Kobra bobra.
Nie, nie będzie ani słowa o dzisiejszej wycieczce, bo takie archeologiczno-biblijne jednodniówki są przewidziane na co drugi czwartek, a do tego w każdy poniedziałek piesze popołudniowe wędrówki po Jerozolimie, więc jeszcze zdążę się porozpisywać pewnie.
Dzisiaj natomiast ciekawa historia z... Indii.
Jeden ze studentów, którego imię jest tak trudne, że nie mogę zapamiętać (nie to co Antony i Manoj - moi byli współstudenci) pochodzi właśnie z tego pęknego kraju.
Indie piękne niewątpliwie są (szyk przestawny zamierzony), ale ich mankamentem jest spora ilość... węży.
Rozmowa przy kolacji zeszła (nie wiadomo w jaki sposób) na temat tych obleśnych zwierząt.
Specjalista - student z Indii - opowiadał, że zgodnie ze swoim zwyczajem kobry nie robią sobie kryjówek (byłoby to trudne technicznie - spróbowałby ktoś wykopać jamę w ziemi nie używając kończyn), tylko zajmują nory zrobionr przez inne zwierzęta - szczury, myszy, ryjówki, małe ssaki (zjadane uprzednio przez rzeczone kobry).
Inną możliwością wejścia w posiadanie własnego lokum jest znalezienie jakiejś naturalnej kryjówki (dziura, załom, nisza, etc). Otóż szczególnie sprzyjającym miejscem do zamieszkania są ruiny, place budowy, gruzowiska, czyli ogólnie to, co zostaje po rozbiórce budynku, w czasie restauracji, lub podczas przeciągającej się (a w Indiach często wstrzymywanej) budowy.
Taka super okazja do zasiedlenia nadarzyła się, gdy Seminarium miało zostać przebudowane. Zmieciono z powierzchni ziemi stary budynek, a zanim postawiono nowy przyszła niekorzystna pora (monsun, okres deszczów, seria tajfunów, cyklonów, czy inne tego typu zjawisko - znane ekspertom od geografii). Zanim budowa rozpoczęła się ponownie, sprytne (i wstrętne) kobry rozgościły się na dobre w rumowisku po starym Seminarium. Nie było innego wyjścia - trzeba było wezwać profesjonalistę.
Pan miał fujarkę i wywabiał węże z nor, po czym zgrabnie je łapał inkasując z każdego 100 Rupii (co pewnie jest przyzwoitą ceną).
Po wyłapaniu sporej ilości kobr pojawiły się pewne wątpliwości. Do dzisiaj trwa dyskusja, czy w ogóle pomysł nie był chybiony. Po pierwsze kobry podobno nie mają narządu słuchu (albo mają, ale jakiś zredukowany). Niemożliwe jest, że te nieufne z natury gady wychodziły z nor wprost w ręce łapacza reagując na sam dźwięk fletu.
Z drugiej strony wszyscy widzieli rzeczone zjawisko. Po pewnym czasie pojawił się pogląd, że to pan profesjonalita przyniósł swoje, wytresowane kobry, które go znają, reagują na jego głos, czy raczej na rytmiczne pukanie w ziemię stopą i pełzają w jego kierunku. Sprytny zaklinacz zarobił kasę na wypuszczając uprzednio własne węże i wyłapując je później bez problemu.
Niestety, nigdy nie dowiedziano się prawdy. A może to tylko złośliwcy twierdzą, że pieniądze wydane na pozbycie się jadowitych kobr można było lepiej wykorzystać...
Echhh, Indie...
Cz, 16. pa?. 2008, 23:56, von piotr | |Skomentuj czyli comment

 
pani_karka, Pt, 17. pa?. 2008, 16:19
"Der Rattenfänger von Hameln" też opowiada o cwanym deratyzatorze zapewne. A i Pratchett wykorzystał ten pomysł w "Zadziwiającym Maurycym i jego uczonych szczurach". Pewnie znają go w Indiach.

Link

 
azksiezyc, Pt, 17. pa?. 2008, 21:55

Tak nie wiem co powiedzieć,
jedni maja węże prawdziwe inni
znów w sobie noszą zło co jest
"wężem" trzeba od razu wykorzeniać to.
Ale dobrze, że udało się
wszystko.
Oby dom Pana B. tego tam u
góry był czysty...
P.S. Pozdrawiam.

Link