... newer stories
wtorek, 17. stycznia 2006
Co to są człapy...
piotr, 00:30h
Nawet w Jerozolimie bywają chłodniejsze dni.
O Alexiusie żartujemy, że urodził się w mikrofalówce - ciągle mu zimno.
Ostatnio wymyślił rękawice. Wygląda jak bramkarz, bo jego rękawice to są niezłe człapy.
"Tshuapi" powtarza Alex i zakłada dwie czapki.
Wygląda to mniej więcej tak:

O Alexiusie żartujemy, że urodził się w mikrofalówce - ciągle mu zimno.
Ostatnio wymyślił rękawice. Wygląda jak bramkarz, bo jego rękawice to są niezłe człapy.
"Tshuapi" powtarza Alex i zakłada dwie czapki.
Wygląda to mniej więcej tak:

poniedzia?ek, 16. stycznia 2006
Bz smgłsk
piotr, 01:21h
Ciągle ni mogę wyjść z podziwu, jak ten hebrajski sobie radzi bez samogłosek. Polonistki (a wiem o trzech, które tu czasem zaglądają) stwierdzą, że spółgłoski niosą znaczenie, a samogłoski odmianę. No to spróbujmy...
Jk mż wgldć ndzl stdnt w Jrzlm? Nka, nka, jszcz rz nka. Sidzłm nd kljn prc z Ksg Jb. Csz s ż j skńczłm. Mg jtr z czstm smnm pjchć z Lbrm trch pzwdzć. Strszn mczce jst tk psn. Łtwj b bł npisć cłść wrzcć smgłsk n kńcu.
Pzdrwm wszstkch ktrz przbj s ż d tg mjsc.
Shlm.
Jk mż wgldć ndzl stdnt w Jrzlm? Nka, nka, jszcz rz nka. Sidzłm nd kljn prc z Ksg Jb. Csz s ż j skńczłm. Mg jtr z czstm smnm pjchć z Lbrm trch pzwdzć. Strszn mczce jst tk psn. Łtwj b bł npisć cłść wrzcć smgłsk n kńcu.
Pzdrwm wszstkch ktrz przbj s ż d tg mjsc.
Shlm.
niedziela, 15. stycznia 2006
Ochrona (1)
piotr, 01:46h
7 Szekli (prawie 2 dolary) za ochronę doliczone do rachunku. A ochrona polega na pytaniu: "Do you have any weapon?" i odpowiedzi: "No". Nawet wykrywaczu metalu nie mieli...
sobota, 14. stycznia 2006
Hin
piotr, 01:26h
Miałem dzisiaj ciekawą rozmowę z Giovannim. Właściwie, on mówił, ja słuchałem, co się raczej rzadko zdarza. Okzają było koreańskie kino. Obejrzałem jeden film, który skopiowałem od Giovanniego kilka miesięcy temu i który miałem skasować, gdy ktoś mi przysłał napisy. Film niesamowity. Niby zwykła, banalna historyjka melodramatyczna, a jednak coś w nim jest. Czy to muzyka? Czy ten deszcz? A może coś koreańskiego...
Giovanni, który tego filmu nie widział, zachęcony moim zachwytem, obejrzał go dzisiaj. Potem wyjaśniał mi pewne cechy Koreańczyków. Najbardziej zaciekawił mnie Hin. To nieprzetłumaczalne słowo oznaczające pewne uczucie. Korea przez 5000 lat swojej historii była najeżdżana 500 razy. Ludzie żyli w niepewności, ale i w smutku wojny, utraty najbliższych. Przez pokolenia stali się dość zżyci ze swoim smutkiem, do tego stopnia, że zaczęli go traktować jak radość. Trudno to wytłumaczyć, ale Hin przejawia się w tym, że Koreańczycy statystycznie niewiele się śmieją. Mimo to uważają się (znów statystycznie) za szczęśliwych. Uczą się, pracują od świtu do nocy, ale wierzą w sens tej pracy i nauki, nawet jeśli nie wiąże się ona z jakimiś wymiernymi efektami, czy korzyściami. Poza tym, jeśli doznają niepowodzenia np. w miłości, cierpią, ale wierzą, że wszystko ma swój sens i wypełni się w przyszłym pokoleniu. Nawet jeśli cierpią przez całe życie - umierają szczęśliwi. Hin jest trudnym do wytłumaczenia fenomenem, który Giovanni studiował w Korei. Hin łączy się z religią, historią, kontekstem kulturowym...
Wiem, że generalizowanie jest może nieuprawnione, ale to Giovanni mówił, ja słuchałem.
A Giovanni czyli Youm jest z Pusan.
Następny koreański film ("Taegukgi") obejrzę w sposób bardziej świadomy...
Giovanni, który tego filmu nie widział, zachęcony moim zachwytem, obejrzał go dzisiaj. Potem wyjaśniał mi pewne cechy Koreańczyków. Najbardziej zaciekawił mnie Hin. To nieprzetłumaczalne słowo oznaczające pewne uczucie. Korea przez 5000 lat swojej historii była najeżdżana 500 razy. Ludzie żyli w niepewności, ale i w smutku wojny, utraty najbliższych. Przez pokolenia stali się dość zżyci ze swoim smutkiem, do tego stopnia, że zaczęli go traktować jak radość. Trudno to wytłumaczyć, ale Hin przejawia się w tym, że Koreańczycy statystycznie niewiele się śmieją. Mimo to uważają się (znów statystycznie) za szczęśliwych. Uczą się, pracują od świtu do nocy, ale wierzą w sens tej pracy i nauki, nawet jeśli nie wiąże się ona z jakimiś wymiernymi efektami, czy korzyściami. Poza tym, jeśli doznają niepowodzenia np. w miłości, cierpią, ale wierzą, że wszystko ma swój sens i wypełni się w przyszłym pokoleniu. Nawet jeśli cierpią przez całe życie - umierają szczęśliwi. Hin jest trudnym do wytłumaczenia fenomenem, który Giovanni studiował w Korei. Hin łączy się z religią, historią, kontekstem kulturowym...
Wiem, że generalizowanie jest może nieuprawnione, ale to Giovanni mówił, ja słuchałem.
A Giovanni czyli Youm jest z Pusan.
Następny koreański film ("Taegukgi") obejrzę w sposób bardziej świadomy...
pi?tek, 13. stycznia 2006
piotr, 01:40h
Kardynał dostał honorowy doktorat Uniwersytetu Hebrajskiego. Do tej pory napisał dwa swoje i dostał 2 honorowe. Tom twierdzi, że Kardynał nie przyjmuje honorowych doktoratów ze względu na konieczność wyjazdu, odbierania, całej gali, mediów, etc. Przyjął h.c. Uniwerstytetu w Bethlehem, bo było to znaczącym wsparciem dla tego raczkującego palestyńskiego ośrodka akademickiego. Teraz zgodził się na Hebr.Uni.Jer. (ze zrozumiałych względów zmieniam skrót). Ale, jak mówi Tom, gdyby nie jego zasada nieprzyjmowania tego tytułu, to cały swój czas spędzałby ,podróżując i odbierając. Niektórzy przedstawiciele uniwersytetów próbują najpierw wypytać Toma, czy jest szansa, żeby Martini przyjął ich doktorat. Początkowo Tom pytał Kardynała. Od pewnego czasu odmawia "za niego".
Na tablicy ogłoszeń wisiała diś kartka: "Bez żadnego powodu, social odbędzie się dzisiaj".
I był Kardynał, i było pięknie...
Na tablicy ogłoszeń wisiała diś kartka: "Bez żadnego powodu, social odbędzie się dzisiaj".
I był Kardynał, i było pięknie...
wtorek, 10. stycznia 2006
"Żyję, świadomie doświadczam, Łaska"
piotr, 22:10h
Moi uczniowie mówili: "Nie lubię, jak Kościół miesza się do polityki".
To czy wypada mi napisać, że kibicuję Ukrainie, a oni znowu mają kryzys rządowy i znowu mnie rozczarowują? Czy mogę dodać, że niektórzy z Ortodoksyjnych Żydów twierdzą, że wylew Sharona to Kara Boża za oddanie Gazy, a ja się z tym nie zgadzam? Czy wreszcie powinienem coś wspomnieć na temat becikowego, budżetu, ludzi roku i innych ptasich gryp?
Może raczej za dzisiejszym kazaniem Giovanniego powtórzę: "Od nas zależy, czy zwyczajne wydarzenia codzienności będziemy traktować, jak cudowne".
Życie jest pełne małych cudów. One zdarzają się codziennie. Autobus o czasie przyjechał, wykład był fantastyczny, espresso prawie, jak w Italii, film koreańskiej produkcji ("Classic"), Psalm 24 z Jutrzni, farelka dmuchająca na bose stopy, dach zmoczony deszczem, ciepły chleb maczany w oliwie ze szczyptą pieprzu, Kardynał witający mnie po polsku ("Pochwalony Jezus Chrystus"), głupawka z Tobiasem, Alexiusem i Michelem na przystanku, kolejna kartka świąteczna, udana chemioterapia W., uśmiechające się "moje" krzesło w bibliotece, smak pasty do zębów i nauka przekleństw po arabsku (np. "Manjak"), strzyżenie Libora, śmiech Agnello, pranie suche mimo deszczu.
"Żyję, świadomie doświadczam, Łaska".
Życie jest pełne małych cudów.
Nucę sobie "You are my Holy One..."
Może to jest powód?
To czy wypada mi napisać, że kibicuję Ukrainie, a oni znowu mają kryzys rządowy i znowu mnie rozczarowują? Czy mogę dodać, że niektórzy z Ortodoksyjnych Żydów twierdzą, że wylew Sharona to Kara Boża za oddanie Gazy, a ja się z tym nie zgadzam? Czy wreszcie powinienem coś wspomnieć na temat becikowego, budżetu, ludzi roku i innych ptasich gryp?
Może raczej za dzisiejszym kazaniem Giovanniego powtórzę: "Od nas zależy, czy zwyczajne wydarzenia codzienności będziemy traktować, jak cudowne".
Życie jest pełne małych cudów. One zdarzają się codziennie. Autobus o czasie przyjechał, wykład był fantastyczny, espresso prawie, jak w Italii, film koreańskiej produkcji ("Classic"), Psalm 24 z Jutrzni, farelka dmuchająca na bose stopy, dach zmoczony deszczem, ciepły chleb maczany w oliwie ze szczyptą pieprzu, Kardynał witający mnie po polsku ("Pochwalony Jezus Chrystus"), głupawka z Tobiasem, Alexiusem i Michelem na przystanku, kolejna kartka świąteczna, udana chemioterapia W., uśmiechające się "moje" krzesło w bibliotece, smak pasty do zębów i nauka przekleństw po arabsku (np. "Manjak"), strzyżenie Libora, śmiech Agnello, pranie suche mimo deszczu.
"Żyję, świadomie doświadczam, Łaska".
Życie jest pełne małych cudów.
Nucę sobie "You are my Holy One..."
Może to jest powód?
wtorek, 10. stycznia 2006
Przedłużone Święta
piotr, 00:23h
Zmęczony nauką uwiadomiłem sobie, że przez cały dzień nie wychyliłem nosa poza budynek. Po kolacji więc wyruszyłem na spacer - tzw. "gdzie nogi poniosą".
Poniosły najpierw do Doliny Hinnomu, którą muszę przekroczyć idąc do Starego Miasta. Zawsze zastanawia mnie fenomen zmiany temperatury - na dnie doliny jest dużo chłodniej. Tym razem było nie tylko chłodniej, ale i wilgotno (zapach starej piwnicy) i był cug. No nic, czasu na zastanawianie się, dlaczego ciągnie na dnie doliny nie było. Doszedłem do Bramy Jaffy i poniosło mnie do Western Wall (zwanej Ścianą Płaczu). Siedziałem sobie na jakimś murku, patrząc na pobożnych i też się trochę modląc. Wokół kręciło się mnóstwo policjantów, ogólnie nastrój jak zazwyczaj, gdy nagle uświadomiłem sobie, że nie mam dokumentów. W Izraelu trzeba mieć przy sobie paszport (dotyczy obcokrajowców). Gdy kogoś legitymują i nie ma - zabierają na komendę i dopiero wtedy pytają,kim jesteś.
Na szczęście nikt mnie nie zatrzymał. Mimo, że nie byłem ogolony, a na głowie miałem kaptur, nie wzbudziłem podejrzeń - i dobrze, bo noc na komisariacie nie uśmiechała mi się zbytnio, tym bardziej, że ani karteczek ze słówkami, ani żadnych notatek nie miałem przy sobie - co bym robił te kilka godzin?
Wróciłem przez Stare Miasto i pod drzwiami do pokoju znalazłem świeżą pocztę. Właściwie, oficjalnie okres Bożego Narodzenia zakończył się wczoraj, ale w Polsce śpiewa się kolędy chyba do lutego. Moje Święta też się przedłużą, bo z Rzymu nadeszła płyta Diany Krall (Christmas Songs).
Ktoś wiedział, jak mi zrobić niespodziankę. Dzięki wielkie.
W Polsce mróz (powiedziały Wiadomości), a ja sobie nucę "Let it snow, let it snow, let it snow..." i liczę na ciepełko jutro...
Pani Karka pewnie przypomni, że dwulecie bloga. Przeszło, jak z bicza...
Izajasz po dwóch dniach wygląda w miarę po ludzku...
Gdyby północ była za dwie godziny, mielibyśmy ciekawą sekwencję dwójek. Za tysiąc lat, ktoś zbadałby i doszedł do wniosku, że to celowe. Hehe, z biblistów się nabijam...
Zgasło światło - chyba Alexius w pokoju prasował i korki wysadził...

A jeszcze zdjęcie wielbłąda, co mi w Egipcie chciał buta zjeść - niewdzięcznik jeden, odpłacił mi za tę zieleninkę, co mu dawałem... Może nie lubi trawki pustynnej?
Poniosły najpierw do Doliny Hinnomu, którą muszę przekroczyć idąc do Starego Miasta. Zawsze zastanawia mnie fenomen zmiany temperatury - na dnie doliny jest dużo chłodniej. Tym razem było nie tylko chłodniej, ale i wilgotno (zapach starej piwnicy) i był cug. No nic, czasu na zastanawianie się, dlaczego ciągnie na dnie doliny nie było. Doszedłem do Bramy Jaffy i poniosło mnie do Western Wall (zwanej Ścianą Płaczu). Siedziałem sobie na jakimś murku, patrząc na pobożnych i też się trochę modląc. Wokół kręciło się mnóstwo policjantów, ogólnie nastrój jak zazwyczaj, gdy nagle uświadomiłem sobie, że nie mam dokumentów. W Izraelu trzeba mieć przy sobie paszport (dotyczy obcokrajowców). Gdy kogoś legitymują i nie ma - zabierają na komendę i dopiero wtedy pytają,kim jesteś.
Na szczęście nikt mnie nie zatrzymał. Mimo, że nie byłem ogolony, a na głowie miałem kaptur, nie wzbudziłem podejrzeń - i dobrze, bo noc na komisariacie nie uśmiechała mi się zbytnio, tym bardziej, że ani karteczek ze słówkami, ani żadnych notatek nie miałem przy sobie - co bym robił te kilka godzin?
Wróciłem przez Stare Miasto i pod drzwiami do pokoju znalazłem świeżą pocztę. Właściwie, oficjalnie okres Bożego Narodzenia zakończył się wczoraj, ale w Polsce śpiewa się kolędy chyba do lutego. Moje Święta też się przedłużą, bo z Rzymu nadeszła płyta Diany Krall (Christmas Songs).
Ktoś wiedział, jak mi zrobić niespodziankę. Dzięki wielkie.
W Polsce mróz (powiedziały Wiadomości), a ja sobie nucę "Let it snow, let it snow, let it snow..." i liczę na ciepełko jutro...
Pani Karka pewnie przypomni, że dwulecie bloga. Przeszło, jak z bicza...
Izajasz po dwóch dniach wygląda w miarę po ludzku...
Gdyby północ była za dwie godziny, mielibyśmy ciekawą sekwencję dwójek. Za tysiąc lat, ktoś zbadałby i doszedł do wniosku, że to celowe. Hehe, z biblistów się nabijam...
Zgasło światło - chyba Alexius w pokoju prasował i korki wysadził...

A jeszcze zdjęcie wielbłąda, co mi w Egipcie chciał buta zjeść - niewdzięcznik jeden, odpłacił mi za tę zieleninkę, co mu dawałem... Może nie lubi trawki pustynnej?
niedziela, 8. stycznia 2006
Izajasz zabójca.
piotr, 23:20h
Izajasz mnie dzisiaj zmasakrował. Czytam i nic nie rozumiem. Jakby obcy język...
Doliczyłem się 104 nowych słów w pierwszych trzech rozdziałach. Jak to przebrnąć?
Giovanni by powiedział: "We have to memorize".
A Brytyjczycy poprawiliby na "memorise".
Ale na jedno wychodzi...
Doliczyłem się 104 nowych słów w pierwszych trzech rozdziałach. Jak to przebrnąć?
Giovanni by powiedział: "We have to memorize".
A Brytyjczycy poprawiliby na "memorise".
Ale na jedno wychodzi...
sobota, 7. stycznia 2006
Szybka wycieczka.
piotr, 22:41h
Busik spod Bramy Damascejskiej i jedziemy do Autonomii Palestyskiej. Właściwie tylko do checkpointu, bo tu trzeba wysiąść i przejść kontrolę. Na murze (po stronie izraelskiej) widnieje wielki napis „Pokój Tobie”. Tuż obok napisu zasieki. Kontrola dokumentów - niby wszystko miło i przyjemnie, ale nie tak łatwo pozbyć się negatywnego wrażenia. Rzeczywiście, po drugiej stronie mur pomalowany grafitti. Jeden z napisów głosi: „Jezus płakał nad Jerozolimą, my płaczemy nad Palestyną”. Wieżyczki, zasieki, powoli wszystko zostaje za nami. Przed nami taksówkarze. Znowu targowanie. Przy pomocy policjanta cena spada o 40 %. Jedziemy do Herodium. To druga po Masadzie forteca wybudowana przez H. Budowniczego, zwanego też Herodem W. System tuneli robi wrażenie. Fortyfikacje imponujące – wszystko przemyślane, dopracowane. Z Herodium jedziemy dalej. Droga zaczyna się robić interesująca: pustynia, skały, jakieś rozwalające się domy. Pasterze z kozami blokują przejazd. Manoj zastanawia się, czy za chwilę nie zobaczymy tabliczki z napisem „Koniec świata”. Na szczęście tabliczki nie ma. Jest za to klasztor Mar Saba – cel naszej podróży. Położony na skalistym urwisku, nad doliną zwaną przez naszego profesora "United Kidron Valley", która obejmuje (niczym narzeczony swą wybrankę) Jerozolimę od wschodu (mając na swym drugim brzegu Górę Oliwną), łączy się z Doliną Hinomu (zaczynającą się tuż za moim oknem) i dalej razem już (stąd człon „United”) biegną do Morza Martwego. Wygląda to trochę jak Wielki Kanion Kolorado (przynajmniej tak przypuszczam), tylko nie jest takie wielkie. Trochę się zaplątałem w tym opisie. Chodzi o to, że dawno temu mnisi żyli w jaskiniach, z czasem pustelników przybywało, w końcu wybudowali klasztor. In the middle of nowhere. Nie weszliśmy do środka, bo jakieś modlitwy trwały. Ojczulo (Greek-Orthodox) wpuścił nas na dziedziniec. W drodze powrotnej pogawędka z naszym taksówkarzem. Pytam o Sharona, jakie reakcje? „Wszyscy się cieszą”. Trochę mi się nie chce wierzyć, ale milczę. „Zabijał ludzi, kobiety, dzieci, Arafat też zabijał, wszyscy mają sporo śmierci na sumieniu. Pan Bóg osądzi. A tu wszyscy się cieszą”. Dojeżdżamy do Groty Pasterzy. Chwila modlitwy i jedziemy do Bethlehem. Decydujemy się wysiąść w centrum. Jeszcze raz idziemy do groty, potem Libor próbuje znaleźć sklep, którego właścicielem jest chrześcijanin (L. już tam kiedyś kupował). Sklep jest nieczynny ("Mają Szabat, czy co?"), idziemy zjeść kanapki. Jakaś brama jest otwarta. Wchodzimy. Dość miłe miejsce: drzewa, stolik, krzesła, ławki – czy to teren prywatny? Nieważne. Zjadamy, co mamy i idziemy dalej. W międzyczasie spotykamy kuzyna właściciela „naszego sklepu”. Oczywiście, jeden telefon i sklep się otwiera. Peter (piękne ma imię właściciel sklepu) oferuje herbatę, jest miło, kupujemy jakieś drobiazgi i chcemy iść. Na co wszyscy odpowiadają, że nie, że za daleko, że nas zawiozą. Ok, jedziemy. Mijamy bramę, za którą był ogród, w którym kanapki zjedliśmy. Pytam, co to za miejsce i dowiadujemy się, że to Kościół Prawosławny ma tu swoje tyły. Cóż, otwarte było, nikt nas nie zaczepił, nikt nas nie widział, więc skorzystaliśmy z nieświadomej gościnności ojców. Nawet z psem się pobawiliśmy. Ciekawe, czy by nas pogonili, gdyby ktoś wyjrzał przez okno. Pewnie tak, bo wyglądaliśmy jak „ci wredni turyści”.
Wracam do Petera, który nas wiezie do checkpointu. Pytam go o Sharona, a on na to, że tylko najwięksi fanatycy się cieszą. „Wszyscy zwyczajni ludzie są zaniepokojeni, bo wybory w Autonomii, potem w Izraelu i nic niewiadomo, jak się sytuacja rozwinie”. I bądź tu mądry...
Dziękujemy za podwiezienie, przechodzimy granicę (ładna żołnierka nas „prześwietla”), bierzemy busik i wracamy do Jeruzalem.
Kończę, bo zaraz Alexius przyjdzie na powtarzanie hebrajskiego.
Szalom.

Zaległe zdjęcie ze wschodu słońca na Synaju (ostatnia faza)...
Wracam do Petera, który nas wiezie do checkpointu. Pytam go o Sharona, a on na to, że tylko najwięksi fanatycy się cieszą. „Wszyscy zwyczajni ludzie są zaniepokojeni, bo wybory w Autonomii, potem w Izraelu i nic niewiadomo, jak się sytuacja rozwinie”. I bądź tu mądry...
Dziękujemy za podwiezienie, przechodzimy granicę (ładna żołnierka nas „prześwietla”), bierzemy busik i wracamy do Jeruzalem.
Kończę, bo zaraz Alexius przyjdzie na powtarzanie hebrajskiego.
Szalom.

Zaległe zdjęcie ze wschodu słońca na Synaju (ostatnia faza)...
sobota, 7. stycznia 2006
piotr, 01:04h
Zrobiło się niepewnie ze względu na chorobę Premiera. Nie chcę się wynurzać na jego temat, czy był pozytywnie czy negatywnie oceniany, ale tutaj każda destabilizacja jest niekorzystna. Dzisiaj na Ben Yehuda mnóstwo stacji telewizyjnych robiło reportarze i wywiady.
Mimo wszystko, dominuje optymizm.
Bo co nam zostało?
Wieczorny social okazał się ciekawym spotkaniem z Kardynałem, który przechodząc zajrzał na moment i już został. Nie wypuściliśmy go za szybko. Trzeba wykorzystać jego obecność i słuchać, słuchać, słuchać. Każde jego słowo jest wartościowe. To niesamowity człowiek. O dzisiejszym spotkaniu będę kiedyś przysłowiowym wnukom opowiadał...
Mówił o integralności, o dojrzałości chrześcijańskiej, potem naciągnęliśmy go na tematy osobiste. Trochę o swoim życiu, trochę o swojej pracy. Ciekawe, że przy nienajlepszej kondycji fizycznej ciągle pracuje naukowo. Ma jedną z niewielu kopii (jeśli nie jedyną) jakiegoś starożytnego papirusa (nie powiedział dokładnie którego) i porównuje ją z kodeksem B (Watykańskim). Robił to już jako młody naukowiec, niestety, nikt nie podjął jego dzieła, więc po okresie kariery naukowej (Rektor Biblicum, Rektor Gregorianum) i "kariery" duszpasterskiej (Arcybiskup Mediolanu, Kardynał) wrócił do swojego ulubionego zajęcia, które rozpoczął lata temu. A po pracy, dla odprężenia słucha Mozarta. Ostatnio wrócił z Rzymu i miał wyrzuty sumienia, bo Papież zapytał go o postępy, a on niewiele w czasie minionego tygodnia zrobił, więc szybko siadł do biurka.
Tak to sobie z Kardynałem żartowaliśmy...
P.S. Chyba jestem przygnieciony nauką. Ale mimo wszystko, dominuje optymizm. Bo co mi zostało?
Mimo wszystko, dominuje optymizm.
Bo co nam zostało?
Wieczorny social okazał się ciekawym spotkaniem z Kardynałem, który przechodząc zajrzał na moment i już został. Nie wypuściliśmy go za szybko. Trzeba wykorzystać jego obecność i słuchać, słuchać, słuchać. Każde jego słowo jest wartościowe. To niesamowity człowiek. O dzisiejszym spotkaniu będę kiedyś przysłowiowym wnukom opowiadał...
Mówił o integralności, o dojrzałości chrześcijańskiej, potem naciągnęliśmy go na tematy osobiste. Trochę o swoim życiu, trochę o swojej pracy. Ciekawe, że przy nienajlepszej kondycji fizycznej ciągle pracuje naukowo. Ma jedną z niewielu kopii (jeśli nie jedyną) jakiegoś starożytnego papirusa (nie powiedział dokładnie którego) i porównuje ją z kodeksem B (Watykańskim). Robił to już jako młody naukowiec, niestety, nikt nie podjął jego dzieła, więc po okresie kariery naukowej (Rektor Biblicum, Rektor Gregorianum) i "kariery" duszpasterskiej (Arcybiskup Mediolanu, Kardynał) wrócił do swojego ulubionego zajęcia, które rozpoczął lata temu. A po pracy, dla odprężenia słucha Mozarta. Ostatnio wrócił z Rzymu i miał wyrzuty sumienia, bo Papież zapytał go o postępy, a on niewiele w czasie minionego tygodnia zrobił, więc szybko siadł do biurka.
Tak to sobie z Kardynałem żartowaliśmy...
P.S. Chyba jestem przygnieciony nauką. Ale mimo wszystko, dominuje optymizm. Bo co mi zostało?
czwartek, 5. stycznia 2006
Aktualna liczba kartek
piotr, 21:57h
47!
Dzięki!
Dzięki!
?roda, 4. stycznia 2006
Powrót.
piotr, 00:34h
Muszę dziś dokończyć opowieść, bo zaczynam powoli zapominać o szczegółach - tak bardzo pochłania mnie kolejna praca z Księgi Joba.
Wracamy, więc z Synaju inną drogą - skrótem. Na dole taksówka - wygląda, jak z filmu "W Starym Kinie". Wyboru nie ma, więc bierzemy, negocjując cenę. Okazuje się, że pojedziemy najpierw zabrać dwóch Izraelczyków. Ci są bardzo stanowczy w negocjacjach o kończy się na tym, że wracamy do szefa taksówek. Tutaj Arabowie zaczynają się wzajemnie przekrzykiwać i znowu jedziemy po Izraelczyków. Dobrze, że Pino po hebrajsku mówi, jak żyd i zna jeszcze troche arabski. Po 15 minutach dogadują się, co do ceny - jest o połowę niższa niż na początku. Ładujemy się i ruszamy. Izraelczycy rozmawiają między sobą po rosyjsku. Włączam się do pogawędki i dowiaduję się, że jeden pochodzi z Białorusi (Witebsk- miasto partnerskie Zielonej Góry), drugi z St. Petersburga, a w Izraelu są od 15 lat. W plecakach mają liny, karabinki, haki i co tam jeszcze do wspinaczki jest potrzebne, bo te skały są wymarzonym miejscem na takie wyprawy.
Docieramy do granicy. Tu miła pani wypytuje nas zdziwiona, dlaczego jedziemy do Izraela, "Jak to, studiujecie?". Libor dostaje niebieską naklejkę na paszport i idziemy do kontroli. Wszystko to strasznie powoli idzie. Sprawdzają bardzo dokładnie. Zajmuje nam to dwie godziny, głównie z powodu naklejki Libora - miły pan bierze taki wacik na rączce i starannie wyciera plecak Libora od wewnątrz i z zewnątrz i klucze i kosmetyczkę i wkłada wacik do takiej maszynki, co pokazuje nawet śladowe ilości narkotyków, materiałów wybuchowych i innych substancji. Gdyby czytnik coś wykazał, skończyłoby się pewnie na kontroli osobistej, obwąchiwaniu psem, a może niewpuszczeniu do Izraela.
Kiedy w końcu wychodzimy z terminala mamy tylko ochotę na wsoczenie do morza. Zanim to marzenie sie realizuje zwiedzamy jeszcze akwarium, oceanarium, czy jak to się nazywa. Bardzo ładne - rafa, kolorowe ryby, rekiny, żółwie wielkości połowy łóżka i płaszczki, które mogą robić za dywan w małym mieszkaniu (nawet kolor mają dywanu nietrzepanego od lat).
Wreszcie wspomniane morze. Jest ciepłe, czyste i tylko rafa, którą w oceanarium z przyjemnością oglądaliśmy schodząc pod wodę w specjalnej, oszklonej wieży nie jest zbyt atrakcyjna podczas pływania. Bardzo łatwo zachaczyć o nią kolanem, piętą, czy inną wystającą częścią ciała. Libor stanął sobie wśród korali i za chwilę syczał z bólu ukłuty w stopę przez jakiegoś złośliwego kolczastego stwora. Ale mimo tych drobnych niedogodności pływanie w Morzu Czerwonym pierwszego stycznia jest ciekawym przeżyciem.
Jeszcze tylko spacer po promenadzie w Eilat (wyluzowane miasto - w przeciwieństwie do Jerozolimy), dwie godziny w samochodzie przez pustynię i jesteśmy w domu.
A potem znowu szkoła...
Dzisiaj porównywaliśmy zwój Izajasza z Qumran z tekstem BH. Profesor Breuer przechodził samego siebie. To naprawdę w porządku gość. I pracę, którą nam zadał dzisiaj ukonkretnił i ułatwił. Będzie dobrze...
P.S. Zdjęć nie ma, bo są jeszcze w Libora aparacie.
Wracamy, więc z Synaju inną drogą - skrótem. Na dole taksówka - wygląda, jak z filmu "W Starym Kinie". Wyboru nie ma, więc bierzemy, negocjując cenę. Okazuje się, że pojedziemy najpierw zabrać dwóch Izraelczyków. Ci są bardzo stanowczy w negocjacjach o kończy się na tym, że wracamy do szefa taksówek. Tutaj Arabowie zaczynają się wzajemnie przekrzykiwać i znowu jedziemy po Izraelczyków. Dobrze, że Pino po hebrajsku mówi, jak żyd i zna jeszcze troche arabski. Po 15 minutach dogadują się, co do ceny - jest o połowę niższa niż na początku. Ładujemy się i ruszamy. Izraelczycy rozmawiają między sobą po rosyjsku. Włączam się do pogawędki i dowiaduję się, że jeden pochodzi z Białorusi (Witebsk- miasto partnerskie Zielonej Góry), drugi z St. Petersburga, a w Izraelu są od 15 lat. W plecakach mają liny, karabinki, haki i co tam jeszcze do wspinaczki jest potrzebne, bo te skały są wymarzonym miejscem na takie wyprawy.
Docieramy do granicy. Tu miła pani wypytuje nas zdziwiona, dlaczego jedziemy do Izraela, "Jak to, studiujecie?". Libor dostaje niebieską naklejkę na paszport i idziemy do kontroli. Wszystko to strasznie powoli idzie. Sprawdzają bardzo dokładnie. Zajmuje nam to dwie godziny, głównie z powodu naklejki Libora - miły pan bierze taki wacik na rączce i starannie wyciera plecak Libora od wewnątrz i z zewnątrz i klucze i kosmetyczkę i wkłada wacik do takiej maszynki, co pokazuje nawet śladowe ilości narkotyków, materiałów wybuchowych i innych substancji. Gdyby czytnik coś wykazał, skończyłoby się pewnie na kontroli osobistej, obwąchiwaniu psem, a może niewpuszczeniu do Izraela.
Kiedy w końcu wychodzimy z terminala mamy tylko ochotę na wsoczenie do morza. Zanim to marzenie sie realizuje zwiedzamy jeszcze akwarium, oceanarium, czy jak to się nazywa. Bardzo ładne - rafa, kolorowe ryby, rekiny, żółwie wielkości połowy łóżka i płaszczki, które mogą robić za dywan w małym mieszkaniu (nawet kolor mają dywanu nietrzepanego od lat).
Wreszcie wspomniane morze. Jest ciepłe, czyste i tylko rafa, którą w oceanarium z przyjemnością oglądaliśmy schodząc pod wodę w specjalnej, oszklonej wieży nie jest zbyt atrakcyjna podczas pływania. Bardzo łatwo zachaczyć o nią kolanem, piętą, czy inną wystającą częścią ciała. Libor stanął sobie wśród korali i za chwilę syczał z bólu ukłuty w stopę przez jakiegoś złośliwego kolczastego stwora. Ale mimo tych drobnych niedogodności pływanie w Morzu Czerwonym pierwszego stycznia jest ciekawym przeżyciem.
Jeszcze tylko spacer po promenadzie w Eilat (wyluzowane miasto - w przeciwieństwie do Jerozolimy), dwie godziny w samochodzie przez pustynię i jesteśmy w domu.
A potem znowu szkoła...
Dzisiaj porównywaliśmy zwój Izajasza z Qumran z tekstem BH. Profesor Breuer przechodził samego siebie. To naprawdę w porządku gość. I pracę, którą nam zadał dzisiaj ukonkretnił i ułatwił. Będzie dobrze...
P.S. Zdjęć nie ma, bo są jeszcze w Libora aparacie.
wtorek, 3. stycznia 2006
Synaj
piotr, 01:11h
Na czym skończyłem? Na podnóżu Synaju. Kto wchodził, ten wie, że jest kontrola bagażu, potem jeszcze jeden checkpoint przy klasztorze św. Katarzyny, wreszcie parking z wielbłądami. "You want camel?" - pytają beduini i rzeczywiście wielu turystów wsiada na bulgoczącego i mruczącego zwierza i jedzie pod górę. My nie skorzystaliśmy z dobrodziejstw udomowienia pustynnych garbusów i z całkiem przyzwoitą prędkością (nie wolniej niż karawana) drapaliśmy się wśród ciemności, sami objuczeni plecakami nie mniej niż dromadery.
Po dwóch godzinkach byliśmy pod szczytem. Tu dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze sporo czasu do wschodu, więc można uraczyć się kawą w beduińskiej szopie. Mozna też kupić wodę, słodycze albo kamienne kulki (alabaster czy coś takiego). Z kawy skorzystaliśmy. Warto było...
Na szczycie tłum jak codzień, wszyscy z gotowymi aparatami, opatuleni w koce kierują wzrok w tę samą stronę. "You want blancket?" - wołają beduini i rzecywiście są chętni na jakieś okrycie, chociaż spodziewałem się, że będzie zimniej.
Wreszcie zaczyna się.
Wytwórnia Miracles of Creation
przedstawia
spektakl Pana Boga pt.
"Wschód".
W rolach głównych: Słońce, góry.
W pozostałych rolach: kolory, promienie i cienie.
Czas trwania: 90 min.
Język: Uniwersalny.
Scenariusz i reżyseria: God.
Scenografia: Creator.
Współpraca: Matka Natura.
Dźwięk: Brak.
Extras: Brak napisów dla niesłyszących.
Po spektaklu ludzie schodzą na dół do autobusów, które zawiozą ich, gdzie trzeba. My znajdujemy sobie płaską skałę z trzech stron otoczoną przez przepaść. Niczym Mojżesz przynoszę kamień, nakrywamy go białym obrusikiem i siadamy do Mszy Św. Eucharystia w takim miejscu jest taka sama, jak wszędzie indziej, to tylko nasze zmysły inaczej postrzegają niektóre sprawy. Jest pięknie, nawet mała świeczuszka nie gaśnie. Wiem po co dźwigałem kielich, butelkę wody, wino, stuły i książkę.
Oby Nowy Rok był tak piękny, jak te góry...
Śniadanie ma wyjątkowy smak zmęczenia i nieprzespanej nocy.
Schodzimy inną drogą - skrótem bardziej stromym. Na dole trzeba znaleźć jakiś transport.
O tym jutro, bo północ w Izraelu przyszła jak zwykle o godzinę wcześniej niż w Europie...
Po dwóch godzinkach byliśmy pod szczytem. Tu dowiedzieliśmy się, że jest jeszcze sporo czasu do wschodu, więc można uraczyć się kawą w beduińskiej szopie. Mozna też kupić wodę, słodycze albo kamienne kulki (alabaster czy coś takiego). Z kawy skorzystaliśmy. Warto było...
Na szczycie tłum jak codzień, wszyscy z gotowymi aparatami, opatuleni w koce kierują wzrok w tę samą stronę. "You want blancket?" - wołają beduini i rzecywiście są chętni na jakieś okrycie, chociaż spodziewałem się, że będzie zimniej.
Wreszcie zaczyna się.
Wytwórnia Miracles of Creation
przedstawia
spektakl Pana Boga pt.
"Wschód".
W rolach głównych: Słońce, góry.
W pozostałych rolach: kolory, promienie i cienie.
Czas trwania: 90 min.
Język: Uniwersalny.
Scenariusz i reżyseria: God.
Scenografia: Creator.
Współpraca: Matka Natura.
Dźwięk: Brak.
Extras: Brak napisów dla niesłyszących.
Po spektaklu ludzie schodzą na dół do autobusów, które zawiozą ich, gdzie trzeba. My znajdujemy sobie płaską skałę z trzech stron otoczoną przez przepaść. Niczym Mojżesz przynoszę kamień, nakrywamy go białym obrusikiem i siadamy do Mszy Św. Eucharystia w takim miejscu jest taka sama, jak wszędzie indziej, to tylko nasze zmysły inaczej postrzegają niektóre sprawy. Jest pięknie, nawet mała świeczuszka nie gaśnie. Wiem po co dźwigałem kielich, butelkę wody, wino, stuły i książkę.
Oby Nowy Rok był tak piękny, jak te góry...
Śniadanie ma wyjątkowy smak zmęczenia i nieprzespanej nocy.
Schodzimy inną drogą - skrótem bardziej stromym. Na dole trzeba znaleźć jakiś transport.
O tym jutro, bo północ w Izraelu przyszła jak zwykle o godzinę wcześniej niż w Europie...
poniedzia?ek, 2. stycznia 2006
Happy New Year
piotr, 00:56h
Wejście na Synaj jest w programie wiekszości grup pielgrzymkowych w Ziemi Świętej. My postanowiliśmy trochę urozmaicić ten punkt programu. Po pierwsze, pojechaliśmy samochodem, który zostawiliśmy w Eilat (przy granicy z Egiptem). Potem przy przekraczaniu punktu kontroli okazało się, że jest jakiś problem. Michel (Kamerun) i Anthony (Indie) nie mieli wizy. Przeczekaliśmy 2 godziny, żeby dowiedzieć się, że mogą załatwić wizę w konsulacie (muszą cofnąć się do Eilat), ale jest sobota, więc nie mogą załatwić wizy i musieli wrócić. Zostało nas trzech: Libor, Pino i ja.
Krótkie targowanie się z taksówkarzem i jedziemy do Nweba na plażę. Kąpiel w Morzu Czerwonym, kawa pod parasolem z liści palmowych i szukamy transportu dalej. Jeden gość podrzuca nas n a dworzec autobusowy, który wygląda, jakby ktoś w niego trafił rakietą ziemia-ziemia. Niestety, autobusu "nie ma i nie będzie aż do jutra". Co robić, szukamy jakiegoś busika. Znowu się targujemy i w końcu jedziemy przez pustynię. Nie wiem dlaczego, opuściłem malownicze (zapewne) opisy pustyni z pierwszej części podróży (jeszcze z Izraela) i opowieśc o postoju w miejscu, gdzie mieli mini-zoo z białym, dwugłowym wężem, ale to wina zmęczenia.
Tym razem pustynia jest skalisto-górzysta i ciągnie się jakieś 170 km. A ciągnie się tym dłużej, że kierowca robi co może, ale samochód ma pewne ograniczenia (chociaż jest całkiem komfortowy - można próbować się zdrzemnąć). Przyjeżdżamy pod Synaj. Mówimy, że jako studenci szukamy taniego noclegu. No to jest tak, że taniej się nie da. Za to nie jest to hotel, ani nawet schronisko. To obóz beduinów. Ja, oczywiście byłem zachwycony, tym bardziej, że ludzie gościnni, herbatą (słodką, jak diabli) poczęstowali i zaprosili do namiotu. Najpierw pokarmiłem wielbłądy, potem rozejrzeliśmy się po okolicy, w końcu wspomniany namiot.
Kapy i poduszki na ziemi, ognisko na środku, dym ucieka przez otwory w dachu (albo przynajmniej powinien uciekać).
Pusty karnister robi za bęben, jest herbata i miła atmosfera.
Wreszcie idziemy zdrzemnąć się chwilkę, bo o 2.00 wychodzimy, żeby zdążyć na wschód słońca.
Tyle tym razem, bo zmęczony jestem solidnie. O pozostałych etapach wyprawy - jutro.
Krótkie targowanie się z taksówkarzem i jedziemy do Nweba na plażę. Kąpiel w Morzu Czerwonym, kawa pod parasolem z liści palmowych i szukamy transportu dalej. Jeden gość podrzuca nas n a dworzec autobusowy, który wygląda, jakby ktoś w niego trafił rakietą ziemia-ziemia. Niestety, autobusu "nie ma i nie będzie aż do jutra". Co robić, szukamy jakiegoś busika. Znowu się targujemy i w końcu jedziemy przez pustynię. Nie wiem dlaczego, opuściłem malownicze (zapewne) opisy pustyni z pierwszej części podróży (jeszcze z Izraela) i opowieśc o postoju w miejscu, gdzie mieli mini-zoo z białym, dwugłowym wężem, ale to wina zmęczenia.
Tym razem pustynia jest skalisto-górzysta i ciągnie się jakieś 170 km. A ciągnie się tym dłużej, że kierowca robi co może, ale samochód ma pewne ograniczenia (chociaż jest całkiem komfortowy - można próbować się zdrzemnąć). Przyjeżdżamy pod Synaj. Mówimy, że jako studenci szukamy taniego noclegu. No to jest tak, że taniej się nie da. Za to nie jest to hotel, ani nawet schronisko. To obóz beduinów. Ja, oczywiście byłem zachwycony, tym bardziej, że ludzie gościnni, herbatą (słodką, jak diabli) poczęstowali i zaprosili do namiotu. Najpierw pokarmiłem wielbłądy, potem rozejrzeliśmy się po okolicy, w końcu wspomniany namiot.
Kapy i poduszki na ziemi, ognisko na środku, dym ucieka przez otwory w dachu (albo przynajmniej powinien uciekać).
Pusty karnister robi za bęben, jest herbata i miła atmosfera.
Wreszcie idziemy zdrzemnąć się chwilkę, bo o 2.00 wychodzimy, żeby zdążyć na wschód słońca.
Tyle tym razem, bo zmęczony jestem solidnie. O pozostałych etapach wyprawy - jutro.
... older stories

