sobota, 26. listopada 2005
Krytyczna analiza wykładu.
Autobus, droga do domu z Uczelni (kilka dni temu):
Tobias: Jak dzisiejszy wykład Breuera?
Ja: Jestem nieco rozczarowany.
Alexius: No coś ty? Było super.
Ja: Tracy miała znowu niebieską bluzkę...

Von piotr um 00:04h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 24. listopada 2005
Skype pogwarki
[22/11/2005 22.54.18] A: a jak relacje z Szefem? :)
[22/11/2005 22.54.25] ja: mamy ciche dni
[22/11/2005 22.54.30] A: hehehe
[22/11/2005 22.54.34] ja: znaczy ja gadam on nie bardzo
[22/11/2005 22.54.45] A: ;)
[22/11/2005 22.54.46] ja: albo raczej ja nie bardzo słucham

Von piotr um 22:20h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 24. listopada 2005
What a day...
Najpierw rano zaspałem. Właściwie nie zaspałem, bo obudziłem się zgodnie z planem, poszedłem wziąć prysznic i wracając zobaczyłem na korytarzu Libora z plecakiem. Zdziwił się widząc mnie wychodzącego z łazienki, zawiniętego w ręcznik i dał mi do zrozumienia, żebym się pospieszył. Wtedy przypomniało mi się, że wykładów wprawdzie nie ma, ale jest wyjazd w teren z Archeologii Jerozolimy.
Miałem w planie uczciwie się pouczyć i po obiedzie jechać na zajęcia. Tymczasem plan nie ujął drobnego szczegółu - wyjazdu z Barkay`em.
Zazwyczaj wychodzę na przystanek o 8.00. Tym razem "pięć po" wchodziłem do pokoju wracając z łazienki...
Chwytam plecak, pakując go najpierw (gdzie te baterie do dyktafonu?), bułka do ręki (o kawie zapomnij), bieg na przystanek i... Pan Bóg zatrzymał autobus gdzieś po drodze, bo ludzie jeszcze czekają (m.in. Tobias z Alexiusem).
Po 5 min. wszyscy rozmawiają o jednym: gdzie jest autobus?
Po kolejnych pięciu - zaczynam się modlić: "OK, dzięki, że go dla mnie opóźniłeś, dzięki, że zdążyłem, ale teraz to już mógłby przyjechać, już tu jestem, halo!"
I podjeżdża.
Przy wejściu na Uczelnię jest stoisko z kawą. Tobias kiedyś stwierdził, że to dla tych, co są spóźnieni i nie mają czasu iść do Caffeterii. Tym razem korzystamy z usług stoiska. Okazuje się, że dostajemy jakieś kupony, że 10 kawa gratis, czy cośtam. Niestety, po minie zadowolonego Tobiasa można poznać, że coś knuje - już to widzę - teraz będziemy musieli kupować kawę tutaj. A ja lubię naszą Caffeterijkę.
Anyway, jedziemy do jakiegoś muzeum. Jest tu niezły model miasta z okresu 1st Temple (podświetlany i w ogóle). Proponują nam film. Niezły, tylko nie mają wersji angielskojęzycznej. Pani próbuje tłumaczyć, ale soundtrack jest za głośny. Dobra. Zwiedzamy jakieś wykopaliska. Nie słucham, bo gdy mam świadomość, że się nagrywa, to jakoś mi się włącza myślenie o czymś innym.
Jeszcze jedna kupa kamieni (niby ważna jakaś). Kolejny mur, skała i wreszcie autobus.
Wracamy na Uczelnię. Szybki lunch i myśl: "Gdzie by tu odpocząć?" Najlepiej w bibliotece (cicho, ciepło i wygodne krzesła). Niestety, coś mnie podkusiło, żeby pójść i się zapisać do biblioteki głównej. To był oczywiście duży błąd, bo najpierw kolejka, potem miła pani nie mówi dobrze po angielsku, ale tłumaczy, żeby iść "tam".
"Tam" miły pan ma problemy (ulica mu się nie zgadza), ale w końcu zapisuje nas w komputerze i nakleja znaczki na legitymacje. Tobias już wnerwiony, bo mówi, że skoro nasze dane istnieją w postaci elektronicznej to po co tydzień temu podawaliśmy je w naszej bibliotece, a jeśli nawet, to po co teraz znowu? Czas płynie. Idziemy szukać książek. Okazuje się, że mam chyba źle zapisane nazwisko autora. Męczę się, ale znajduję. Teraz co z tym numerem zrobić? Aha, jest tablica z jakimiś kodami. Trzeba iść na 5 piętro, winda nie przyjeżdża. Przyjechała.
Gdzie jest sektor zielony? Spacerujemy przez 10 min. w końcu: Jest!
Jest też koniec czasu na break i trzeba lecieć na wykład.
I tu niespodzianka. Barkay (tak, jak tydzień temu i dwa tygodnie temu) nie zrobił przerwy tylko nawijał przez 150 min. (2 i pół godziny!).
Strasznie styrany wracam do domu. Trochę żartujemy w autobusie z dziewczyną trzymającą kiść baloników (Alex nawet Happy Birthday w języku Zulu śpiewa), ale to tylko rozpaczliwe próby zapomnienia o zmęczeniu.
Jeszcze, dla dopełnienia radości, przy kolacji dostaję rachunek za książkę (64$-zdzierstwo) i przypominam sobie, że nici z nauki Greki (test w piątek), bo trzeba z Genesis na jutro coś przygotować. Drukuję pracę z Joba (nie sprawdzam błędów, a niech to).
Siadam do biurka, otwieram Bible Worksa i Genesis i... właśnie skończyłem!
Wpisuję tę notkę i zmykam spać.
A jutro?
Jutro też będzie dzień...

Von piotr um 01:11h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 22. listopada 2005
Nasz kucharz Issa jest Palestyńczykiem z Betlehem. Poza tym jest geniuszem kuchni. Jego potrawy to dzieła sztuki. Ma dar...
Tom (przełożony domu) stwierdził, że gdyby nie limity finansowe Issa przyrządzałby codziennie dania jak w pięciogwiazdkowym hotelu. Mimo ograniczonych możliwości (najczęściej do kolacji używa leftovers z obiadu) Issa czaruje swoją pomysłowością. Dzisiaj przy okazji zachwytów nad bułeczkami z farszem szpinakowo-grzybowym (szpinak był na obiad) posłuchałem trochę o sytuacji Palsetyńczyków w Betlehem.
Bezrobocie sięga tam 50%. Pracę poza terenem zamieszkania ciężko utrzymać ze względu na trudności w poruszaniu się. Issa ma jakiś dokument wystawiony przez Nuncjusza, więc raczej go przepuszczają, ale ogólnie checkpointy skutecznie utrudniają mobilność zawodową.
Inna sytuacja. Synek Issy miał w uchu jakieś barachło (słowo zapożyczone od mojej Babci Stasi). Potrzebował operacji - była to sprawa życia i śmierci. W Betlehem dwóch lekarzy próbowało bezskutecznie zmierzyć się z problemem. Ostatnią szansą był szpital izraelski. Niestety, jako Arab nie miał ubezpieczenia zdrowotnego. Cena operacji - 15 tys. dolarów. Jezuici rozpoczęli akcję poszukiwania kasy. Napisali maile do wszystkich, którzy kiedykolwiek mieszkali w tym domu, na Biblicum pojawiły się plakaty, zbierali gdzie się dało. Synek Issy został uratowany, ale jego tato jest jednym z nielicznych, którzy mają pracę i znajomości. Nie każdy ma takie szczęście.
Albo inna sprawa. Zatrudniając Palestyńczyków z Betlehem czasem ryzykuje się podejrzenie o kontakty z Hamas. Pino odwoził któregoś wieczoru jednego z młodych pracowników. Na checkpoincie kontrola dokumentów i aresztowanie. Okazało się, że rodzina tego chłopaka miała jakieś powiązania z organizacjami Hamasu. Najbardziej wystraszył się Pino. Grozili mu wysoką grzywną i wydaleniem z Izraela bez prawa powrotu. Na szczęście skończyło się karą czasowego zarekwirowania samochodu (na 30 dni).
Tak to gaworzyliśmy przy kolacji...
Jeszcze modliszka z Góry Karmel (pisałem o niej jakiś czas temu).

Von piotr um 22:58h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 21. listopada 2005
Christus vincit (czyt. winczit), Christus regnat (czyt. reniat), Christus imperat (czyt. jak jest napisane).
W niedzielę po obiedzie jest wspólna kawa. Dzisiaj była z kardamonem. Nie jakimś zwietrzałym importowanym (jaki można kupić w Europie), ale prawdziwym arabskim. Mmm, ten aromat...
Znowu Dzień Pański spędziłem w bibliotece, ale jak się chce w sobotę nie uczyć przez cały dzień, tylko jeździć, to potem trzeba w niedzielę nadrobić. Skończyłem pisać ćwiczenie z Joba...
Rano wstałem do polskich sióstr na Mszę Św. Było bardzo "polsko"...
I jeszcze raz o Jezuitach:
- What is similar about the Jesuit and Dominican Orders?
- Well, they were both founded by Spaniards, St. Dominic for the Dominicans, and St. Ignatius of Loyola for the Jesuits. They were also both founded to combat heresy: the Dominicans to fight the Albigensians, and the Jesuits to fight the Protestants.
- What is different about the Jesuit and Dominican Orders?
- Well, have you met any Albigensians lately?
Przepraszam za niepoprawność polityczną...

Von piotr um 00:14h| 7 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 19. listopada 2005
Wróciłem z sali telewizyjnej. Wiadomości na TV Polonia pokazały zaśnieżony kraj i "minus 2" w Elblągu.
A my mieliśmy lato pod koniec listopada. Pogoda wymarzona na wycieczkę: 27-28 stopni, słońce i zatankowany samochód.
Najpierw pojechaliśmy do Bet She`an znanego bardziej jako Scitopolis. To ruiny jednego z miast należących do Dekapolu.
Murphy O`Connor pisze, że nie opłaca się wchodzić na wzgórze, chyba żeby zobaczyć widok. Jednak, gdy to pisał, nie były jeszcze znane pozostałości egipskie. Na szczycie mnóstwo atrakcyjnych "kup kamieni" i tabliczek określających datę i krąg kulturowy. No i jeszcze wspomniany widok. Rzeczywiście ciekawy.
Stamtąd do Gamla. To taka Masada Galilei. Historia podobna, nie wiadomo, czy Flavius zmyślał, czy mu się pomieszało, czy rzeczywiście dwie twierdze rebelii antyrzymskiej mają podobne losy...
"Puo darsi di si, puo darsi di no" - powiedziałby Pino. Często cytowaliśmy jego powiedzonka: "Io propongo... che ci mettiamo all`ombra", "Potete fare le fotografie... se volete" - jest niezwykle sympatyczny. Może powinienem dodać, że to nasz profesor od Historii NT. Włoch z Południa (ciągle używa Passato Remoto), Absolwent Biblicum (baaaardzo kompetentny specjalista od targumów), wykładowca w Seminarium w Albanii (wykłada po albańsku!) i jeszcze coś pisze właśnie o targumach na Hebrajskim Uniwersytecie Jerozolimskim. Mówi po arabsku (hebrajskiego i aramejskiego nawet nie wspominam, bo po hebrajsku doktorat robi, a targumy aramejskie analizuje), jest woluntariuszem w jakiejś organizacji pomagającej niepełnosprawnym (spotkałem go raz z podopiecznymi), w ogóle nie okazuje dystansu, jaki oddziela go od studentów (ma na imię Giuseppe, ale zwracamy się do niego per Pino).
Jednym słowem Jezuita...
Back to our trip. W Gamli dyskusja na temat podwójnego muru - która strona dobudowana jest później. Dwie teorie (bo dwie strony muru) i analiza - bardziej dla hecy niż poważnie. Katapulty rzymskie są przerażająco małe - jak oni z takimi zabawkami na wojnę szli? Powinni obejrzeć "Gladiatora", albo inne megaprodukcje. Rozczarowałem się katapultami, ale na wieży usiedliśmy i poczytaliśmy Josephusa i realistycznie się zrobiło. Wspinaczka powrotna z płucami na zewnątrz klatki piersiowej (przewieszone przez ramię) i sępy. Najpierw myślałem, że to jakieś orły albo inne powietrzne myśliwce. Potem przeczytałem tablicę informacyjną i wszystko się wyjaśniło. Na końcu, pod tekstem był rysunek siedzącej na jajku sępicy (sępowicy, sępczy?) i kamień, który spada jej na głowę. Miało to przestrzegać przed rzucaniem kamieni, ale w pierwszej chwili pomyślałem, że to jakiś wandal dorysował...
Lunch zjedliśmy wśród tłumu piknikujących żydów (w Szabat nie wolno piknikować, jeździć autem, jeść wolno). Trochę darły się bachory (hebr. bahàr=young man), ale ok.
Dalej na trasie Corazim. Podpuściliśmy Alexiusa i zasiadł na katedrze w ruinach synagogi z Greckim NT w ręku, by przeczytać fragment "Biadania" Jezusowego. Nic nie zrozumiałem, bo zainteresowany byłem meduzą wyrzeźbioną na ornamencie - skąd pogański wzór w żydowskiej synagodze?
Potem jeszcze połaziliśmy po ruinach - prasa do wyciskania oleju, "obrzezany" kamień, piękny zachód słońca i do domu.
Jeszcze "Man tu pata, tera man tu pata" - indyjska piosenka, przebój Manoja (czyt. Manocza), który się udzielił nawet Pinowi (W wolnym tłumaczeniu z jednego z 4000 indyjskich języków: "Jak masz na imię, dziewczę, powiedz swoje imię".
Na checkpoincie mały korek, Chrystus Król uczczony pod przewodnictwem Michela, kolacja z Dziadkiem Maurycym przy stole, Wiadomości TVPolonia i można siadać do nauki, bo żal ostatniej godziny dnia...
A jeszcze gdzieś wyczytałem, że Rektor Biblicum miał byc dzisiaj na Uniwersytecie Śląskim z wykładem nt. nowego wydania krytycznego Biblii Hebrajskiej, ale muszę to sprawdzić...

Pinowi czasem rąk brakuje...


A czasem słów...

Von piotr um 23:19h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 19. listopada 2005
Solidarność zawodowa.
Jestem pod wrażeniem homilii Toma sprzed kilku dni. Mówił dość odważnie o Woli Bożej. O tym, że jesteśmy jej współtwórcami. Niejako pomagamy Bogu w procesie budowy Królestwa. Od nas zależy bardzo wiele, więc wszystko, co robimy jest uczestnictwem w procesie kreacji świata.
Ciekawy człowiek z niego. Był już w tylu miejscach na świecie. Studiował w Stanach, Austrii, pracował w Europie, na Jamajce w Jordanii. Pewnie jeszcze w wielu miejscach, ale tyle na razie wiem z jego opowieści. Teraz jest superiorem domu, w którym mieszkamy.
W kazaniu posłużył się przykładem z życia, kiedy to miał wraz ze swoimi przełożonymi wybrać, gdzie w danym okresie życia ma pracować. Dużo na ten temat rozmawiali, jeszcze więcej się modlili. Podjęli decyzję, która według Toma była dobra. Ale dziś z perspektywy czasu Tom twierdzi, że „God didn`t care”. Czy wyjechałby wtedy do A czy do B, obie te decyzje mogłyby być równie zgodne z Wolą Boga. Najważniejsze, że zrobili wszystko, aby zadecydować, jak najlepiej. A gdyby nawet wylądował w A (zamiast w B), to pewnie też dałby z siebie wszystko, żeby, jak najlepiej wypełnić powierzone mu zadania.
Rzeczywistość Zbawienia jest dynamiczna - nikt w to nie wątpi. Dlaczegoż rzeczywistość stwarzania nie miałaby być taka ?
Poza tym, mógłbym pisać więcej, ale jutro wybieramy się do Galilei na cały dzień i jak pomyślę, ile mógłbym rzeczy zrobić, to mi trochę żal podjętej decyzji - sobota jest dniem studiowania, a nie jeżdżenia.
Pino zmienił mi temat pracy z Historii Nowego Testamentu i pewnie niejeden czas wypoczynku trzeba będzie nazwać potencjalnym i wykorzystać na pisanie o "Wybranych aspektach relacji wspólnoty z Qumran i wczesnej gminy chrześcijańskiej". A miało być tak pięknie. Już prawie kończyłem pisanie. Teraz moje dwa pierwsze rozdzialiki mają być wstępem do trzeciego (właśnie tego, którego jeszcze nie napisałem).
Nic to, za to pracę z analizy Joba 2, 4 już prawie skończyłem.
Nie wiedziałem, że tyle jest różnych interpretacji tego małego werseciku.
Dobra, jutro wyjazd o 6.30. Kończę, bo od wczesnego rana trzeba będzie "współkształtować Wolę Bożą".
Jeszcze tylko następny dowcip o Jezuitach:
Dominikanin, Franciszkanin, Benedyktyn i Jezuita płynęli łódką. Nagle wokół nich zjawiła się chmara rekinów. Jeden uderzył w łódź i ta zaczęła tonąć.
Dominikanin próbował nauczać rekiny o wartości miłości bliźniego, ale jeden z nich natychmiast wyskoczył z wody i go pożarł.
Franciszkanin zawołał: "Dziękujemy Ci panie za brata naszego rekina". Natychmiast jeden z braci schrupał i Franciszkanina.
Benedyktyn usiłował uspokoić bestie pieśnią. Doskonale czysto zaczął wyśpiewywać Exultet, ale gdy był przy "owocu pracy pszczelego roju" podzielił los współbraci.
Jezuita nie wiedział, co ma robić. Stał tak w tonącej łódce, gdy rekiny wyłowiły go i bezpiecznego zaniosły na brzeg.
- Dlaczego mnie nie pożarłyście - wyjąkał?
- Aaaaa, wiesz, solidarność zawodowa.

Von piotr um 00:33h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 16. listopada 2005
Mimo drzwi zamkniętych...
Kilka dni temu, siedziałem, jak zazwyczaj w bibliotece, gdy nagle usłyszałem jakiś łoskot. Po chwili wszedł Libor, trzymając się za głowę. Nie zauważył szklanych drzwi i przywalił w nie z całym impetem. Jeszcze nie skończyliśmy się śmiać, gdy załomotało ponownie. Tym razem brother Agnello walnął w drzwi.
Na drugi dzień Alexius opowiedział mi, jak to wieczorem światło z wnętrza czytelni sprawiło, że nie zauważył szklanych drzwi. Śmiał się opowiadając, ale naprawdę rozśmieszyło go, że nie był pierwszą ofiarą.
Dzisiaj w bibliotece było kilka osób. Gdy usłyszałem huk od razu się domyśliłem, co było przyczyną tego charakterystycznego odgłosu. Wszedł Duży (Michel) trzymając się czoła. Nie mogliśmy przestać się śmiać. W sumie zaskakujące, że szkło w drzwiach wytrzymało gabaryty Michela.
Emocji nie koniec, bo na kolacji, gdy przypominaliśmy sobie całą sytuację, Flavio się przyznał, że kilka minut wcześniej przywalił w drzwi, wychodząc z biblioteki.
Ciekawe, kto będzie następny...
Może Dziadek Maurycy...
Nie chciałbym być wtedy obecny...

Von piotr um 22:23h| 6 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 16. listopada 2005
Michel

Właśnie siedzę w bibliotece i skończyłem grekę (na dziś). Naprzeciw mnie siedzi Michel, który pracuje nad Księgą Joba. Rozmawiamy sobie trochę, bo pora późna i już nauka nie bardzo się wchłania. Wiem, wiem, w bibliotece się nie gada, ale nikogo tu nie ma oprócz nas i ducha starych ksiąg.
Michel pochodzi z Kamerunu. Seminarium skończył w Stanach w diecezji Baltimore. Prawdę mówiąc, rozmawiamy właśnie o relacjach wewnątrzparafialnych w tym kraju, mając zupełnie różne doświadczenia (jeśli moje 2 miesiące można w ogóle nazwać jakimś doświadczeniem).
Michel jest duży. Czasem nazywam go Big Guy. Ma ok. 2 m wzrostu.
Na początku mieliśmy kilka ciekawych i zaciekłych dyskusji – jest świetnym dyskutantem: „The absence of evidence is not the evidence of absence” – i trochę się pospieraliśmy na różne tematy. Od jakiegoś czasu darzymy się ogromnym respektem i chyba sympatią.
Michel jest niezwykle inteligentny, a ja strasznie lubię, jak on przewodniczy Mszy Św.
Co jeszcze o nim? Bardzo szczerze się śmieje, nie lubi łaciny i jest członkiem sekty McIntosha. Twierdzi, że pewnego dnia wszyscy to odkryją i kupią sobie Apple. „Poznają prawdę a ona ich wyzwoli”. Cóż, odkąd Yuki wyjechał, Michel został osamotniony na placu boju. Wszyscy doceniają „Jabłuszka”, ale nikt nie bierze na poważnie nawet mysli, że można by je kupić i mieć i używać. „You`re like Jehowa`s Witnesses.” – docinamy mu czasem – „Wyprali ci mózg.” Michel trwa dzielnie przy swoim, no bo co ma zrobić?
I nigdy nie wiem, czy się akcentuje pierwszą, czy ostatnią sylabę, bo ludzie mówią różnie, a sam Míchel vel Michél nigdy nie prostuje...

Michel uwielbia spać…

Von piotr um 00:36h| 5 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

poniedzia?ek, 14. listopada 2005
Odwiedziłem Terra Sancta College. Kolacja u Franciszkanów. Miło. Trochę niedyplomatycznie zażartowałem z "franciszkańskich bajek", których słuchałem w Galilei. Okazało się, że Franki są wyczuleni na tym punkcie. Ich odkrycia archeologiczne są dla nich bardzo ważne. Ja też wcale nie negowałem ich dorobku, ale moje żarty nie wzbudzały oczekiwanego entuzjazmu.
No to żart od Franków:
Franciszkanin, Dominikanin i Jezuita pracują razem przy wykopaliskach. Nagle znajdują skrzynkę pełną kości. Na niej napis: Jezus z Nazaretu - syn Maryi i Józefa. Przerażony Franek zaczyna płakać: "Całe moje życie na marne, to wszystko nieprawda..." Dominikanin próbuje zakopać skrzynkę mówiąc: "Nic nie odnaleźliśmy." Na to rozradowany Jezuita krzyczy: "Pokażmy to światu, nareszcie mamy dowód na to, że Jezus istniał..."

Von piotr um 21:57h| 11 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 13. listopada 2005
Historia jest długa.
Tą Crazy-kobietę (jak ją moi koledzy nazywają) poznałem kiedyś na paradzie chrześcijan. Jest Amerykanką, ale nie do końca wiadomo, co tu robi i dlaczego. Nie chciała słuchać moich wątpliwości dotyczących całkowitego poparcia działań Izraela przeciwko Palestyńczykom, tylko zagadała mnie na śmieć, mówiąc, że nie ma wyjścia, że tak trzeba, że młody jestem, że ona tu mieszka, to wie, itd.
Kilka tygodni później spotkałem ją na Uniwersytecie. Nie do końca wiedziałem, co ona tam studiuje, ale co jakiś czas widywałem ją na korytarzu, wymieniając pozdrowienia i kilka słów.
Pewnego dnia, wydawała się mieć strasznie dużo energii. „Musisz poznać Fathera Davida! Koniecznie! Chodź ze mną!” Moje tłumaczenie, że za 10 min. Mam wykład było zbyt słabą wymówką wobec jej determinacji. Wsiedliśmy więc do windy i dwa piętra wyżej zaprowadziła mnie do jakiejś klasy. Niestety, rzeczonego Fathera Davida nie było jeszcze, a moja znajoma przypomniała sobie o moim wykładzie i nakazała mi powrócić w czasie przerwy. Ciągle nie bardzo wiedząc, o co chodzi, przyszedłem rzeczywiście 45 min. później, ale klasa była prawie pusta – ani Crazy-Babki, ani profesora. Prawdę mówiąc, odetchnąłem nieco i skierowałem się do kafejki, gdzie miałem nadzieję spotkać, jak zwykle Tobiasa i Alexiusa. I tu czekała na mnie moja zguba. Na szczęście pozwoliła mi dokończyć kawę, po czym zabrała mnie do swojej klasy. Ponieważ przez szybę w drzwiach zobaczyliśmy, że zajęcia się zaczęły, myślałem, że znów mi się udało. Niestety, Crazy przerwała wykład i głosem nie znoszącym sprzeciwu oświadczyła profesorowi, że oto ktoś z Rzymu i że jest nas więcej i że cośtam. Profesor wstał, podszedł do mnie i przywitał się. Ja się przedstawiłem i powiedziałem, że miło mi poznać, i kłamiąc prosto w oczy dodałem, że wiele o nim słyszałem i że taki zaszczyt i w ogóle. A on na to: „A co tu robicie studenci Biblicum?” No to ja wyjaśniam, że na 1 semestr, że mieszkamy u jezuitów itd. „Na pierwszy semestr tylko? No to muszę was odwiedzić! U Jezuitów? Ha, no to może w sobotę? Co? O której macie Mszę? O 19.00? To będę na Mszy i na kolacji? Hehe.”
No tak… Hehe… Musiałem mieć chyba dosyć zdumioną minę, bo do studentów Profesor powiedział ze śmiechem: „Właśnie się zaprosiłem na sobotę”. Cóż, to wszystko działo się trochę za szybko. W domu opowiedziałem Fatherowi Tom`owi o całym zajściu, przepraszając go za nieoczekiwanego gościa, a on mi na to: „Ach, David… On tak zawsze… Nie przejmuj się.”
No to się nie przejmowałem. I rzeczywiście zjawił się dziś wieczorem, przewodniczył Eucharystii, wygłosił niezłe kazanie, zjadł kolację (musiałem siedzieć przy stole z nim, Tomem i Dziadkiem Maurycym) i dziękując mi za zaproszenie ulotnił się…
Pieknie. Okazało się, że to słynny David Burrel… Całkiem fajny gość.
A Michel mało nie umarł ze śmiechu, jak słyszał podziękowanie za zaproszenie. I ze trzy razy do mnie przychodził i nabijał się: „Father Piotr, jak to miło, że zaprosiłeś Profesora Burrel`a”. No miło…
Tylko on się sam zaprosił...

Von piotr um 01:29h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 11. listopada 2005
"Three reasons to be a teacher:
- June, July, August."

Dziś LP3...
A na pierwszym będzie "You`re Beautiful" James`a Blunt`a.

Von piotr um 19:27h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 11. listopada 2005
Dziś krótko, bo pora jest późna.
W czwartki, po kolacji mamy tzw. "social". Jest to spotkanie dla wszystkich chętnych przy orzeszkach, kawie i miłej konwersacji.
Tego wieczoru "social" zaowocował ciekawą dyskusją na temat problemów współczesnego Kościoła. Dyskutowaliśmy prawie do północy. Na koniec Father Tom - 68-letni Jezuita stwierdził, że odkąd jest tutaj, czyli od 7 lat nie przeżył tak interesującej konwersacji. Myślę, że chciał być miły, co nie zmienia faktu, że rozmowa była niezwykle ciekawa. Tematów wiele, ale poziom wysoki. Szkoda, że Kardynał jest w Rzymie - pewnie byłoby jeszcze ciekawiej.
Poza tym, coraz bardziej fascynuje mnie prof. Greenstein (a raczej jego wykład i styl, w jakim naucza). On naprawdę cieszy się tym, co robi, jest super-kompetentny, a studentów traktuje z wielką dozą szacunku i sympatii.
Czas zakończyć dzień. Jutro Msza po polsku w Dormition Abbey, w kaplicy, gdzie znajduje się ikona of "The Black Madonna".
Chciałem pójść, ale pora nieciekawa - o 10.00 to ja się będę przygotowywał do lekcji z Dziadkiem Maurycym. A jest, co robić, bo 1Kor ma ciekawe słownictwo.
Gute Nacht.
Gott mit uns!

Von piotr um 01:37h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

?roda, 9. listopada 2005
NPB (New Personal Best)
Na Archeologii Jerozolimy padł nowy rekord: 2h, 24m, 34s.
Bez przerwy. Wiem dokładnie, bo tyle trwa plik z nagraniem.
Po 1h 45m zapytał tylko: "Are you tired?". Odpwiedziało mu chóralne: "Yeeaah!", na które niezrażony odrzekł: "Me too." i kontynuował wykład...
Najgorsze, że ciekawie mówił i nie można było ani się z różańcem pomodlić, ani zdrzemnąć, ani nawet pomyśleć o d. Maryni (zwanej niewiadomo dlaczego Niebieskimi Migdałami).
Czary goryczy dopełnia fakt, że do południa z tym samym gościem byliśmy na wycieczce poglądowej i też nawijał 2 godziny (znowu ciekawie). Z jedną małą różnicą - słuchaliśmy w postawie stojącej, bo to na szczycie pagórka było (ni ławki, ni krzesła), więc chyba dobrze, że nie przynudzał...
Jutro Maman (Biblical Hebrew) nas przemagluje do południa i Greenstein (The Book of Job) dobije po południu, pojutrze Dziadek Maurycy (NT Greek) i wreszcie Szabat (będzie można się w końcu pouczyć)...
Praise the Lord!
Yo!

Von piotr um 23:37h| 4 Kommentare |Skomentuj ->comment