niedziela, 2. listopada 2008
Nazwisko architekta: Calatrava.
Nowy most, a właściwie wiadukt, po którym jeździć będzie tramwaj ma wyglądem nawiązywać do harfy Króla Dawida. Uroczyste otwarcie, fajerwerki, przecinanie wstęgi, etc. już za nami, ale zaraz po inauguracji na wiadukt wrócili robotnicy. Jak za Komuny - sekretarz wyjechał, zawieszona na moment rozpierducha trwa...
W sumie, nie dziwię się, że budowla nie spełnia jeszcze swojej funkcji - po prostu linia tramwajowa nie istnieje. Jest w budowie, kilka głównych ulic cierpi przekopywanie, gdzieniegdzie widać nawet położone już tory, ale póki co, trzeba jeździć autobusami.
Co o samym moście? Piękny, nowoczesny, spektakularny - wisząc na jednym, potężnym filarze robi wrażenie bardzo lekkiego. Biały kolor wybrano moim zdaniem idealnie - czysty, świeży i ulotny, jak piana na kuflu piwa, czy jak beza na wiosennym pikniku (to ja napisałem?)
Wiadukt ma pełnić jednocześnie funkcję bramy wjazdowej do miasta, określając jednoznacznie jego nowoczesny charakter trwale związany z historią - z jednej strony kosmiczna bryła, z drugiej jednak harfa Dawida.
The Boston Globe napisał o nim: "harfa, żagiel, czy skrzywiony gwóźdź".
Co z tego wyszło? Niech każdy sam oceni.
Ja podrzucę tylko kilka linków:
Tutaj nie za bardzo widać kształt harfy.
Za to tutaj filmik opisujący wszelkie kontrowersje i pokazujący most z różnych perspektyw.
Krótki filmik o budowie jest tutaj, a artykuł ze zdjęciem z otwarcia (gala za pół miliona dolarów) tutaj.
Tu natomiast, oprócz niezłych zdjęć można przeczytać, że koszt budowy wyniósł 73 mln $ i trzykrotnie przekroczył planowany pierwotnie budżet.
Miłego podziwiania.

Von piotr um 13:54h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 1. listopada 2008
Wprawdzie wszyscy pewnie na pojechali na cmentarze, ale u nas dziś zwyczajny Szabat, więc dokończę wreszcie opowieść o wyjeździe niedzielnym do Ein Gedi.
Właściwie otatnią jej część.
Bo kiedy wsiedliśmy już do autobusu wydawało się, że bez większych wzruszeń dojedziemy do Dworca Centralnego. Niestety, burza znad Jerycha okazała się być znacznie większą - musiało padać też w samej Jerozolimi i okolicach. Dla Morza Martwego oznacza to poważny zastrzyk wody spływającej w tę stronę wszystkimi możliwymi kanałami. Takie zastrzyki, czy raczej fajerwerki wodne mieliśmy okazję oglądać siedząc już bezpiecznie w autobusie. Brudne, brązowo-szare wodospady z potężnym hukiem zwalały się za szczytów skał - spektakl niesamowity. Kiedy Pino opowiadał o tym, jak niebezpiecze są wadi podczas małego nawet deszczu, myślałem, że przesadza. Owszem, ktośtam zginął, jakąśtam grupę porwało, ale dajmy spokój - woda nie ma aż takiej siły, a już szczególnie woda na pustyni. Teraz wreszcie zobaczyłem, że żywioł jest potężny. Nie wyobrażam sobe wędrówki w jakimś wąwozie podczas, gdy nagle rozwścieczona fala, niosąca ze sobą całkiem duże nawet kawałki skał wpada i zmiata absolutnie wszystko, co znajdzie się na jej drodze. Przed czymś takim nie ma ucieczki. Mimo, iż deszczyk jest tylko mały niczym z księżowskiego kropidła, ilość wody zwielokrotniona jest przez fakt, że z bardzo dużej powierzchni każda jej odrobinka wpada w niewielki rów i rusza w dół po ogromnie stromym zboczu. Rowki łączą się ze sobą, by wreszcie w jednej wielkiej kotłowaninie "wypaść" dosłownie z urwiska skalnego tuż nad Morzem. Takich widowiskowych wodospadów minęliśmy kilka.
Wszystkie z bezpiecznej odległości, chociaą po jezdni płynęła już całkiem spora, kilkunastocentymetrowa rzeka.
A. przypominał, że "wcale często" (śląskie wyrażenie?) droga ta jest po prostu zamknięta, a w miejscach, gdzie spływająca z gór woda przekracza szosę stoją tabliczki ostrzegające przed dochodzącą do półtora metra falą. W pewnym momencie taka właśnie brunatna, spieniona fala ukazała się po naszej prawej stronie. Nie miał może aż takiej wysokości, ale ze swoimi 50-60 centymetrami skutecznie zablokowałaby przejazd każąc nam czekać być może godzinami na odblokowanie drogi. Przy akompaniamencie gromkiego "łaaaaa" pasażerów, kierowca nacisnął mocniej pedał przyspieszenia i... wyprzedził przebrzydłą falę, która wpadła na jezdnię tuż za naszym autobusem.
Dalszy ciąg podróży nie przyniósł już żadnych nieoczekiwanych wydarzeń - dotarliśmy na miejsce o czasie, ale huczące wodospady kawy z mlekiem zdecydowanie zdominowały moje późniejsze opowieści o niedzielnym wypadzie.
Szkoda, że nie mieliśmy aparatu (A. nie zabrał, bo ja nie mam). Amerykańskie turystki siedzące za nami pstrykały wprawdzie zdęcia "na okrągło" (cokolwiek to znaczy w kontekście fotografii), ale nie wydawało mi się dobrym pomysłem zostawianie im adresu mailowego ("Could you, please e-mail me the gorgeous pictures, you have taken?").
Tyle.
Powinienem może jeszcze wspomnieć nowy wiadukt, w kształcie harfy, tworzący niejako bramę wjazdową do miasta. Zrobię to, gdy wygoogluję nazwisko architekta i znajdę jakieś zdjęcie.
O czwartkowym świętowaniu Chrztu Jezusa nad Jordanem chyba już nie dam rady.

Von piotr um 13:35h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

sobota, 1. listopada 2008
Się opóźnia zakończenie...

Von piotr um 00:12h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 30. pa?dziernika 2008
Ein Gedi (sprzed trzech dni)
Niedziela jest w Izraelu lepszym dniem do podróżowania niż sobota – Szabbat skutecznie paraliżuje środki transportu. Adam zasugerował wyprawę do Ein Gedi, żeby „wykorzystać ostatnie chwile letniego jeszcze słońca”.
Droga z Jerozolimy w kierunku Morza Martwego zsuwa się leniwie ku tej największej na świecie depersji. Siedząc w autobusie przypomniałem sobie, jak wiele razy jeździliśmy tędy z „ekipą” przed trzema laty. „A tu zaraz będzie Mitzpeh Yericho” – próbuję zgrywać eksperta. „Troszkę dalej, troszkę dalej” – poprawia mnie A.
Wygląda to, jakby jechać z Krakowa do Zakopanego i w okolicach Pcimia wymądrzać się, że „tu gdzieś jest zjazd na Rabkę Zdrój”, podczas, gdy miejscowi uśmiechają się leciutko. Zjazd z Jerozolimy w kierunku Morza Martwego, to najbardziej znana trasa w Izraelu. Wszystkie grupy udące się do Jerycha, Qumran, Masady i na którąś ze słonych plaż, jadą właśnie tędy. Mijamy taki turystyczny autobus, który zatrzymał się przy wielkim napisie „Sea Level”. Na swoje parę groszy czeka tu Beduin z wielbłądem. Nie obejdzie się bez obowiązkowego zdjęcia uczestników wycieczki już wesoło wysypujących się z autokaru. My jednak, korzystając z publicznego środka komunikacji zatrzymujemy się tylko na oficjanych przystankach, równie oficjalnie zapowiadanych przez kierowcę po Hebrajsku i Angielsku.
Trochę długo trwa już ta podróż. Prognozy zapowiadające deszcz wydają się być chybionymi, na razie przynajmniej, bo na pustyni nigdy nic nie wiadomo. Skały, kamienie – dość nudny krajobraz rozwesela czasem tylko stadko kóz pasących się przy drodze. Droga ciągle się obniża, by wreszcie dotrzeć do Morza Martwego. Przystanek za przystankiem – koljni pasażerowie opuszczają pojazd. Wreszcie znudzony głośnik zapowiada Ein Gedi.
Wysiadamy hyżo po czem ochoczo, żwawym krokiem ruszamy w kierunku wejścia do Parku Narodowego (jakby powiedziała Róża Luksemburg do Tow. Waryńskiego - stary dowcip). Nad nami, po prawej stronie wznosi się majestatycznie Góra (nie pamiętam nazwy) – marzenie A.
Dzisiaj nie uda się nam jej zdobyć, bo Ranger na bramce informuje, które części Parku są niedostępne „ze względu na niebezpieczeństwo powodzi”. Zalatuje mi to lekko absurdem, zważywszy na błękitne niebo, kompletny brak jakiejkolwiek nawet chmurki i przygrzewające ostro mimo wczesnej porannej pory słońce. Co robić? Ranger nie wygląda wprawdzie jak Chuck Norris, ale ma za pasem pistolet, a w zasięgu wzroku co najmniej kilku Ranger-kumpli. Musimy pogodzić się ze zmianą marzeń na realia, które w końcu nie są taki najgorsze: ok. ¾ parku jest zwyczjnie otwarte dla publiki a odpada nam męcząca wspinaczka na najwyższą górę w okolicy – bezwodnej okolicy (należy dodać).
Idziemy sobie popularnym szlakiem wzdłuż strumienia mijając kolejne zagłębienia terenu, w których zbiera się woda, zapraszające wręcz do kąpieli. Pniemy się wyżej, bo ja chciałbym zażyć kąplieli dopiero w Dodim’s Cave. To stamtąd pochodzą moje „zdjęcia z wodospadem” sprzed trzech lat.
A. Bezskutecznie próbuje wytłumaczyć mi, że tym razem muszę zadowolić się innym z wodospadów, bo Jaskinia Dodima (czy Dydyma, czy jak go zwą) leży po prostu w zamkniętej „z powodu niebezpieczeństwa powodzi” części Parku. Jak się nie ma, co się lubi... Miejsce okazuje się całkiem przyjemne: jest słonecznie, są widoczki, czysta woda i jej spad. Ok. godziny siedzimy w strumieniu a wypędza nas dopiero zbyt duża liczba ludzi kolejno dołączających do pływająco-wypoczywającej grupy.
Zostawiamy spore już stado „stonki” i zbieramy się w dalszą drogę. Dalej jest tak, jak to zapamiętałem: pod górę, w tle błyszczy Morze Martwe, na górze źródło, kalkolityczna świątynia i w dół. Zastanawiamy się, czy uda nam się dostać do plaży, bo roboty przy nowym moście trwają. W pobliżu „daktylowego gaju” (jak go nazwał A.) dość zdewastowanego przez pobliską budowę spotykamy stado „gedi”. Kozice, od których nazwę wzięło źródło, wadi i Park Narodowy prawie nie zwracają na nas uwagi: przechodzą przez drogę tuż przed naszymi zdumionymi nosami. Jedynie samiec z porożem sporej wielkości i wagi zatrzymuje się i uważnie nam przygląda. Wygląda to, jakby chciał udowodnić reszcie stada, że on tu rządzi. Mimo wszystko przystajemy i pozwalamy im spokojnie przekroczyć drogę – chyba rogi odniosły zamierzony skutek – z respektem odprowadzamy wzrokiem całe stado.
Na pobliskich krzewach rosną dziwne, zielone owoce: miękkie, jakby puste w środku. Dopiero w drodze powrotnej, już w autobusie zorientujemy się, że ulotka informacyjna Parku wymienia ich nazwę i charakterystykę. Dla nas jest to niezłe dziwo natury. Ale czasu nie ma, żeby się dziwować, bo mijamy rozlewnię słynnej wody Ein Gedi, pokazujemy zatrzymującej się rodzince najbliższą drogę do kibucu („take the first right”, „pierwaja w prawo”) i już jesteśmy nad wodą.
Trochę niezręcznie jest nadawać tą nazwę gęstej mazi, której zasolenie dochodzi do 23 procent. Morze Martwe ma jednak swój urok. Relaksujemy się leżąc na plecach. Nie mamy gazety, żeby zrobić sobie „klasyczne” zdjęcie, ale nie żałujemy, bo i tak nie zabraliśmy aparatu (ściślej: A. Nie zabrał, bo ja nie mam). Jeszcze tylko rozmowa z przypadkowo poznaną panią rosjanką („Is the language you speak Polish?” „Yes, Madam”, „I thought so”, „My toże gawarim pa russkij niemnożka”, „No dawaj pogawarim”), prysznic, żeby zmyć z siebie sól i już idziemy w stronę przystanku. Zgubiłem gdzieś moment zjedzenia kanapek („How much is Maccabi Beer?”) i wszystkie pogawędki na leżąco w morzu, ale czas kończyć ten wpis.
Właściwie chciałem tylko opowiedzieć o tym, co zdarzyło się już w drodze powrotnej, ale zrobiło się megapóźno, więc najlepsze zostawiam na jutro. Jeśli dam radę, bo ruszam z Franciszkanami na doroczną Pielgrzymkę nad Jordan. Miejsca, w których dokonał się chrzest Jezusa są trzy. Do tego najbardziej prawdopodobnego można się dostać tylko raz w roku (strefa militarnie ważna, zamknięta dla ruchu turystyczno-pielgrzymkowego). To „raz w roku” przypada jutro, więc postanowiłem pojechać. Czyli co? Czyli Gute Nacht.

Von piotr um 00:22h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

Prześlij swoim Amerykańskim Przyjaciołom.
Proszę rozpowszechnić ten link wśród głosujących w USA. Nie schrzańcie tych wyborów.
www.catholicvote.com
Nie mówimy, jak głosować. Przypominamy o WARTOŚCIACH.


Von piotr um 09:05h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

niedziela, 26. pa?dziernika 2008
Spontaniczne wyznanie kapłana na obczyźnie.
Życie jest Piękne.
Pan Bóg jest Dobry.

Von piotr um 00:44h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

pi?tek, 24. pa?dziernika 2008
O tym, jak Pedro z wężycą wojował...
Czy ktoś pamięta jeszcze Pedro z Madrytu?
To on był "Jednm z Dziesięciu", którzy trzy lata temu spędzili semestr na Hebrew University (do dziś wspominany przez wszystkich, a przez niektórych uznawany nawet za "jeden z najlepszych semestrów życia").
Pedro (którego zdjęcie pojawiło się niegdyś na tym blogu) nie wrócił z nami do Rzymu – „zaadoptowała” go jedna z lokalnych wspólnot neokatechumenalnych. Pracujący niegdyś w Chinach misjonarz nie miał w Palestynie problemu z aklimatyzacją.
Otóż Pedro ciągle w Ziemi Świętej jest!
Kończy pisać swój licencjat. Do tego wciąż robi zdjęcia (patrz: fotka sprzed trzech lat) i chodzi w czarnej koszuli z koloratką (patrz: fotka sprzed trzech lat).
Podczas ostatniej wycieczki archeologiczno-biblijnej, kilka chwil po tym, jak idąc pomiędzy rumowiskiem kamieni zastanowiłem się, czy są tu gady beznogie, spomiędzy głazów wyszła (to niestosowny termin) żmija i zdziwiona kompletnie obecnością ludzi postanowiła przekroczyć (znowu nieścisłość) ścieżkę, by zniknąć w szczelinie jakiegoś murku. Pustynia Negev, zachód słońca, ruiny starożytnego miasta – trzeba być wyjątkową gadziną, żeby psuć komuś taki moment. Żmija znikła, wywołując wśród tych, którz ją spotkali śladowe ilości emocji – oprócz mnie chyba nikt nie przejął się zbytnio jej krótkotrwałą obecnością. Dla mnie był to jednak sygnał: tu są beznogie gady. Nie tylko jeden, bo w ekosystemie niemożliwe jest istnienie jednego tylko osobnika danego gatunku (już kiedyś chyba pisałem o żonie węża, mężu żmiji i ich dzieciach oraz teściowej).
Udając, że nic się nie stało nie dawałem po sobie nic poznać, jednak baczniej sprawdzałem, gdzie stawiam obute w sandały Skechers’a stopy.
Cały epizod stał się świetnym pretekstem, żeby porozmawiać najbliższą osobą. A że szedł obok mnie Pedro zaczęliśmy luźną pogawędkę. Z mało znaczącej konwersacji wyłoniła się historia, której dla podniesienia dramaturgii nadam średniowieczującą koloryturę.

„O tym, jak Pedro z wężycą wojował”
Nie od dziś wiadomo o tym, iże Pedro dla swego Iberyjskiego pochodzenia Hiszpanem zwany, wpośród dalekich ludów, w krainie Sericum część znaczną żywota swojego był spędził.
A że w Kataju owym stworu wszelkiego moc nieopisana, toteż nie długo czekać musiał Pedro na spotkanie z takowym.
Wychodząc dnia owego wraz z poranną rosą, Panience Najświętszej los swój uprzednio powierzywszy, chwycił był wiszącą u powały sztychówkę, do kopania w ogrodzie zdatnie użyteczną. Nie dane mu było jednakoż, do ogrodu tego dotrzeć, albowiem przysiółek opuszczając, czającą się u przyschodzia gadość dojrzał. Wielu już już niebezpieczeństw w żywocie swym doznawszy, nie ulękł się Pedro i tego skrytobójcy. Mocniej ścisnąwszy za szufli rękojeść, ku ciemnej kryjówce gada przybliżać lekce się począł. Błyszcząca w słońcu sztychówka, wydała się wężycy niczym miecz Rolanda, nie myśląc więc czekać niechybnie nadchodzących razów, jęła się chytrze cofać pozycji dogodniejszej upatrując. W splotach swych, jak miedziane ramię greckiego herosa, niebywałą, czterołokciową długość ukazując, wspięła się gadzina na najwyższy stopień, by tam śmiercionośny cios prześladowcy swemu zgotować. Nie myślał jednak Pedro bestii knowaniom się poddawać, ale imienia świętego Grzegorza wzywając, stylisko swej łopaty ponad głowę uniósł. Zamarł był w tej postawie bez ruchu niczym posąg, słusznie mniemając, że żmijowe oko szpetnie jeno widzi, a w monochromiji bezbarwnej świat ten postrzegając nieruchawych przedmiotów obaczyć nie może. Musiało i Niebo pomocy swojej przychylić, bo i wiatr przeciwny obecności Pedra zdradzić nie mógł. Jak Klaudianowy poeta pisywał:
O jakże drogi jest Bogu (ten człowiek),
Któremu w walce nawet niebo sprzyja,
A sprzysiężone dmą mu w żagle wiatry.
Po kilku pacierzach, wężowe zmysły bytności niebezpieczeństwa wcale uchwycić nie chciały. Pewna siebie gadzina zsuwać się niżej zaczęła ani się losu swego spodziewając. Gdy na odległość dogodną przebrzydłe cielsko pełzaniem się zbliżyło, cios bystry niczym z nieba wpół je rozciąć musiał. Sił złego sykiem wściekłym smoczę przyzywało, wijąc się i turbując ziemię wokół siebie. Aleć je cios kolejny dosięgnął z wysoka, bo uniesione ramię, Pedro znów opuścił i tuż przy głowie samej ostrzem bestię udźgnął. I tenże raz żywota okazał się kresem, bo już wężowy korpus dech ostatni wydał. Długo jeszcze krwawiło żmijowe zwłoczysko, długo charczeniem martwym chłopstwo straszyć chciało. Pedro zaś, chwałą męża bez strachu okryty o walce swojej chętnie w zimowe wieczory spragnionym dziwów kompanom przy węgrzynie miodu opowieści snuć raczył, coraz to nowych detalów odkrywając rąbki.
Gadzinę zaś ukatrupioną na żerdź naciągnięto, by drugie do osady zbliżyć się mające, przykładem swego zgonu skutecznie odstraszała.
Amen.

Von piotr um 20:49h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 23. pa?dziernika 2008
Nadesłane mailem
"Gdzie się podział Pan Bóg na tym blogu?"

Bez komentarza.

Von piotr um 23:22h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 23. pa?dziernika 2008
Powoli się chyba zadomawiam. Mam już izraelską komórkę, nie gubię się w drodze do szkoły, wydrukowałem plan zajęć, zamocowałem wieszaczek na ręcznik.
Surowe, jezuickie warunki nie dają zbyt wielu możliwości na oswojenie przestrzeni, ale stopniowo zaczynam czuć się "u siebie".
Czy uda mi się tu pomieszkać do końca roku akademickiego? Pewnie tak, ale trudniej będzie przekonać zakonników do pozostawienia mnie dłużej.
Zaglądam na zegarek i termometr: 22 stopnie na kwadrans przed 23.00. Lato powoli zaczyna szykować się do pakowania walizek. Ja jutro ruszam na południe - w ramach czwartkowych wypadów archeologiczno-geograficzno-biblijnych jedziemy odwiedzić kilka miejsc na Negevie.
Wolałbym spędzić dzień w bibliotece. To chyba nienajlepszy objaw...

Von piotr um 00:48h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 21. pa?dziernika 2008
A to dla tych, którym ciężko zrozumieć, o czym się śpiewa. Wystarczy kliknąć.

Von piotr um 01:19h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

Podesłane przez K.:

Von piotr um 08:40h| 1 Kommentar |Skomentuj ->comment

 

sobota, 18. pa?dziernika 2008
Szybki link do hebrajskojęzycznego duszpasterstwa w Izraelu:
TUTAJ.

Von piotr um 14:27h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

sobota, 18. pa?dziernika 2008
Po co się uczę Gramatyki Greckiej.
Bez dobrej znajomości gramatyki nie zanalizuje się tekstu (morfologicznie ani syntaktycznie). Bez dobrej analizy nie zrobi się dobrego tłumaczenia. Bez dobrego tłumaczenia nie da rady przeprowadzić dobrej egzegezy. Bez dobrej egzegezy nie ma dobrej teologii. Bez dobrej teologii nie da się dobrze żyć. Bez dobrego życia nie można dać dobrego świadectwa. Bez dobrego życia i dobrego świadectwa - po co żyć?
Ergo - życie bez znajomości gramatyki nie ma sensu.
A toż ci wniosek...

P.S. Wpisy przez trzynaście dni z rzędu?
To chyba jakiś rekord.

Von piotr um 00:11h| 3 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 16. pa?dziernika 2008
Kobra bobra.
Nie, nie będzie ani słowa o dzisiejszej wycieczce, bo takie archeologiczno-biblijne jednodniówki są przewidziane na co drugi czwartek, a do tego w każdy poniedziałek piesze popołudniowe wędrówki po Jerozolimie, więc jeszcze zdążę się porozpisywać pewnie.
Dzisiaj natomiast ciekawa historia z... Indii.
Jeden ze studentów, którego imię jest tak trudne, że nie mogę zapamiętać (nie to co Antony i Manoj - moi byli współstudenci) pochodzi właśnie z tego pęknego kraju.
Indie piękne niewątpliwie są (szyk przestawny zamierzony), ale ich mankamentem jest spora ilość... węży.
Rozmowa przy kolacji zeszła (nie wiadomo w jaki sposób) na temat tych obleśnych zwierząt.
Specjalista - student z Indii - opowiadał, że zgodnie ze swoim zwyczajem kobry nie robią sobie kryjówek (byłoby to trudne technicznie - spróbowałby ktoś wykopać jamę w ziemi nie używając kończyn), tylko zajmują nory zrobionr przez inne zwierzęta - szczury, myszy, ryjówki, małe ssaki (zjadane uprzednio przez rzeczone kobry).
Inną możliwością wejścia w posiadanie własnego lokum jest znalezienie jakiejś naturalnej kryjówki (dziura, załom, nisza, etc). Otóż szczególnie sprzyjającym miejscem do zamieszkania są ruiny, place budowy, gruzowiska, czyli ogólnie to, co zostaje po rozbiórce budynku, w czasie restauracji, lub podczas przeciągającej się (a w Indiach często wstrzymywanej) budowy.
Taka super okazja do zasiedlenia nadarzyła się, gdy Seminarium miało zostać przebudowane. Zmieciono z powierzchni ziemi stary budynek, a zanim postawiono nowy przyszła niekorzystna pora (monsun, okres deszczów, seria tajfunów, cyklonów, czy inne tego typu zjawisko - znane ekspertom od geografii). Zanim budowa rozpoczęła się ponownie, sprytne (i wstrętne) kobry rozgościły się na dobre w rumowisku po starym Seminarium. Nie było innego wyjścia - trzeba było wezwać profesjonalistę.
Pan miał fujarkę i wywabiał węże z nor, po czym zgrabnie je łapał inkasując z każdego 100 Rupii (co pewnie jest przyzwoitą ceną).
Po wyłapaniu sporej ilości kobr pojawiły się pewne wątpliwości. Do dzisiaj trwa dyskusja, czy w ogóle pomysł nie był chybiony. Po pierwsze kobry podobno nie mają narządu słuchu (albo mają, ale jakiś zredukowany). Niemożliwe jest, że te nieufne z natury gady wychodziły z nor wprost w ręce łapacza reagując na sam dźwięk fletu.
Z drugiej strony wszyscy widzieli rzeczone zjawisko. Po pewnym czasie pojawił się pogląd, że to pan profesjonalita przyniósł swoje, wytresowane kobry, które go znają, reagują na jego głos, czy raczej na rytmiczne pukanie w ziemię stopą i pełzają w jego kierunku. Sprytny zaklinacz zarobił kasę na wypuszczając uprzednio własne węże i wyłapując je później bez problemu.
Niestety, nigdy nie dowiedziano się prawdy. A może to tylko złośliwcy twierdzą, że pieniądze wydane na pozbycie się jadowitych kobr można było lepiej wykorzystać...
Echhh, Indie...

Von piotr um 23:56h| 2 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

czwartek, 16. pa?dziernika 2008
Pan Bóg w zaskakujący sposób potrafi odpowiadać na pytania człowieka.
Szedłem sobie ze szkoły słuchając muzyki. Mam nastawione na "shuffle", więc grała sobie jakas chrześcijańska piosenka (może nawet DC Talk, o którym niedawno wspominałem).
Ulice były zatłoczone - Żydzi spieszyli w stronę Ściany Płaczu na rozpoczęcie Sukkot, Muzułmanie handlowali jeszcze, ale kilku z nich klęczło na kartonowych podkładkach bijąc pokłony - malowniczo i egzotycznie, jak to w Jerozolimie.
Pomyślałem sobie, ciekawy, czy ktoś jeszcze słucha tutaj takiej muzyki. Nagle zatrzymała mnie sympatyczna pani. Właściwie, to chyba sam ją zaczepiłem, widząc, że jest lekko skonfundowana w tym galimatiasie (co za zdanie).
Zapyałem, czy mogę w czymś pomóc i okazało się że szuka sklepu z płytami. "Muzyka Żydowska, zapewne?"
"Nie, (tu wymieniła kilku klasyków chrześcijańskego worshipu)."
Tak zaczęła się nasza pogawędka.
Liliana - bo takie imię nosi moja napotkana pani - pracuje dla armi amerykańskiej w Iraku. Różne regulacje zmuszają tego typu pracowników do brania urlopu, którego długość i termin nie zależy od nich.
Akurat teraz przypadło jej kilka dni - za krótko, żeby lecieć do Stanów, za długo, żeby siedzieć w bazie. Wybrała się więc do Jordanii, a stamtąd już tylko chwla i była w Jerozolimie.
I tu się zaczęło. Okazało się, że mamy podobne podejście do życia: Bądź blisko Jezusa, cokolwiek robisz.
Muszę skrócić tą opowieść do minimum, bo jutro baaaardzo wcześnie rano wyjeżdżam zwiedzać (w ramach zajęć) jakieś archeologiczne stanowiska (Beer-Sheva już widziałem kiedyś, ale Lachish pierwszy raz).
W każdym razie, z Lilianą umocniliśmy się nawzajem w wierze, posłuchaliśmy swoich opowieści, zapewniliśmy o modlitwie i tyle...
Miałem się rozpisać na jej temat, ale mecz Polaków ze Słowakami skutecznie popsuł mi humor (jak połowie Kraju, chyba).
Eeechhhh. Głupie bramki.
A miało być tak pięknie...
To nic, pięknie będzie jutro.
Na wycieczce...

Von piotr um 01:07h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment

 

wtorek, 14. pa?dziernika 2008
Co się stało ze Świętem Namiotów w tradycji chrześcijńskiej?
Zaczęło się Święto Namiotów. Moi niekatoliccy przyjaciele zarzucają mi czasem, że nie obchodzę niektórych świąt w sposób, w jaki Jezus obchodziłby je. Zazwyczaj dyskusja schodzi na św. Pawła: "Czy obrzezałby syna, gdyby go miał?" I tak sobie rozmawiając powoli przemycam do ich "jedynie słusznego poglądu na katolicyzm" pewne nieznane im fakty z Tradycji Kościoła.
Dzisiaj posłużę się tekstem niemieckiego Żyda z RPA, który został Jezuitą. Tak się złożyło, że mieszkamy obecnie w tym samym domu. Zapytałem, czy mogę przetłumaczć jego tekst, a on zgodził się, ale prosił o zamieszczenie linku do oryginału, co niniejszym czynię.

W tradycji biblijnej są trzy główne święta pielgrzymie: Pascha, Pięćdziesiątnica i Namiotów. Dwa z nich są dokładnie przejęte przez NT z dodatkową warstwą znaczeniową. Paschę obchodzi się nie tylko jako wyzwolenie z niewoli egipskiej, ale również jako wyzwolenie z niewoli śmierci poprzez Krzyż i Zmartwychwstanie Jezusa (Wielkanoc). Pięćdziesiątnica jest nie tylko celebracją pierwszych plonów ziemi, ale i pierwszych owoców nieba – darów Ducha Świętego. Co jednak strało się ze Świętem Namiotów (Sukkot) w chrześcijańskiej tradycji?
W starożytnych pismach Izraela, Sukkot było świętem zbiorów, podczas którego ludzie przychodzili do Świątyni, by radować się i dziękować Bogu po zakończeniu cyklu agrarnego (roku rolniczego). Wspominało się wówczas czterdzieści lat wędrówki przez pustynię, kiedy to Bóg zaspakajał wszystkie potrzeby, mieszkających w szałasach ludzi (Kpł 23,43). W literaturze prorockiej (por. Zach 14), Święto Namiotów miało pewien wydźwięk eschatologiczny: na końcu czasów Bóg przyprowadzi ludy do Jerozolimy, żeby świętowali Święto Namiotów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że święto to zniknęło z chrześcijańskiej tradycji pomimo, iż sam Jezus idzie do Jerozolimy, aby je celebrować (J 7).
Bliższe spojrzenie jednakże pozwala dostrzec echo Święta Namiotów w Przmienieniu Pańskim, obchodzonym 6 sierpnia. W Ziemi Świętej oczy wszystkich zwracają się w tym czasie, po pierwsze ku Górze Tabor, czczonej jako „wysoka góra” z ewangelicznych opowieści. Historia Jezusa przemieniającego się na oczach uczniów występuje tu trzykrotnie (Mt 17,1-8; Mk 9,2; Łk 9,28-36). Jezus z lśniącą jak słońce twarzą i w śnieżnobiałej szacie udziela uczniom wizji swojej chwały zanim wkroczy w wydarzenie Męki i Śmierci.
W istocie, krótko zanim wspiął się na „wyskoką górę”, Jezus oznajmimł swoim uczniom po raz pierwszy, że musi iść do Jerozolimy, by tam cierpieć i zostać zabitym. Piotr opierał się wówczas temu strasznemu proroctwu. Teraz, wobec wspaniale przemienionego Jezusa, rozmawiającego z Mojżeszem – prawodawcą i Eliaszem – prorokiem par excellence, Piotr, jeden z trzech obecnych na górze w czasie Przemienienia, sugeruje budowę trzech namiotów - dla poszczególnych postaci. Jeszcze raz Piotr wydaje się opierać proroctwu zapowiadającemu mękę i śmierć w Jerozolimie. Chciałby raczej zatrzymać Jezusa na górze. Ten, jednakże nie zamierza pozostać w żadnym namiocie, ale musi iść do Jerozolimy, gdzie dokona się Ukrzyżowanie. Namioty, które chciałby zbudować Piotr nie są tymi, których pragnie Bóg.
Czterdzieści dni po Przemienieniu Pańskim, 14 września, chrześcijanie wspominają Krzyż Jezusa. Wiele tradycji przyrównuje drzewo krzyża do drzewa w Ogrodzie Eden. Przez jedno śmierć weszła na świat z powodu nieposłuszeństwa (Adam zjadł z zakazanego drzewa), przez drugie życie zostało przywrócone (Jezus był posłuszny aż do śmierci na krzyżu). Krzyż przyrównywany jest również do Arki Noego (wszystcy, którzy się w niej schronili zostali ocaleni) albo laski Mojżesza czyniącego potężne dzieła i prowadzącego lud. Jednak krzyż można także przyrównać do namiotu. Zamiast namiotu dla Chrystusa na Górze Tabor, Krzyż Jezusa jest jak namiot dla chrześcijan, którzy szukają w nim schronienia, uciekają przed grzechem, patrzą w górę na Syna Człowieczego, który pozostał całkowicie posłuszny woli sojego Ojca Niebieskiego.
Co więcej, Święto Krzyża ma swój początek w dniu poświęcenia kościoła Zmartwychwstania (znanego jako Bazylika Grobu Świętego). Był to 14 września 335 r., kiedy ta konstantyńska budowla w Jerozolimie została poświęcona – namiot schronienia dla wszystkich chrześcijan, którzy szukają ucieczki pod krzyżem i zwracają swoje twarze do chwały zmartwychwstałego Chrystusa.
Za Davidem Neuhausem.

Von piotr um 23:47h| 0 Kommentare |Skomentuj ->comment