapis.
Co jeszcze o Pedro?
Spokojny, wyważony, podobają mi się jego przemyślenia na temat Ewangelii, którymi dzieli się z nami podczas Eucharystii.
Jako jedyny chodzi w koloratce. No, jeszcze Ks. Kardynał (czasem) i jeden ksiądz z Polski na Mszę zakłada (nie, żebym się chwalił).
A tak wygląda Pedro:

Me llamo Pedro y ésta es Madrit.
Nie wiem, czy to będzie widoczne, ale Pedro, żeby zrobić dobre zdjęcie jakiejś mozaiki, nie zawaha się nawet balansować, stojąc na barierce, co ja uwieczniam czasem na zdjęciach (Giovanniego aparatem).

Spędził 12 lat na misjach w Chinach, więc świetnie włada mandaryńskim.
Należy do wspólnoty neokatechumenalnej.
Nie mieszka z nami, tylko gdzieś w pobliżu Betanii.
Dojeżdża na wykłady, a gdy wyjeżdżamy w teren, zabieramy go spod domu. Mamy wtedy niepowtarzalną okazję przyjrzeć się z bliska słynnemu murowi (muszę mu kiedyś osobną notkę poświęcić).
Podczas naszych wycieczek, Pedro robi zdjęcia samych tylko obiektów i miejsc, dokumentując niejako materiał dydaktyczny. Mam nadzieję dostać od niego te zdjęcia na płytce - będzie to niezły treściowo zapis.
Co jeszcze o Pedro?
Spokojny, wyważony, podobają mi się jego przemyślenia na temat Ewangelii, którymi dzieli się z nami podczas Eucharystii.
Jako jedyny chodzi w koloratce. No, jeszcze Ks. Kardynał (czasem) i jeden ksiądz z Polski na Mszę zakłada (nie, żebym się chwalił).
A tak wygląda Pedro:

Me llamo Pedro y ésta es Madrit.
Nie wiem, czy to będzie widoczne, ale Pedro, żeby zrobić dobre zdjęcie jakiejś mozaiki, nie zawaha się nawet balansować, stojąc na barierce, co ja uwieczniam czasem na zdjęciach (Giovanniego aparatem).

poniedzia?ek, 31. pa?dziernika 2005
piotr, 01:32h
Jestem więźniem technologii.
Wstałem o 6.00, ogoliłem się, wziąłem prysznic, otworzyłem okno i zacząłem się zastanawiać, dlaczego słońce jest tak wysoko.
Okazało się, że mój budzik odbierający sygnały z Frankfurtu automatycznie przestawił się na czas europejski. A że w Europie zmiana ustawień zegarów była - budziczek się dostosował.
Szkoda, że nie zgadł, że w Izraelu nie było żadnej zmiany czasu.
Na Mszy u Sióstr w Domu Polskim nie byłem z tego powodu...
Za to Agnello mnie poprosił, żebym przewodniczył u nas o 19.00, więc musiałem przygotować kazanie...
Poza tym, Szymon nie zawiódł i przysłał mi pierwsza piosenkę z nowej płyty Anny Marii Jopek. Rewelacja. W Jerozolimie się tego nie da kupić, ale może coś wymyślę...
Wstałem o 6.00, ogoliłem się, wziąłem prysznic, otworzyłem okno i zacząłem się zastanawiać, dlaczego słońce jest tak wysoko.
Okazało się, że mój budzik odbierający sygnały z Frankfurtu automatycznie przestawił się na czas europejski. A że w Europie zmiana ustawień zegarów była - budziczek się dostosował.
Szkoda, że nie zgadł, że w Izraelu nie było żadnej zmiany czasu.
Na Mszy u Sióstr w Domu Polskim nie byłem z tego powodu...
Za to Agnello mnie poprosił, żebym przewodniczył u nas o 19.00, więc musiałem przygotować kazanie...
Poza tym, Szymon nie zawiódł i przysłał mi pierwsza piosenkę z nowej płyty Anny Marii Jopek. Rewelacja. W Jerozolimie się tego nie da kupić, ale może coś wymyślę...
niedziela, 30. pa?dziernika 2005
Wycieczkowa Sobota
piotr, 00:19h
O 6.30, jak zwykle wyjechaliśmy na sobotnią wycieczkę. To znaczy może i byliśmy o wpół do siódmej w busiku, ale z balkonu rozległ się głos Tobiasa (czyt. Tobajasa): "Dajcie mi 5 minut!" Zaspał, bo telefon mu sie rozładował. Zdarza się...
W busiku miejsca mielismy więcej niż ostatnio, bo jakiś inny typ był, tylko oparcia niższe i ciężko było się ułożyć, żeby pospać. Michel zasnął po 3 sekundach. Żertowalismy sobie, że ma taki wyłącznik z tyłu głowy - "klik" i już śpi. Sam Michel stwierdził kiedyś, że całe jego życie to przerwy pomiędzy snem.
Pierwszym etapem była Cezarea (Nadmorska, nie Filipowa). Widać tu architektoniczny czy strategiczny geniusz Heroda (zwanego Wielkim). Mimo tego, co o nim można powiedzieć (raczej niedobrego), Cezarea jest przykładem niezwykłego zmysłu przewidywania. Z małej wioseczki zrobił Herod piękny port z miastem, amfiteatrem, świątyniami (niestety kultu Cesarza) i rezydencjami bogaczy, którzy ściągnęli tu wraz z handlem.
W teatrze słuchamy prezentacji Bonawentury o przykładach retoryki w interpretacji rabinicznej, potem (ku zdziwieniu turystów) stojąc na scenie razem z Alexiusem śpiewamy fałszując na dwa głosy "Cichą noc" (1 zwrotka: ja-po polsku, Alexius w Zulu, druga: po angielsku - drzemy się nieźle).
Potem spacer brzegiem morza, prezentacja Libora na temat idei mesjanizmu w NT i Qumran, kawa w nadbrzeżnej kafejce i jedziemy dalej.
A dalej na trasie jest Meggido. Miasto niszczone i odbudowywane 25 (!) razy. Niesamowita jest wola ludzi, by jednak mieć tu miejsce zamieszkane, a z drugiej strony wola niszczenia. Wszystko przez strategiczne położenie Meggido - miasto ginęło i odradzało się, by znów spłonąć w wojennej zawierusze. Kto ma kontrolę nad tym punktem, panuje nad najwazniejszym przejściem przez pasmo Karmel, nad starożytną "autostradą" Via Maris. Praktycznie wszyscy z Egiptu do Mezopotamii (lub w drugą stronę) szli przez to miejsce.
Podobno Edwin Robinson stojąc w 1830-którymś roku na tym pagórku zastanawiał się i zapisywał w swoim dzienniku: "Ciekawe, gdzie może znajdować się Megiddo". Tymczasem pagórek kryje w sobie 25 (!) warstw archeologicznych.
Wrażenie zrobiła na mnie brama z epoki Salomona, ale to jeszcze nic okrągły ołtarz z 3000 BC - to jest staroć!
Czekamy, czy nie rozpocznie się ostatnia bitwa (Ap 16,16) - Armagedon pochodzi od Har Megiddon (har to po hebrajsku góra), ale nie zanosi się na rozpoczęcie działań wojennych (całe szczęście), więc jemy lunch (kanapki z arabskiego chleba, coca-cola z hebrajskim napisem i jabłko) i ruszamy.
Teraz czas na Górę Karmel. Biorę swój szkaplerz do ręki i proszę kogoś, żeby zrobił mi zdjęcie. Miły karmelita opowiada o Eliaszu, potem idziemy do kaplicy na Mszę Św. Modlę się za wszystkich moich znajomych, którym bliska jest duchowość karmelitańska, którzy noszą szkaplerz, wspominam karmelitanki, którym tyle zawdzięczam (jak trwoga to do karmelitanek, z prośbą o modlitwę). Jak zawsze prosimy o Pokój...
Po wyjściu z kaplicy znajdujemy z Tobiasem (czyt. Tobajasem) ogromną modliszkę. Trochę rozmawiamy o dziwacznych (okrutnych) zwyczajach tej pani i idziemy szukać busika.
W drodze powrotnej zazwyczaj oglądamy jakis film. Niestety nowy kierowca ma do dyspozycji tylko jakiś musical. Zatrzymujemy się przy targowisku i z Liborem i Michelem biegniemy kupić jakiś film. A tu niespodzianka - nie ma nigdzie stoiska z DVD. Cóż, niech będzie musical... Okazuje się, że to koncert jakiegoś arabskiego zespołu. Ciężko mi znieść tę specyficzną harmonię (czy jej brak), ale Manoj (czyt. Manocz) i Antonny - chłopaki z Indii - mają niezły ubaw. Normalnie im się to podoba!
Mimo arabskiej muzyki zasypiam (jak wszyscy inni) i śpię prawie całą drogę (nie licząc kilku bezskutecznych prób nauczenia się kilku słów w hindu).
Przed powrotem jeszcze wizyta na stacji benzynowej (18 szekli za małego Heinekena i chipsy - zdzierstwo) i można powoli kończyć dzień.
Poczytam jeszce coś z Greki i idę spać - wcześniej, bo na 7.00 rano chcę zdążyć na Eucharystię u sióstr w Domu Polskim...
Ależ się rozpisałem...
W busiku miejsca mielismy więcej niż ostatnio, bo jakiś inny typ był, tylko oparcia niższe i ciężko było się ułożyć, żeby pospać. Michel zasnął po 3 sekundach. Żertowalismy sobie, że ma taki wyłącznik z tyłu głowy - "klik" i już śpi. Sam Michel stwierdził kiedyś, że całe jego życie to przerwy pomiędzy snem.
Pierwszym etapem była Cezarea (Nadmorska, nie Filipowa). Widać tu architektoniczny czy strategiczny geniusz Heroda (zwanego Wielkim). Mimo tego, co o nim można powiedzieć (raczej niedobrego), Cezarea jest przykładem niezwykłego zmysłu przewidywania. Z małej wioseczki zrobił Herod piękny port z miastem, amfiteatrem, świątyniami (niestety kultu Cesarza) i rezydencjami bogaczy, którzy ściągnęli tu wraz z handlem.
W teatrze słuchamy prezentacji Bonawentury o przykładach retoryki w interpretacji rabinicznej, potem (ku zdziwieniu turystów) stojąc na scenie razem z Alexiusem śpiewamy fałszując na dwa głosy "Cichą noc" (1 zwrotka: ja-po polsku, Alexius w Zulu, druga: po angielsku - drzemy się nieźle).
Potem spacer brzegiem morza, prezentacja Libora na temat idei mesjanizmu w NT i Qumran, kawa w nadbrzeżnej kafejce i jedziemy dalej.
A dalej na trasie jest Meggido. Miasto niszczone i odbudowywane 25 (!) razy. Niesamowita jest wola ludzi, by jednak mieć tu miejsce zamieszkane, a z drugiej strony wola niszczenia. Wszystko przez strategiczne położenie Meggido - miasto ginęło i odradzało się, by znów spłonąć w wojennej zawierusze. Kto ma kontrolę nad tym punktem, panuje nad najwazniejszym przejściem przez pasmo Karmel, nad starożytną "autostradą" Via Maris. Praktycznie wszyscy z Egiptu do Mezopotamii (lub w drugą stronę) szli przez to miejsce.
Podobno Edwin Robinson stojąc w 1830-którymś roku na tym pagórku zastanawiał się i zapisywał w swoim dzienniku: "Ciekawe, gdzie może znajdować się Megiddo". Tymczasem pagórek kryje w sobie 25 (!) warstw archeologicznych.
Wrażenie zrobiła na mnie brama z epoki Salomona, ale to jeszcze nic okrągły ołtarz z 3000 BC - to jest staroć!
Czekamy, czy nie rozpocznie się ostatnia bitwa (Ap 16,16) - Armagedon pochodzi od Har Megiddon (har to po hebrajsku góra), ale nie zanosi się na rozpoczęcie działań wojennych (całe szczęście), więc jemy lunch (kanapki z arabskiego chleba, coca-cola z hebrajskim napisem i jabłko) i ruszamy.
Teraz czas na Górę Karmel. Biorę swój szkaplerz do ręki i proszę kogoś, żeby zrobił mi zdjęcie. Miły karmelita opowiada o Eliaszu, potem idziemy do kaplicy na Mszę Św. Modlę się za wszystkich moich znajomych, którym bliska jest duchowość karmelitańska, którzy noszą szkaplerz, wspominam karmelitanki, którym tyle zawdzięczam (jak trwoga to do karmelitanek, z prośbą o modlitwę). Jak zawsze prosimy o Pokój...
Po wyjściu z kaplicy znajdujemy z Tobiasem (czyt. Tobajasem) ogromną modliszkę. Trochę rozmawiamy o dziwacznych (okrutnych) zwyczajach tej pani i idziemy szukać busika.
W drodze powrotnej zazwyczaj oglądamy jakis film. Niestety nowy kierowca ma do dyspozycji tylko jakiś musical. Zatrzymujemy się przy targowisku i z Liborem i Michelem biegniemy kupić jakiś film. A tu niespodzianka - nie ma nigdzie stoiska z DVD. Cóż, niech będzie musical... Okazuje się, że to koncert jakiegoś arabskiego zespołu. Ciężko mi znieść tę specyficzną harmonię (czy jej brak), ale Manoj (czyt. Manocz) i Antonny - chłopaki z Indii - mają niezły ubaw. Normalnie im się to podoba!
Mimo arabskiej muzyki zasypiam (jak wszyscy inni) i śpię prawie całą drogę (nie licząc kilku bezskutecznych prób nauczenia się kilku słów w hindu).
Przed powrotem jeszcze wizyta na stacji benzynowej (18 szekli za małego Heinekena i chipsy - zdzierstwo) i można powoli kończyć dzień.
Poczytam jeszce coś z Greki i idę spać - wcześniej, bo na 7.00 rano chcę zdążyć na Eucharystię u sióstr w Domu Polskim...
Ależ się rozpisałem...
piotr, 02:29h
Miasto Pokoju jest paradoksalną nazwą dla miejsca, w którym trwa wojna.
Pan Bóg pewnie marszczy czoło zatroskany, bo jego dzieciaki nie mogą się wyrwać ze spirali przemocy.
Na ulicach niby zwyczajne życie, ale uzbrojeni żołnierze są widoczni na każdym kroku.
Kwintesencją paradoksu są dla mnie ładne dziewczyny z karabinami...


Pan Bóg pewnie marszczy czoło zatroskany, bo jego dzieciaki nie mogą się wyrwać ze spirali przemocy.
Na ulicach niby zwyczajne życie, ale uzbrojeni żołnierze są widoczni na każdym kroku.
Kwintesencją paradoksu są dla mnie ładne dziewczyny z karabinami...


czwartek, 27. pa?dziernika 2005
Sinatra Cafeteria
piotr, 23:35h
Od dzisiaj, oprócz naszych dotychczasowych lekcji zaczynamy wykłady na Uniwersytecie. Jakby nie czytać - po angielsku czy po polsku skrót nazwy nie jest ciekawy. Hebrew University of Jerusalem albo Hebrajski Uniwersytet Jerozolimski to zawsze "Ha-U-Jot".
Pierwsza wizyta była tylko zapoznaniem z campusem.
Robi wrażenie - duży, nowoczesny budynek a właściwie kompleks budynków z pięciopiętrową biblioteką, ogrodem botanicznym, supermarketami, urzędem pocztowym, amfiteatrem i tego typu atrakcjami. Profesor o swojsko brzmiącym nazwisku Kapitulnik (Argentyńczyk z pochodzenia) powiedział kilka słów i oddał nas w ręce Iris, która była perfekcyjnie przygotowana na spotkanie z nami - każdy otrzymał pakiet materiałów z mapą campusa i planem Jerozolimy oraz 58-stronicowy "Przewodnik Studenta".
W tej broszurce znajdują się WSZYSTKIE potrzebne informacje, począwszy od funkcjonowania Uczelni (adresy, telefony, nazwiska), poprzez sprawy praktyczne związane z Uczelnią (biblioteka, ksero, komputery, sklepy, szatnie, windy), sprawy pośrednio związane z Uczelnią (akademiki, wynajem mieszkań i samochodów, ochrona zdrowia, zajęcia pozaszkolne, sport) aż do spraw nie związanych z Uczelnią (zwiedzanie Jerozolimy, pralnie, banki, knajpy, telefony, dojazdy na dworce i lotniska). Ktoś się natrudził, pozbierał informacje i doświadczenia studentów i przygotował naprawdę przydatny dokument.
Oprócz tego dostaliśmy też legitymacje, bez których NIE DA SIĘ wejść na teren Uniwerku. Bramka z wykrywaczem metalu, kontrola plecaka i oczywiście wspomnianej legitymacji są przy każdym wejściu.
Trochę się uśmiechaliśmy widząc to, ale zrozumieliśmy wszystko, pijąc kawę w "słynnej" Sinatra Cafeteria.
To właśnie tutaj w głośnym zamachu zginęło 7 studentów (m.in. z USA, Korei, Turcji, Francji, Włoch), których nazwiska uwieczniono na tabliczkach wszędzie wokół. 96 rannych - 11 bardzo ciężko, "Krew, ogień, szkło, ludzkie szczątki, meble -wszystko zmielone" - tak to opisują ratownicy. Rodziny zabitych nie miały możliwości identyfikacji zwłok...
Był czas egzaminów, studenci, profesorowie, obsługa, goście.
To miejsce szczególnie upodobali sobie studenci z zagranicy. Zamach nie był samobójczy. Ktoś wszedł, zostawił pod jednym ze stojących na środku stolików torbę z materiałem wybuchowym i oddalił się...
Pochylone pod kątem 45 stopni drzewo, które pozostawiono po wybuchu przypomina to wydarzenie.
Ciarki przechodzą...
Niby słońce, muzyka, waniliowa kawa, dziewczyny w krótkich spódnicach, nastrój beztroski, zakochane pary, błękitne niebo, a jednak nachylone drzewo wcina się w krajobraz niczym złowieszcze wycie syreny podczas letniego wieczoru, niczym krzyk człowieka w środku nocy, niczym pomruk grzmotu na łódce daleko od lądu, jakby chciało powiedzieć: "Dni człowieka są jak trawa".
Poetą to ja nie będę, ale chyba spomiędzy tych słów wystaje kawałek odczucia, którego doznałem...

Shalom!
Pokój dla Jeruzalem!
Shalom!
Pierwsza wizyta była tylko zapoznaniem z campusem.
Robi wrażenie - duży, nowoczesny budynek a właściwie kompleks budynków z pięciopiętrową biblioteką, ogrodem botanicznym, supermarketami, urzędem pocztowym, amfiteatrem i tego typu atrakcjami. Profesor o swojsko brzmiącym nazwisku Kapitulnik (Argentyńczyk z pochodzenia) powiedział kilka słów i oddał nas w ręce Iris, która była perfekcyjnie przygotowana na spotkanie z nami - każdy otrzymał pakiet materiałów z mapą campusa i planem Jerozolimy oraz 58-stronicowy "Przewodnik Studenta".
W tej broszurce znajdują się WSZYSTKIE potrzebne informacje, począwszy od funkcjonowania Uczelni (adresy, telefony, nazwiska), poprzez sprawy praktyczne związane z Uczelnią (biblioteka, ksero, komputery, sklepy, szatnie, windy), sprawy pośrednio związane z Uczelnią (akademiki, wynajem mieszkań i samochodów, ochrona zdrowia, zajęcia pozaszkolne, sport) aż do spraw nie związanych z Uczelnią (zwiedzanie Jerozolimy, pralnie, banki, knajpy, telefony, dojazdy na dworce i lotniska). Ktoś się natrudził, pozbierał informacje i doświadczenia studentów i przygotował naprawdę przydatny dokument.
Oprócz tego dostaliśmy też legitymacje, bez których NIE DA SIĘ wejść na teren Uniwerku. Bramka z wykrywaczem metalu, kontrola plecaka i oczywiście wspomnianej legitymacji są przy każdym wejściu.
Trochę się uśmiechaliśmy widząc to, ale zrozumieliśmy wszystko, pijąc kawę w "słynnej" Sinatra Cafeteria.
To właśnie tutaj w głośnym zamachu zginęło 7 studentów (m.in. z USA, Korei, Turcji, Francji, Włoch), których nazwiska uwieczniono na tabliczkach wszędzie wokół. 96 rannych - 11 bardzo ciężko, "Krew, ogień, szkło, ludzkie szczątki, meble -wszystko zmielone" - tak to opisują ratownicy. Rodziny zabitych nie miały możliwości identyfikacji zwłok...
Był czas egzaminów, studenci, profesorowie, obsługa, goście.
To miejsce szczególnie upodobali sobie studenci z zagranicy. Zamach nie był samobójczy. Ktoś wszedł, zostawił pod jednym ze stojących na środku stolików torbę z materiałem wybuchowym i oddalił się...
Pochylone pod kątem 45 stopni drzewo, które pozostawiono po wybuchu przypomina to wydarzenie.
Ciarki przechodzą...
Niby słońce, muzyka, waniliowa kawa, dziewczyny w krótkich spódnicach, nastrój beztroski, zakochane pary, błękitne niebo, a jednak nachylone drzewo wcina się w krajobraz niczym złowieszcze wycie syreny podczas letniego wieczoru, niczym krzyk człowieka w środku nocy, niczym pomruk grzmotu na łódce daleko od lądu, jakby chciało powiedzieć: "Dni człowieka są jak trawa".
Poetą to ja nie będę, ale chyba spomiędzy tych słów wystaje kawałek odczucia, którego doznałem...

Shalom!
Pokój dla Jeruzalem!
Shalom!
?roda, 26. pa?dziernika 2005
piotr, 23:54h

Nie mogę codziennie przedstawiać kolejnej osoby z mojego obecnego miejsca pobytu, bo z bloga zrobi się kartoteka.
Ale ponieważ Yuki wyjeżdża (chyba nawet już wyjechał), więc dziś o nim.
Pochodzi z Tokyo. Jest księdzem od 5 lat. Nie studiuje z nami, był tylko przez jakiś czas mieszkańcem naszego domu (moim sąsiadem) i kilka wycieczek z nami zaliczył.
Yuki jest tym samym japończykiem, którego kilka notek temu nazywałem Kawasaki. Teraz, gdy znay się bliżej, nie zapominam jego imienia. Szalenie sympatyczny stara się bardzo wyraźnie artykułować angielskie słowa. Podczas zwiedzania nie rozstaje się ze swoją kamerą.
Dzisiaj wyjechał do Jerycho, później do połowy grudnia będzie studiował w jakimś instytucie dialogu żydowsko-chrześcijańskiego. Mamy spotkać się przed jego powrotem do Tokyo. I mam nadzieję, że DVD mi przyśle z materiałem z Qumran i Galilei...
Wyjątkowo, drugie zdjęcie - myślę, że sympatyczne...

wtorek, 25. pa?dziernika 2005
piotr, 23:32h
Alexius trochę się spóźnił - przyjechał do Jerozolimy kilka dni po wszystkich.
Nie znałem go wcześniej, ale od początku zauważyłem, że jest człowiekiem uśmiechu. Pochodzi z RPA. Mieszkał 3 km od oceanu. Kilmat był gorący, tropikalny, więc tutaj trochę dokucza mu 18 st. w nocy. Nawet zmienił pokój - przeniósł się do południowej części korytarza. "Ty masz północną skórę, ty tego nie zrozumiesz" - tłumaczył mi swoją wrażliwość na chłód.
Alexius jest nieco starszy niż reszta towarzystwa. Pracował na parafii przez 12 lat. Ostatnie 5 w Katedrze w Johannesburgu. Wcześniej w Seminarium był przewodniczącym studentów i niewiele brakowało, a przypłaciłby to relegowaniem z powodu zaangażowania w spory wewnątrzstudenckie. Rektor wydał już nawet decyzję, na szczęście biskup przywrócił Alexiusa do stanu kleryckiego.
Segregacja rasowa miała swoje echo nawet w Seminarium, gdzie biali i czarni klerycy raczej stanowili odrębne grupy. Był to zresztą początek przełamywania barier. Wcześniej prawo państwowe nakazywało rozdzielenie nawet w placówkach kościelnych. Gdy Alexius wstąpił do Seminarium był to pierwszy rok wspólnej formacji wszystkich kleryków. Musieli powoli przełamywać barierę własnych przyzwyczajeń i nauczyć się bycia razem, co po tylu latach apparthaidu nie było łatwe.
Alexius uśmiecha się praktycznie zawsze. Jest bardzo sympatyczny i przez wszystkich lubiany.
Dzisiaj zgubiliśmy się na Starym Mieście w gąszczu uliczek i chyba już nie zaufa moim umiejętnościom przewodnika. Szukaliśmy brewiarza, bo gdzieś mu się zagubił w podróży, ale w Jerozolimie znaleźć brewiarz po angielsku jest ciężko. W innych językach pewnie też, ale szukaliśmy po angielsku (chociaż A. zna jeszcze Zulu).
Pan "chwycił" Alexiusa po maturze. Od trzech lat pracował w fabryce, gdy "the Lord has called".
Tyle o nim, a to zdjęcie...

Jeszcze historia z dzisiejszego kazania (opowiedziana przez Alexiusa):
W małej wiosce w Afryce Południowej pracował Misjonarz. Od wielu lat mieszkał tam samotnie, dzieląc trudy i radości życia ze swoimi parafianami. Pewnego dnia do wioski miał przyjechać Wysoki Urzędnik Angielski. Dzieci przygotowały na jego powitanie wierszyki i piosenki. Po ceremoni przybiegły poekscytowane do Misjonarza i opowiedziały mu, że widziały białego człowieka. Ich emocje były wielkie, ale Misjonarz powiedział, że przecież mieszka w ich wiosce od tylu lat i też jest białym człowiekiem. Dzieci, wyraźnie zaskoczone patrzyły na niego przez chwilę, by w końcu stwierdzić z przekonaniem: "Nie, ty nie jesteś białym człowiekiem. Ty jesteś nasz Father John".
Nie znałem go wcześniej, ale od początku zauważyłem, że jest człowiekiem uśmiechu. Pochodzi z RPA. Mieszkał 3 km od oceanu. Kilmat był gorący, tropikalny, więc tutaj trochę dokucza mu 18 st. w nocy. Nawet zmienił pokój - przeniósł się do południowej części korytarza. "Ty masz północną skórę, ty tego nie zrozumiesz" - tłumaczył mi swoją wrażliwość na chłód.
Alexius jest nieco starszy niż reszta towarzystwa. Pracował na parafii przez 12 lat. Ostatnie 5 w Katedrze w Johannesburgu. Wcześniej w Seminarium był przewodniczącym studentów i niewiele brakowało, a przypłaciłby to relegowaniem z powodu zaangażowania w spory wewnątrzstudenckie. Rektor wydał już nawet decyzję, na szczęście biskup przywrócił Alexiusa do stanu kleryckiego.
Segregacja rasowa miała swoje echo nawet w Seminarium, gdzie biali i czarni klerycy raczej stanowili odrębne grupy. Był to zresztą początek przełamywania barier. Wcześniej prawo państwowe nakazywało rozdzielenie nawet w placówkach kościelnych. Gdy Alexius wstąpił do Seminarium był to pierwszy rok wspólnej formacji wszystkich kleryków. Musieli powoli przełamywać barierę własnych przyzwyczajeń i nauczyć się bycia razem, co po tylu latach apparthaidu nie było łatwe.
Alexius uśmiecha się praktycznie zawsze. Jest bardzo sympatyczny i przez wszystkich lubiany.
Dzisiaj zgubiliśmy się na Starym Mieście w gąszczu uliczek i chyba już nie zaufa moim umiejętnościom przewodnika. Szukaliśmy brewiarza, bo gdzieś mu się zagubił w podróży, ale w Jerozolimie znaleźć brewiarz po angielsku jest ciężko. W innych językach pewnie też, ale szukaliśmy po angielsku (chociaż A. zna jeszcze Zulu).
Pan "chwycił" Alexiusa po maturze. Od trzech lat pracował w fabryce, gdy "the Lord has called".
Tyle o nim, a to zdjęcie...

Jeszcze historia z dzisiejszego kazania (opowiedziana przez Alexiusa):
W małej wiosce w Afryce Południowej pracował Misjonarz. Od wielu lat mieszkał tam samotnie, dzieląc trudy i radości życia ze swoimi parafianami. Pewnego dnia do wioski miał przyjechać Wysoki Urzędnik Angielski. Dzieci przygotowały na jego powitanie wierszyki i piosenki. Po ceremoni przybiegły poekscytowane do Misjonarza i opowiedziały mu, że widziały białego człowieka. Ich emocje były wielkie, ale Misjonarz powiedział, że przecież mieszka w ich wiosce od tylu lat i też jest białym człowiekiem. Dzieci, wyraźnie zaskoczone patrzyły na niego przez chwilę, by w końcu stwierdzić z przekonaniem: "Nie, ty nie jesteś białym człowiekiem. Ty jesteś nasz Father John".
... older stories

