sobota, 26. marca 2011
W zamachu zginela studentka z mojej szkoly jezykowej. Uczyla sie w klasie prowadzonej przez bardzo znajoma nauczycielke. Smierc jakos otarla sie o wszystkich nas, bo autobusem 74 kazdy jechal przynajmniej kilka razy, a na przystanku pod "slynnym" kioskiem tez wszystkim zdarzylo sie czekac. A jednak gdy wyszedlem dzis rano na pozamykane ulice, na ktorych zamiast samochodow zobaczylem kolorowe tlumy, gdy uslyszalem, ze dzwiek silnikow i klaksonow zastapila muzyka, gdy dopingowalem dziesieciu tysiacom uczestnikow na trasie Maratonu - pomyslalem: "Nie zabijecie nas tak latwo".
Bo zycie jest silniejsze niz smierc, terror i strach.
Jerozolima zyje!

PS. W przyszlym roku pobiegne - M. i A.: mozecie to wydrukowac i zachowac kartke. W razie czego gotowy jestem ja zjesc.

Von piotr um 00:00h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 4. marca 2011
Z cyklu "Stare, ale jare".
5 Żydów nauczyło mnie, że:

Mojżesz - prawo jest wszystkim,
Jezus - miłość jest wszystkim,
Marks - kapitał jest wszystkim,
Freud - sex jest wszystkim,
Einstein - wszystko jest względne.

Von piotr um 14:35h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 2. marca 2011
Najpierw o spotkaniach...

Szedlem sobie Via Dolorosa w przeciwna strone do kierunku, w ktorym kiedys prowadzono Jezusa na Golgote. Nagle zagrodzil mi droge tlum dziennikarzy z kamerami. Zapytalem pierwszego z brzegu o przyczyne takiego zainteresowania mediow i dowiedzialem sie, ze wlasnie jestem swiadkiem wizyty w Jerozolimie "slynnych gornikow z Chile". Biedacy nawet podczas modlitwy mieli towarzystwo... Ledwie dotarlem do szkoly,a tu biskup z diecezji, ktorej stolica slynie z produkcji znanego piwa. Prosilem o przekazanie pozdrowien dla M. i przypomnialem, ze widzielismy sie w czerwcu ubieglego roku. I tyle.
Karma spotkaniowa wyczerpana.

Teraz o liscie Anthony'ego Trollope'a do niejakiej miss Sankey, ktory czytalismy na ostatnim hebrajskim (po wstydliwym odkryciu, ze ten autor, to dla mnie tylko Palliserowie).

Tlumaczenie moje z angielskiego:
"Najdrozsza moja Panno Doroteo!
Jak wiesz, zona moja kochajaca, wspaniala ciagle jeszcze zyje - i z niemala duma musze powiedziec, iz jest zdrowa. Tym niemniej nie nalezy zasypiac gruszek w popiele - lepiej byc przygotowanym na kazda ewentualnosc. Gdyby cokolwiek jej sie stalo, ty rzecz jasna, zajmiesz jej miejsce, jak tylko dobiegnie konca odpowiedni okres przewidzianej zaloby.
Tymczasem, pozostaje Twoim oddanym sluga.
Anthony Trollope"

Ironia wyczerpana.

Jeszcze bajka.

Ona sprzedawala bilety wstepu na jakis odczyt w Zydowskim Centrum Studiow przy Uniwersytecie w Ohio. On byl visiting student i kiedy wrocil do Izraela pozostala im korespondencja. A jednak uczucie przetrwalo i gdy tym razem ona poleciala za Atlantyk - pobrali sie. Wkrotce przyszla na swiat coreczka. Mala panna Hershlag, bo to ona jest glowna bohaterka tej bajki, miala 3 latka, gdy cala rodzina wyprowadzila sie nie tylko z Jerozolimy, ale w ogole z Izraela, by przez Washington i Connecticut dotrzec do Nowego Jorku. Tu zaczyna sie prawdziwie bajkowa historia. Z jednej strony talent aktorski, z drugiej szkola. Czy mozna zagrac glowna role w kultowym filmie majac 13 lat i pozostac "zwyczajna" nastolatka? Czy da sie wystapic w kasowym Mega-hicie i nie pojechac na premiere do Hollywood z powodu przygotowan do matury? A potem studia: psychologia na Harwardzie. "Chocby mialo to zaszkodzic mojej karierze, chce skonczyc uniwersytet" - sporo odwagi w tym zabrzmialo - "Wole byc mądrą niz pustą gwiazdką filmową". I udało jej się zrobić dyplom bez szkody dla kariery - grywala u boku najwiekszych aktorow, w fimach najbardziej znanych rezyserow. Obsypywana nagrodami dostala nawet nominacje do Oskara. W wywiadach powtarzala, ze chociaz "bardzo kocha Stany, to jej serce zostalo w Jerozolimie. To wlasnie tam czuje, ze naprawde jestem w domu".
Wreszcie happy end. Do tej roli przygotowywala sie miesiacami: drastyczna dieta, kilka godzin dziennie na lekcjach tanca, zadnych kompromisow. Na deszcz zlota nie trzeba bylo dlugo czekac - nagroda za nagroda, zachwyty krytykow i publicznosci. Szesc lat po pierwszej nominacji zdobyla szczyt - Oskar za Najlepsza Role Kobieca.
Panie i Panowie, to nie zadna bajka, tylko dziewczyna z mojego miasta - Natalie Portman. Genialny "Czarny Labedz". Do kina, prosze!

Von piotr um 23:51h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 20. lutego 2011
Walczę z tekstem na jutrzejszą lekcję hebrajaskiego.
Na szczęście znalazłem całkiem niezłe tłumaczenie pani Maciejowskiej.
Opowiadanie Etgara Kereta zamieszczam bez zgody autora i tłumaczki, ale robię to, żeby zareklamować książkę "Kolonie Knellera", która ukazała się w Polsce w 2009 r.

"HISTORIA O KIEROWCY AUTOBUSU, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ
PANEM BOGIEM"

To jest opowiadanie o pewnym kierowcy autobusu, który nigdy nie chciał otwierać drzwi takim, co się spóźniali. Ten kierowca autobusu nie chciał otwierać drzwi nikomu. Ani zatrzymującym go licealistom, którzy biegli do skrzyżowania i wbijali w niego smutne spojrzenia, i z pewnością nie zdenerwowanym ludziom w waciakach, którzy z całej siły
walili w drzwi, tak jakby w ogóle przyszli na czas i tylko on był nie w porządku, ani nawet staruszkom z brązowymi papierowymi torbami pełnymi zakupów, którzy machali na niego drżącą ręką. I to wcale nie ze złośliwości nie otwierał drzwi, ten kierowca nie miał w sobie nawet cienia złośliwości — powodem była ideologia. Ideologia kierowcy polegała na
tym, że jeśli założymy, iż zwłoka spowodowana puszczaniem kogoś spóźnionego do autobusu wyniesie najwyżej pół minuty, a człowiek zostawiony na chodniku straci z tego powodu kwadrans ze swojego życia, to ciągle jeszcze jest uczciwiej wobec społeczeństwa nie otwierać drzwi, gdyż inaczej te pół minuty straci każdy pasażer autobusu. A jeśli w autobusie znajduje się, załóżmy, sześćdziesięciu ludzi, którzy w niczym nikomu nie zawinili i przyszli na swój przystanek o właściwej godzinie, wówczas wszyscy oni razem tracą pół godziny, co stanowi dwa razy więcej niż kwadrans. To była jedyna przyczyna, dla której nie otwierał nikomu drzwi. Zdawał sobie sprawę, że pasażerowie nie mieli o niej pojęcia, tak samo jak ci, którzy biegli za nim i dawali mu znaki, by otworzył. Wiedział też, że większość z nich ma go po prostu za skurwysyna i że jemu samemu byłoby o wiele, wiele lżej pozwolić im wejść i przyjmować potem uśmiechy i podziękowania. Tyle że wobec konieczności wyboru między podziękowaniami i uśmiechami a dobrem społecznym kierowca nie miał najmniejszych wątpliwości, że pierwszeństwo ma dobro społeczne.

Człowiek, który miał najbardziej cierpieć przez tę ideologię kierowcy, nazywał się Adi, tyle że on, w przeciwieństwie do innych ludzi w tym opowiadaniu, nie próbował nawet biec za autobusem, a to z powodu rozpaczy i lenistwa. Ów Adi był pomocnikiem kucharza w barze restauracyjnym, który nazywał się Bar – Bar dla upamiętnienia najbardziej udanej gry słów, jaką jego głupi właściciel był w stanie wymyślić. Jedzenie nie było tam nadzwyczajne, ale sam Adi był człowiekiem miłym, tak miłym, że czasami, kiedy wyszło mu danie nieszczególnie maczne, sam je zanosił do stolika i przepraszał. Właśnie w trakcie takich przeprosin spotkał swoje szczęście, a przynajmniej szansę na szczęście, w postaci dziewczyny tak uroczej, że w celu oszczędzenia mu złego samopoczucia próbowała do końca zjeść rostbef, który jej przygotował. Ta dziewczyna nie chciała mu powiedzieć, jak ma na imię ani dać numeru telefonu, ale była wystarczająco milutka, żeby zgodzić się na spotkanie następnego dnia o piątej w umówionym miejscu. W Delfinarium, żeby być bardziej
dokładnym.

Adi cierpiał na chorobę, przez którą przegapił już w życiu sporo spraw. Nie była z rodzaju chorób wywołujących rozrost polipów czy coś takiego, ale jednak wyrządziła Adiemu bardzo dużo szkód. Ta choroba sprawiała, że spał zawsze dziesięć minut za długo i żaden budzik nie mógł dać jej rady. Przez nią spóźniał się zawsze do pracy w Bar – Barze — przez nią i przez naszego kierowcę, który zawsze przedkładał dobro społeczne nad
pozytywne wzmocnienie na szczeblu jednostki. Tylko że tym razem, ponieważ szło o szczęście, Adi postanowił rzezwyciężyć chorobę i zamiast położyć się po południu spać — pozostał przytomny i oglądał telewizję. Dla większego bezpieczeństwa nastawił sobie nawet nie jeden budzik, ale trzy i zamówił budzenie telefoniczne. Ale ta choroba była nieuleczalna i Adi zasnął jak niemowlę przy programie dla dzieci, a obudził się cały spocony pośród dzikiego wrzasku budzików dziesięć minut za późno. Wyszedł na ulicę w tym, w czym spał, i zaczął biec w stronę przystanku.

Nie pamiętał już, jak się biega, nogi plątały mu się za każdym razem, kiedy odrywał je od chodnika. Ostatni raz w życiu biegał, zanim odkrył, że można uciec z lekcji gimnastyki, czyli gdzieś w okolicach szóstej klasy, tyle że w przeciwieństwie do tamtych lekcji, teraz biegł, wytężając wszystkie siły, tym razem bowiem miał co stracić, a wszelkie bóle w piersiach i świsty popularnych były dla niego niczym w tej pogoni za szczęściem. Właściwie wszystko było dla niego niczym, oprócz naszego kierowcy, który akurat zamykał drzwi i ruszał z przystanku. Kierowca widział Adiego w lusterku, ale, jak już powiedzieliśmy, miał swoją ideologię, logiczną ideologię, która przede wszystkim opierała się na żądzy sprawiedliwości i prostym rachunku. Tylko że Adiego te rachunki nic nie obchodziły, pierwszy raz w swoim życiu chciał naprawdę być punktualny i dlatego nadal ścigał autobus, nawet jeśli nie miał szans. Nagle los postanowił mu pomóc, choć tylko połowicznie, sto metrów za przystankiem były bowiem światła i na chwilę przed tym, zanim autobus do nich dotarł, zmieniły się na czerwone. Adiemu udało się dogonić autobus i dowlec do drzwi kierowcy. Nawet nie zastukał w szybę, nie miał siły, patrzył tylko na kierowcę wilgotnymi oczyma i osunął się na kolana, zasapany i bez tchu. To przypomniało coś kierowcy, coś z dawnych czasów, zanim jeszcze chciał być kierowcą autobusu, z czasów, kiedy jeszcze chciał być Panem Bogiem.

To wspomnienie było trochę smutne, bo w końcu nie został Panem Bogiem, ale też wesołe, bo został kierowcą autobusu, a to była druga rzecz, której najbardziej pragnął. I nagle kierowca spomniał, jak kiedyś sobie obiecał, że jeśli w końcu będzie Panem Bogiem, będzie litościwy i miłosierny, i wysłucha każdego ze swoich stworzeń, i kiedy zobaczył z wysokości swojego siedzenia kierowcy Adiego powalonego na kolana na asfalcie, po prostu nie mógł dłużej i pomimo całej ideologii prostych rachunków otworzył mu drzwi. A Adi wszedł i nawet nie powiedział dziękuję, bo brakowało mu tchu.

Lekturę tego opowiadania najlepiej by było skończyć w tym miejscu, bo chociaż Adi dotarł na czas do Delfinarium, szczęście w końcu nie mogło przybyć, tak w ogóle bowiem miała chłopaka. I tylko dlatego, że dziewczyna była taka miła, nieprzyjemnie jej było poinformować o tym Adiego i wolała go wystawić do wiatru. Adi czekał na umówionej ławce prawie dwie godziny. Kiedy tak siedział, myślał sobie
różne paskudne rzeczy o życiu, a potem patrzył jeszcze na zachód słońca, stosunkowo udany, i pomyślał o skurczach mięśni, których na pewno zaraz dostanie. W drodze powrotnej, kiedy bardzo już chciał być w domu, zobaczył z daleka swój autobus zatrzymujący się na przystanku i wypuszczający pasażerów, ale wiedział, że nawet gdyby miał siłę i ochotę pobiec, w życiu go nie dogoni. Szedł więc dalej powoli, przy każdym kroku czując milion zmęczonych mięśni, i kiedy w końcu dotarł do przystanku, spostrzegł, że autobus ciągle tam jest i czeka na niego. A kierowca, pomimo gniewnych pomruków i natarczywych nagabywań pasażerów, zaczekał, aż Adi wejdzie, i nie dotknął pedału gazu, dopóki ten nie znalazł miejsca siedzącego. I kiedy ruszyli, mrugnął do niego smutno w lusterku, co pozwoliło obrócić całą tę historię w coś niemal znośnego.

Von piotr um 23:51h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 17. lutego 2011
Pierwszy raz widziałem pogrzeb bez trumny. Ciało Małej Siostry owinięte płótnem zaniesiono na noszach i złożono w płytkim grobie. Potem wszyscy rzucili po garstce ziemi. I tyle... Spoczęła na malowniczo położonym cmentarzu w Ein Karem. Prosty pogrzeb, jak proste życie.

P.S. Gra Lech, ale na moim ekranie w ogole nie widac pilki.

Von piotr um 22:41h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 15. lutego 2011
Ruszyła...
...Liga Mistrzów.
O uczuciu, jakie towarzyszy momentowi, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki hymnu i słychać ogłuszający huk kibiców nie dam rady napisać.O tym, że mecze grupowe nie dorastają do pięt emocjom fazy pucharowej - nie muszę, Wtorkowe i środowe wieczory będą stały pod znakiem najciekawszych rozgrywek świata. Nawet Mundial im nie dorównuje, ze względu na swój świąteczno-wakacyjny charakter. Mundial trwa cały miesiąc, jest czerwcowo-lipcowo, ciepło i słonecznie. LM to tylko dwa dni w tygodniu (lub co 14 dni), ciemne, jesienno-zimowe wieczory i zwyczajne życie, które nie zatrzymuje się ani na chwilę. Podczas Mundialu świat jakoś wstrzymuje oddech, dzieci, młodzież i studenci mają wolne, wielu ludzi jest na urlopach, jemy lody, pijemy zimną Colę, balkony są otwarte a w powietrzu zapach lipy - LM jest odpoczynkiem po pracy, wieczorową rozrywką, chwilą oddechu pośród trudów codzienności, którą nazajutrz można się podzielić ze znajomymi. Za oknami deszcz i mróz, a światło z ekranu ogrzewa mieszkanie. Międzynarodowy charakter drużyn uwalnia od wszelkich -izmów i dodaje kolorytu rozgrywkom. Nie wszyscy kibicują Polsce, a gdy ta odpadnie Brazylii, po porażce której przerzuca się sympatię na Hiszpanię. Nie wszyscy nie lubią Niemców, nie ma patriotycznych flag i koszulek a raczej jakaś ponadnarodowa wspólnota fanów, którzy potrafią identyfikować się ze swoim klubem pomimo odległości, bariery językowej i cenom biletów. Mundial jest takim jarmarkiem kolorowego tłumu, w którym każdy musi być kibicem i wspierać narodową dumę. Kobiety, dzieci, staruszkowie, ludzie wszystkich profesji i poglądów zgodnie malują twarze we flagowe barwy i wszyscy, ale to wszyscy są nagle kibicami piłki (poza kontestatorami, którzy starają się zamanifestować swoją niechęć, wynikającą z ignorancji i będącą w zasadzie zazdrością i strachem, że ktoś mniej wykształcony, gorzej wychowany i mniej inteligentny może ich nagle zawstydzić obnażając ową ignorancję). LM jest butikiem wśród bazarowych bud, ekskluzywną formą spędzania wieczorów w środku tygodnia, do późna, bez taniego blichtru idącego za modą tłumu. LM jest świętem w codzienności, jest oddechem świeżości na wysypisku zwyczajności, jest arią operową wobec zawodzenia pop-plastikowego chóru, wyspą poezji na oceanie szarych blokowisk małych miasteczek. Jest jak Mozart rozrywki. Jak "Bolero" Ravela na Olimpiadzie w Sarajewie, jak obrazy Caravaggia, Wieża Eiffla, Stonehenge, Wielki Kanion i ogon wieloryba wystający z wody. Jak "One" U2, Pustynia Judzka, Spaghetti allo Scoglio w Navona Notte w Rzymie, Becherovka z tonikiem, kolejka linowa w San Martino di Costrozza, rafa koralowa w Eilacie, Bazylika św. Piotra, mozzarella i teksty Cohena. Nie ma znaczka UNESCO, ale dla nas, wiernych widzów jest dziedzictwem Ludzkości.
Do telewizorów, proszę.

Von piotr um 23:23h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 13. lutego 2011
"Gombrowiczowski Element Tla"
Wiadomosc o smierci Madrego Biskupa zastala mnie w okolicznosciach malo sprzyjajacych refleksji nad przemijaniem. Poranny kawalek morza i sms z R.I.P. przed znanym nazwiskiem jakos sie nie zgraly - czas byl tylko na ciche zyczenia "Wiecznego Odpoczynku". Po powrocie do domu wlaczylem komputer, ale bezlitosny uplyw godzin i dni sprawil, ze na necie brzmialy juz tylko lekkie echa tej smierci. "News sie wykrwawil" pomyslalem i poszukalem glebiej - na stornach bardziej "branzowych". Zaspokoiwszy pierwsza ciekawosc brnalem w kolejne wspomnienia, artykuly, opracowania, wystapienia - unikajac komentarzy, forow i wyskakujacych okienek z reklamami. Wreszcie trafilem na znany portal do dzielenia sie plikami i z glosnikow poplynela muzyka - zmiksowane fragmeny wypowiedzi biskupa z wykladow nagrywanych przez studentow wplecione w dyskotekowe rytmy. Profesjonalne, humorystyczne, miejscami inteligentne, odprezajace. A. opowiadal, ze odwiedzil miejsce, w ktorym cialo Abpa bylo wystawione, przed przewiezieniem do kraju. W sali telewizyjnej, na koncu korytarza lezal sobie calkiem sam - spokojnie, nie oczekujac juz niczego i niczego nie potrzebujac. Przez caly zimny poranek czuje sie, jakby byl tu w jakis sposob obecny - tysiace kilometrow od Rzymu, Polski, Lublina. Odsluchuje kolejne pliki. Moim zdaniem jest to jakis sposob uczczenia zmarlego. Moze pokolenie przede mna tego "nie kupuje", ale ironia, dystans, usmiech - to sa rzeczy, ktore wobec powagi zycia i smierci moga tylko pomoc. Nie znam sie na tym i jestem zarazony postmodernizmem, jak twierdzi C. - wiem. Siedze sobie i slucham wszystkich mixow MC Zycinski. "Rybak zlowil minus trzy ryby..." :) A potem rozpakuje ostatni numer gazety, ktora "wolal Arcybiskup" i poczytam madre teksty o nim. A w glosnikach rytmiczne "te gazete, wolal te gazete..."
"Spoczywaj w Pokoju Madry Czlowieku!"

P.S. M. podzielil sie odczuciami z lektury pracy doktorskiej Abpa. Jest pod duzym wrazeniem - szczegolnie tematu: "Prostota i dyskonfirmowalność jako kryteria heurystyczne w kosmologii relatywistycznej".

Przykladowe pliki do odsluchania (jest ich duzo wiecej): Tutaj i tutaj.

Von piotr um 11:49h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 7. lutego 2011
Zimno...
I deszczowo...
Przepisy na nalewki zacząłem przeglądać...

Von piotr um 22:42h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 3. lutego 2011
Dla tych, co w Szczecinie.
Ostatnia szansa, żeby w kinie "Pionier 1909" zobaczyć nominowany do Oscara izraelski film "Ajami" - dzisiaj, o 15:50. Szczegóły.

Von piotr um 11:52h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 2. lutego 2011
Ksiadz mowi: "Moze zostac konserwatysta", a ja mu na to:
Jako urzednik kk jestes konserwatywnym betonem. Chyba, ze: 1. Dopuszczasz blogoslawienstwo zwiazkow jednoplciowych, ktore nazywasz malzenstwami, oraz adopcje dzieci przez takie malzenstwa i w ogole uwazasz, ze plec jest wyborem. 2. Nie do konca wierzysz w bajki typu: czysciec, aniolowie, proroctwa, etc, a Biblie traktujesz jako "mity pustynnych nomadow", w ktorych sa ciekawe i uzyteczne elementy, ale nalezy je odczytac w duchu wspolczesnosci. 3. Uwazasz, ze to wspolnota powinna potwierdzic twoje powolanie przez cykliczne wybory "prezbitera" sposrod wszystkich (meskich i zenskich) czlonkow. 4. Uwazasz celibat i posluszenstwo jako relikty feudalnego systemu, na ktore nie ma dzis miejsca. 5. Dopuszczasz mozliwosc osobistej decyzji sumienia kazdego czlonka wspolnoty w sprawach aborcji i eutanazji, dlatego nie ujawniasz swoich pogladow na ten temat. 6. Na tematy antykoncepcyjne nawet sie nie wypowiadasz, bo to wg ciebie nie ma nic wspolnego z moralnoscia.7. Uwazasz za konieczna dyskusje na temat nowego rozumienia "realnej obecnosci" w Eucharystii, bo uwolniona z tomistycznych kajdan filozofia nie akceptuje "transsubstancjacji" i jej podobnych sztucznie wykreowanych terminow. 8. Praktykujesz joge, reiki i wegetarianizm jako krok w strone Duchowosci Wschodu, a twoje mieszkanie jest urzadzone zgodnie z Feng Shui. 9. W wolnych chwilach odprezasz sie stawiajac tarota, kabale lub astrologiczny horoskop dla znajomych (potrafisz nawet przewracac strony w ksiazce sama tylko sila woli).10. Wydaje ci sie czasem, ze twoje poglady sa zbyt konserwatywne, dlatego poddajesz je rewizji, co ok.7 lat, watpiac we wszystko i tworzac swoj swiatopoglad absolutnie od zera. 11. Polemizujesz ze wszystkimi, ktorzy mysla inaczej, nazywajac ich "zacofanym ciemnogrodem", albo pogardliwie milczysz, bo uwazasz, ze szkoda twojego czasu. 12. Voodoo i Rasta to twoja ulubiona bajka: lubisz czasem zajarac blanta i pospiewac: "Mother Mary come to me" - dzieki temu twoje poglady polityczne nie musza byc wyraziste: jestes jednoczesnie pacyfista, ekologiem, anarchista, komunista i czlonkiem Partii Kobiet.

Von piotr um 13:51h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 1. lutego 2011
Wieczór w salonie
Anielskie głosy z naszego salonu: salotto (wma, 746 KB) . Pełne błędów, ale autorska kompozycja B. Zamiast relaksacyjnej partii z Chess Titans (na 4 levelu zawsze wygrywam), wieczorek z próbą śpiewów na Jutrznię. Taki hymn ktoś nagrał przypadkowo ;)

P.S. Tak wrzuciłem, bo nie ma natchnienia. Muzy zaprzęgnięte w kierat pisania doktoratu, pierwszy rozdział gotowy, a na blogu nie powiem czym wieje.

Von piotr um 22:00h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 24. stycznia 2011
Nowy Rok Drzew.
Tu BiShvat świętowaliśmy podwójnie. Najpierw siedząc przy czerwonym Tuborgu na Górze Oliwnej i oglądając Jerozolimę i księżyc w pełni. C. ćwiczył karate, L. robił zdjęcia, a mi było zimno, ale ponieważ sam to wymyśliłem i zorganizowałem (włącznie z taksówką i Tuborgiem), więc nic nie mówiłem. Następnego dnia po mszy wynieśliśmy do ogródka drzewo cytrynowe, żeby posadzić je uroczyście, ze śpiewem i tańcami. Starsze parafianki dostały lekkiej zadyszki pląsając z młodszymi księżmi, ale same to wymyśliły i zorganizowały (włącznie z drzewem cytrynowym i łopatą), więc nic nie mówiły.
Oczywiście, Nowy Rok Drzew ma kabalistyczną wymowę. Wszystkie te owocowe historie, wino, czekanie na wiosenne przełamanie się pogody, kwitnące migdałowce (w tym roku spóźnione). Ale przecież równowaga i balans człowieka z naturą to czyste Tao.
C. nauczył mnie pisania znaku "Ła" - mopem na podłodze kuchennej, kiedy zmywaliśmy. Po Japońsku "Ła" oznacza wszechbalans, to "co" jest teraz i "jak" jest teraz. "Nie przerywaj ŁA!" można rozwinąć do rozmiarów: "Nie czekaj na coś innego, nie spodziewaj się niczego, nie rozwalaj równowagi".
Wracając do przyrody - urbanizacja ogałaca nas z potrzeby oddychania czystym tlenem, brudzenia rąk ziemią, ogrzewania się od ciepłej skały, czy chłodzenia wodą ze strumienia. Gwiazd nie widać, hałas mechaniczny, beton, sztuczne światło i klimatyzacja (ten ostatni wynalazek akurat kocham) - jednym słowem: "bezduszna" egzystencja.
Ciąg dalszy taoistyczno-kabalistycznego świętowania Tu BiShvat musiał więc nastąpić w gorących źródłach. Śmierdziało siarką, jak zwykle, ale gwiazdy, skały i skrzydełka kurczaka (ciągle jeszcze ciepłe) zrekompensowały niemiłe wonie. Ze skrzydełkami było tak. Kupiliśmy je z B. jeszcze w listopadzie. Leżały zamrożone, aż przyszło mi na myśl, żeby je upiec. Telefon do mamy, konsultacja na temat rozmrażania (potem drugi telefon z pytaniem o technikę usuwanie resztek pierza), chwila pracy i gotowe. Wrzuciliśmy wszystko do garnka, zawinęliśmy w ręcznik i umieściliśmy w bagażniku (obok gitary C.). W gorącym źródle absurdalność sytuacji dostrzegł Izraelczyk siedzący ze swoją dziewczyną i nami w tej samej jamie. Po kilkunastu minutach stwierdził: "Nikt by mi nie uwierzył, że w środku zimy, leżę w w nocy w wodzie, gdzieś wśród pustynnych skał, obok mnie Polak, Węgier, Włoch, Białorusin i lekarz z Wenezueli, rozmawiamy po hebrajsku, zajadamy skrzydełka kurczaka z pływającego po powierzchni garnka, a obok pływa sobie pokrywka, na którą rzucamy kości".
Absurdalnie pięknie.

Von piotr um 13:58h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 15. stycznia 2011
Żyjemy!
- Czyja to walizka? - zawołał nagle nieco niepewnie jakiś głos. Odwróciłem się, ale nie uznałem za stosowne przejąć się tym zbytnio. Do mojego numero pozostało jeszcze kilka minut czekania.
- Mispar "566" zgłosi się do okienka numer "szalosz". - obojętny, komputerowy głos poinformował, że zanim zapłacę zaległy mandat, sześć innych osób załatwi swoje pocztowe sprawy.
- 573, 573... - powtarzałem w myślach, chcąc przyspieszyć nieco pracę urzędniczek.
- Czyja to walizka? Do kogo należy ta walizka? - tym razem głośniej zabrzmiało i nagle wszyscy, jak jeden mąż zwrócili się w kierunku wołającego.
- Czyja to walizka? - ubrany w niebieską koszulę ochroniarz nie przestawał pytać:
Wymienił kilka słów z najbliższym mężczyzną, po czym oddalił się kilka kroków w stronę drugiego pomieszczenia, mówiąc coś do swojego walkie-talkie.
Walizka była czarna, pękata i stała sobie pod ścianą. Za trzema rzędami krzeseł - niemal niewidoczna dla klientów zwróconych w stronę okienek, bezczelnie niczyja, jakby śmiała się z całego świata.
- 567 do okienka 5, 568 do okienka 3 i zaraz 569 do okienka 12- na ekranach ciągle jeszcze zmieniały się numery.
- No tak - pomyslałem - blondynka z trójki pracuje najszybciej - już czterech klientów obsłużyła, w czasie gdy pozostałe z Bliskowschodnim spokojem się opieprzają.
- Czyja to walizka? - wszyscy już chyba zrozumieli, że za chwilę trzeba będzie ewakuować obiekt. Na wszelki wypadek odszedłem aż do ostatniego okienka.
- 570 - objaśnił komputerowy głos i kobieta z różową reklamówką poderwała się z krzesła z wyraźnym uśmiechem.
- Stuk, stuk, stuk - rytmiczne uderzanie jej szpilek o podłogowe lastryko świadczyło o niezwykłej gorliwości i zaangażowaniu w dotarcie do okienka.
- Czyja to walizka - ochroniarz był niezmordowany.
- No nie, zostały trzy osoby do mojego numerku, a oni zaraz zamkną pocztę z powodu głupiej walizki, w której pewnie i tak nie ma bomby - pomyślałem.
- Proszę już nie podchodzić - pan z okienka nr 12 był wyraźnie szczęśliwy z powodu nieoczekiwanej przerwy.
- Bez przesady, stoję tu od godziny. Mam tylko przekaz do odebrania. A poza tym, jeszcze nie jest zamknięte - młody Arab stanowczo zażądał swoich praw i o dziwo, pan z okienka ustąpił. Zaczął go obsługiwać, nie ukrywając jednak radości z faktu, że za chwilę wypali spokojnie papierosa w czasie pracy, albo zje kanapkę, czy może poflirtuje z blondie, siedzącą na trójce.
- Czyja to walizka? - powtórzył ochroniarz, a ja zakląłem pod nosem i nie za bardzo do niego, raczej do samego siebie mruknąłem:
- Może by tak po angielsku spytać?
Jakby na potwierdzenie tych słów, od jednego z okienek odeszła mała Filipinka i zbliżając się do ochroniarza w niebieskiej koszuli, z rozbrającym uśmiechem powiedziała:
- Oh, this suitcase? It's mine!
- 573 do okienka 9! - zabrzmiało w głośnikach i niemal w tym samym momencie wykrztusiłem:
- Szalom, efszar leszalem duach tnua?
- Betach, sze ken - nie wiedziałem, czy pani uśmiecha się do mnie, czy z powodu niezręcznego sformułowania, ale nie miało to znaczenia. Walizka nie eksplodowała, ani nie zamknęli poczty tuż przed moją kolejką. Przez moment nawet zdawało mi się, że ta druga perspektywa jest jakby nieco trudniejsza do zaakceptowania.
- Ale ja jestem głupi - skarciłem się w myślach i już z rozpromienioną twarzą zapłaciłem 100 szekli mandatu.
- Co się pan tak cieszy? Mandat to nic miłego - pani próbowała przywołać mnie na ziemię realizmem sytuacji.
- Lama lo? Kol sze kore, ze tow. Haim!
Właśnie. Żyjemy. Czy coś może zagłuszyć tę radość?

Von piotr um 00:45h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 6. stycznia 2011
Jeszcze o bezczelnej wolności.
Obejrzałem "Des Hommes Et Des Dieux".
I wszystko jasne...
Słowa: "Nie boję się śmierci. Jestem wolnym człowiekiem" muszą brzmieć bezczelnie.



Z testamentu Ojca De Cherge:

"Jeśli pewnego dnia - a może to nastąpić w każdej chwili - przyjdzie mi stać się ofiarą terroru, który wydaje mi się, zaczyna być kierowany przeciw wszystkim obcokrajowcom mieszkającym w Algierii, to chciałbym, żeby moja wspólnota, mój Kościół i moja rodzina nie zapomnieli, że oddałem życie Bogu i temu krajowi.
(...)
Kiedy będą myśleć o mojej śmierci, chciałbym, żeby pomyśleli również o rzeszach bezimiennych ludzi, którzy tak samo zginęli. Moje życie nie jest więcej warte niż życie innych. Nie jest też, oczywiście, warte mniej. W każdym razie, nie byłem niewinny jak dziecko. Żyłem dostatecznie długo, aby wiedzieć, że mam swój udział w złu, które, niestety, zdaje się przeważać na świecie i które bijąc na oślep może mnie także uderzyć.

Bardzo chciałbym, kiedy przyjdzie mój czas, zdobyć się na moment jasności umysłu, żeby prosić o przebaczenie Boga i moich braci w człowieczeństwie, i żeby wybaczyć z całego serca temu, kto mnie dopadnie.

Nie pragnę takiej śmierci. Myślę, że ważne jest, żebym to wyznał. Nie mógłbym przecież cieszyć się z tego, że na ten naród, który kocham, spadnie odpowiedzialność za moją śmierć. To zbyt wysoka cena za coś, co ktoś może nazwie "łaską męczeństwa". Nie chciałbym zawdzięczać jej żadnemu Algierczykowi, kimkolwiek by nie był, zwłaszcza jeśli uzasadniałby swój czyn wiernością islamowi.
(...)
Może się wydawać, że moja śmierć potwierdza opinie tych, którzy uważali mnie za naiwnego idealistę. "No i co teraz powiesz?"

Chcę, żeby ci wszyscy dowiedzieli się, że nareszcie będę mógł zaspokoić swoją ciekawość i znaleźć odpowiedź na pytanie, które dręczyło mnie całe życie. Bo jeśli Bóg zechce, zanurzę się w Jego ojcowskim spojrzeniu i razem z Nim zobaczę Jego dzieci - także muzułmanów - tak, jak On je widzi, otoczone chwałą Chrystusa, odkupione Jego męką, obdarowane Duchem Świętym, którego głęboka radość zawsze przywraca jedność, mimo różnic.

Dziękuję Bogu za to stracone życie - całkowicie moje, ale także należące w całości do nich, które wydaje mi się, że stworzył dla tej jedynej radości Ducha na przekór wszystkiemu i pomimo wszystko.

W tym dziękczynieniu zawieram całe moje życie, i was, moi dawni i obecni przyjaciele, was, moi bliscy z tych stron, moi rodzice, bracia, siostry, oczekując na plon stokrotny, tak jak było obiecane!

I ciebie także, przyjacielu mojej ostatniej chwili, ty, który nie będziesz wiedział, co czynisz. Tak, za ciebie również chcę dziękować, i chcę, ci powiedzieć "Do zobaczenia wkrótce!", "Z Bogiem!".

Niech nam - jak dobrym łotrom - będzie dane odnaleźć się, w raju, jeśli tak zechce Bóg, nasz Ojciec - twój i mój.
Amen!
Inch'Allah!"

Von piotr um 17:59h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment